Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
niedziela, 20 sierpnia 2017

 blog_212

    Sierpień obrodził rocznicami. Do kilku wiadomych i ostatnio celebrowanych doszła przypadająca na dzisiaj rocznica inwazji na Czechosłowację. 20 sierpnia 1968 roku to początek miało, z jakiś powodów kryptonim „Dunaj”. Wieść gminna kiedyś do mnie dotarła o ciekawej sytuacji z Rosji, czy Ukrainy. Jakiś chłop obrabiał sobie pole około początku sierpnia. Do końca zagonu podjechał jaki jeep (nieco zbyt dumnie określając cuda wschodniej motoryzacji, chyba że to były jeszcze dary z UNRRy). Podeszło dwóch mundurowych do kmiecia, wzięli go do samochodu i pojechali. Chłop wylądował prosto z łanów czołgiem w Czechosłowacji, o czym żona nic nie wiedziała, dziatwa podobnie. Dla nich koń został na polu, a tatę to chyba UFO porwało.
    W miesięczniku „Polityka” kiedyś pisali, że Czesi w czasie inwazji zdejmowali albo przekręcali drogowskazy i „alianci” mieli kłopot trafić na Hradczany. W stylu Czechów. Wieść gminna, ale jeśli prawdziwa, to nie najlepiej świadcząca o wojskach sprzymierzonych. Przecież starożytni już jakoś bez drogowskazów przyszosowych trafiali?
     Były też wieści nie gminne, a z pierwszej ręki poniekąd. Rodzice mieszkali wówczas w Cieszynie, które to miasto było chyba jednym z głównych miejsc przerzutu granicznego pomocników do przyjaciół. Jak ludzie jechali rano do pracy, do Bielska, czołgi stały przy drodze aż do Jaworza, czyli prawie 40 km.
Te same czołgi długi czas przejeżdżały do Czech jedynym wówczas mostem na Olzie, czyli przez zabytkowe centrum miasta. Oczywiście straszliwy, wielogodzinny, do późnych godzin nocnych trwający huk. Ale przede wszystkim skręcające pod zamkiem czołgi wystrzeliwały spod gąsienic kawałki bruku, które rozbijały szyby w oknach i widocznie niszczyły mury starych kamienic. Do późnego wieczora, a rano ni śladu po incydencie i zniszczeniach. Przejechały ekipy i usunęły szkody. W ciągu kilku godzin. W związku z tym rodziło się pytanie, z czego brała się słaba kondycja budownictwa mieszkaniowego w tamtych czasach, skoro w ciągu nocy tyle się dało? Słynna była też sprawa, jak to zawsze „radzący sobie” zawsze wujek pojechał samochodem osobowym do centrum i wrócił bez butów, a za nim sowiecka ciężarówka z dwoma beczkami benzyny.
    Polski udział w operacji nie był pośledni. Byliśmy drugą pomagającą siłą, a nasz generał – Wojciech Jaruzelski był nawet głównodowodzącym. Od dawna się dziwiłem, że w ocenie jego osoby tak się wszyscy koncentrują na sprawie Stanu Wojennego, podczas kiedy są bardziej klarowne i obciążające go: Operacja „Dunaj”, decyzja o strzelaniu w 1970, szpiegostwo w czasie wojny.
    Co ciekawe pomoc Czechom i Słowakom miała miejsce prawie równiutko 30 lat po pomocy naszym rodakom na Zaolziu, podczas kiedy to II RP zaatakowała Czechy w sierpniu 1938. Zastanawiałem się niedawno co będzie, jak już dostaniemy te ponad 50 nowych baniek reparacji wojennych od Niemców, a w związku z tym np. Czesi się zgłoszą, że skoro mamy kaskę, to może byśmy im oddali właśnie za strady wynikające z zajęcia przez nas Zaolzia?
     Na weselsze zakończenie inna wieść gminna. Znajomy, który miał w głowie sporą skarbnicę wieści gminnych i talent gawędziarski, opowiadał o pewne historii z początków kolarskiego Wyścigu Pokoju. Jechał przez Czechosłowację. W którymś etapie prowadził Rosjanin. Ucieka, pędził zapamiętale z głową w asfalcie, kierując się szpalerem kibiców. Podobno ci kibice na krótki moment ustawili szpaler w inną stronę niż trasa wyścigu i Rosjanin pojechał gdzieś w przysłowiowe buraki, przez co stracił prowadzenie i wygraną w etapie. Zabawnie, ciekawie i w czeskim stylu, choć później nigdzie nie znalazłem potwierdzenia tego zdarzenia.

