Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
niedziela, 15 października 2017

 Tytuowa_i_ywiec

    Trzeba na starcie napisać, że trochę achronologiczna część, bo opisująca epizod, a raczej coś znacznie więcej niż epizod, który nastąpił po tygodniu pobytu. Są ku temu pewne przyczyny i na takim wyjaśnieniu niech zostanie.
Mieliśmy mianowicie w planie wycieczkę. Oczywiście, jak to lubimy mawiać, plany były imperialistyczne, objechania całych Mazur prawie że w jeden dzień, tyle miejsc w pierwszej fazie przygotowań zaznaczyliśmy. Wewnętrzna sprzeczność w tym duża, bowiem slow driving i slow life też lubimy.
    W planach było więc Kętrzyn i Giżycko, bo blisko. Nie jesteśmy ranne ptaszki, do tego lubimy bliskość tego, co lubimy, zatem na przykład kawę pomostową, to okazało się, że czasu styknie nie na Giżycko, a tylko Mamerki i to co po drodze. A po drodze wiele ciekawego, zwłaszcza że zrobiło się słonecznie i upalnie.
    Po drodze piękne mazurskie, poniemieckie szosy. Drzewa w skrajni, czaple, jeziora i bagna w oddali. Po drodze fajne miasteczko, które już kiedyś zwiedziliśmy, ale chętnie wdepnęliśmy jeszcze raz. Ryn. Śmieję się zawsze, że powinien się nazywać Rincin, bo takie bardzo czeskie. Centrum i zamek na górce, kamieniczki dookoła. Nad dwoma jeziorami bardzo blisko siebie. Zamek z dybami. Co mi się w Rynie najbardziej jednak podoba, to plaża miejska. Taka trochę w klimatach dwudziestolecia, a bardzo lubię tą epokę. Zatoczka do pływania, molo wychodzące w jezioro i tablica o plaży, jak właśnie na zdjęciach z przedwojnia. Brakuje tylko zwykle pań w kapeluszach i panów w pasiastych strojach kąpielowych, zasłaniających większość korpusu. Jak sobie taki Ryn przypomnę, nie tylko zresztą Ryn, to się wnerwiam. Bo mieszkam bowiem w mieście znacznie większym, które ma ku temu takie same warunki, a nie ma niczego takiego. Ni mola,ni plaży miejskiej, o przywoływanym wcześniej klimacie już nawet nie wspominając.