sobota, 19 sierpnia 2017

 blogus    Do zmarłego Janusza Głowackiego miałem stosunek dosyć ambiwalentny. Sympatyzowałem z nim,jako człowiekiem, natomiast nie porywał mnie jako pisarz. Owszem, szacunek dla „Rejsu”, czy „Antygony w Nowym Jorku”. Jednak jego proza, memuarystka właściwie, dla mnie była jakaś wtórna. Bardzo mi się podobało określenie koleżanki o wczesnej twórczości Olgi Tokarczuk - „popłuczyny po Marquezie”. Głowackiego bym tak ostro nie określił, ale powiedzmy, że trochę uboższy krewny Tadeusza Konwickiego. Pierwsze i główne skojarzenie zresztą jest jedno. Tyczy się obu tych panów i w jakimś sensie też Pilcha, następnego „krewnego”. Pewien specyficzny, ale typowy dla nich wszystkich sposób autoprezentacji na konkretnym odcinku. Mianowicie antyheros.  Prezentowany w pierwszej osobie i pochodzący prawie ze wsi garbaty, pryszczaty, cherlawy, w okularach, nieśmiały, zakompleksiony, gburowaty, mizantrop właściwie, nie znający się na „świecie” i tym co nim rządzi. A jednocześnie robiący niemałą karierę i przede wszystkim – wszystkie laski współczesnego świata za nim biegają i oczywiście wskakują mu tabunami do łóżka.
Do Głowackiego wracając, a przede wszystkim tego czy był dobry czy nie, samokrytycznie należałoby w tym miejscu przywołać wypowiedź jednego z piłkarzy Legii Warszawa, po słabym meczu tej drużyny z Mołdawianami. W reakcji na krytykę ze strony dziennikarza. Mniej więcej brzmiało to tak: to niech pan sam wyjdzie i gra, a ja będę krytykował.
Jako pewien klucz, mogę też tutaj zacytować wczorajsze słowa Andrzeja Saramonowicza z jego profilu FB:
„Widzę, że wszyscy się na fejsie chwalą, że kończą swoje powieści,
to i ja się pochwalę:
ciągle, kurwa, nie mogę zacząć... „

wtorek, 15 sierpnia 2017

 indeks6

Foto: youtube.com

    Muszę się przyznać, że bardzo mi nie wyszły obchody święta narodowego, 15 sierpnia. Przyznać, może nie ze wstydem, ale lekkim lękiem, wiadomo bowiem, jak jest. Nie wyszły. okoliczności i szerszy kontekst nakazały być w domu. No i co? Nie włączę przecież defilady w telewizji. Nie chodzi tutaj o doraźne manifestacje polityczne. Po prostu od końca podstawówki, czyli mniej więcej od kiedy przestałem zupełnie wierzyć w "Czterech pancernych....", jestem pacyfistą. Tak, jak Borys z któregoś filmu Woody Allena. I jeszcze mi ten infantylizm nie przeszedł. Defilady i fanfaronada zatem odpadły. Sięgnąłem więc po zasoby filmowe. Dosłownie drogą losowania padło na polski i wielokrotnie widziany film pt. "300 mil do nieba". Cóż? Trochę rzewny film, ale od dawna uważam, że zupełnie dobry. Zaskoczyło natomiast, że całkiem aktualny. Chłopaki z filmu na przykład, dostali w Danii status uchodźców. Ta tęsknota za innymi lądami, zagraniczne rynki pracy... No, a przede wszystkim liczne techniki ucieczki za granicę, ich znajomość może się okazać niebawem całkiem przydatna. Jak już zostaniemy ze Strefy Schoengen "wyjdzioni". "Wyjdzioni" brzmi trochę słabo, ale rozwój polskiej codzienności i słowotwórstwa jest chyba dopiero na etapie poszukiwania odpowiednika "peerelowskiego" - "został wyskoczony przez okno". Będzie to uderzenie w przesadnie okrutny ton, ale cóż? Zawsze mi się przy tej okazji kojarzy dowcip: "Jakie były ostatnie słowa Włodzimierza Majakowskiego przed samobójczą śmiercią? Nie strzelajcie."
    Przyznaję się zatem otwarcie, że obchody święta mi nie wyszły, no bo jak to, taki film w święto narodowe. Jego bohaterowie robią wszystko, żeby tylko z miejsca "cudu nad Wisłą" nawiać, a ojciec do słuchawki telefonu woła, żeby nigdy nie wracali. Zaprawdę losowo tak się ułożyło. Żeby było ciekawiej, równie losowy wybór padł na następny film. Nie znałem go wcześniej. Mniejsza o tytuł, mało znany, jednak na jego początku dziewczyna emigrowała do Anglii i po pijaku śpiewała piosenkę "Sorry Polsko...".  Ależ życie pisze scenariusze!?   

Tagi: film
17:41, elef7 , Film
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 sierpnia 2017
czwartek, 20 lipca 2017

dzicio

    Według Joanny Szczepkowskiej i według mnie też, 28 i troszkę lat temu w Polsce skończył się komunizm i system autorytarny. Nie wiem, co mnie bardziej zszokowało. Fakt, że się skończył, czy to, że ludziska przeszli obok tego, jak obok czegoś zupełnie naturalnego. W życiu codziennym, muzyce, literaturze, sztuce, obyczajach. Po prostu. Nikt lub mało kto celebrował koniec komuny, wszyscy pobiegli w swoje biznesy, lukać w swoją michę z żarciem, pokazywać palcem, kto kogo wyjelenił. Mam pewne deja vu, albo poczucie zatoczenia koła. Tylko teraz kierunek jest odwrotny.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
zBLOGowani.pl