130

225
Podczas tej bytności okazało się, że Ryn ma nawet ścieżkę brukowaną wzdłuż jeziora. O tym już w Żywcu zapomnij. To znaczy są plany, za 4 bańki i pewnie 40 lat do realizacji. Mało tego. Okazało się że w Rynie są też jakieś jakby tarasy, całkiem ładnie skomponowane. Miło było pobyliśmy, coponiektórzy załatwili fryzjera i pojechaliśmy dalej, niemniej ładnymi mazurskimi drogami.
Pojechaliśmy do Kętrzyna, do tego całego Wilczego Szańca. Nie jestem miłośnikiem takich spraw. Uznałem jednak, że skoro się tam tyle bywa, to trzeba w końcu zobaczyć. Po pierwsze dlatego, że wiele rzeczy zaznanych na żywo okazuje się o wiele atrakcyjniejszych, niż te znane tylko via środki przekazu. Po wtóre dlatego, by wiedzieć co się krytykuje i móc pełniej to krytykować.
Wypada słowo wstępu wtrącić. Nie jestem fanem takich rzeczy, bo jestem zatwardziałym i konsekwentnym pacyfistą. Tak, wiem. Z czegoś takiego się zwykle wyrasta, jak z ciągot do socjalizmu, jakie według „Ziuka” Piłsudskiego miewa się za młodu, ale cóż? Najwyraźniej nie było mi dane, jakaś faza rozwoju mnie ominęła. Stałem pewnie wówczas za włosami, z pacyfizmem zresztą silnie kiedyś związanymi. Pacyfistą jestem nie tyko dlatego w tym, że się brzydzę czynioną przemocą, pomimo iż wiem, że czasem nie ma wyjścia,trzeba po prostu komuś jebnąć. Nie tylko też dlatego, że mnie mierżą myśliwi i takie tam. Pacyfistą jestem skrajnym, tzn odpychają mnie wszelkie fascynacje militariami, które to – jakby to powiedział genialny lingwista najwspółcześniejszych czasów, wywołują we mnie etyczny absmak. Pisząc wprost i z mniejszym rozmętnieniem tekstu, jeśli z broni x zabija się ludzi, to rozkminianie czy to kaliber 44 czy 45 i który wyższej myśli technicznej, uważam za niesmaczne. To jednak moje, najmojsze właściwie, zdanie,z którym się nie obnoszę i o którego słuszność się nie zabijam, zwłaszcza skorom pacyfista. Krąży gdzieś w wewnętrznym obiegu i równie gdzieś mam, czy ktoś temu przypisuje słuszność, czy też nie.
Tak też podchodziłem do bunkrów w Wilczym Szańcu, czyli sprawdzenia, czy jeszcze mnie to trzyma. Nie byłem specjalnym optymistą. Jakież 7 lat temu ostatni raz wszedłem do bunkra w Węgierskiej Górce. Pojawiało takim trupem, że wiałem ile wlezie. Dobrze, że rower miałem, można było szybciej się oddalić.
W zasadzie, to dojeżdżając jeszcze nie byliśmy pewni, czy będziemy tam wchodzić. Bo to podobno dupne, może wystarczy z zewnątrz. Ale poszliśmy na spytki do parkingowo biletowych, uznaliśmy, że włazimy. Bileterzy, obsługa, to Straż Leśna, bo do Lasów Państwowych to teraz należy. Następne orły, następne państwo w państwie. Padła z ich strony korzystna odpowiedź na nurtującą nas kwestię, czyli że można wejść z psem. W innej sytuacji zostawilibyśmy go w aucie, które on bardzo lubi i w którym się czuje chyba bezpieczniej niż w domu, ale zbyt było duszno i upalnie. A mundurowi obok, już raz nam kiedyś chcieli szybę rozwalać przy 15 stopniach na dolnym parkingu w markecie. Cóż? Z psem jak z dzieckiem. Przez to, że Piksela nie ma czasem z kim zostawić, bywał w przeróżnych miejscach, dosyć dla psa oryginalnych. Przeszeł przełom Dunajca, łaził po Dierach na Slowacji, zaliczył dziesiątki meczów w bule jako przyboczny. Choć największym maksem była jego wizyta na wernisażu malarskim w Wojnowie, o czym można TU.

421
Takoż i weszliśmy na ten szumny obiekt. Na starcie pełno oczywiście stoisk z „pamiątkami”, oferty przewozów wozami militarnymi i takie tam.

320
Dygresyjka jeszcze. Jak tam jechaliśmy, to cały czas miałem w głowie wspomnienie książki, którą czytałem tuż po maturze. Wtedy mnie wzięła, a chyba była pokaźnych rozmiarów chałą. Miała tytuł „Dancing w kwaterze Hitlera”. Autorem był niejaki Andrzej Brycht. Opowieść o parze się ku sobie mającej, a będącej na wycieczce właśnie w Wilczym Szańcu, w jakichś latach 60-tych. Potem nawet oglądałem adaptację filmową tego. W niej coś, czego nie wyłowiłem z książki. Zdzisław Makakiewicz grał przewodnika po Mamerkach, oprowadzającego wycieczkę z podstawówki. Zapamiętałem takie zdanie:
- Napewno dzieci wiecie, kto to był Hiter? Napewno niejednemu z was Hitler zabił mamusię abo tatusia.
">
Niedawno w TVP Kultura, w czymś co na szczęście ocalało po dobrej zmianie, czyli „Niedziela z....” był program poświęcony Makakiewiczowi. Tam z kolei był cytat z tego filmu:
- Po co im mówić, że zamachowiec nazywał się von Staufenberg? I tak za chwilę zapomną.
Dyggresyjka jeszcze odleglejsza, z tego samego programu. Podobno Maklakiewicz domagał się angażu w teatrze, ze strony pewnego znanego dyrektora i nastąpił taki oto dialog telegramowy:
Angażuję – Hanuszkiewicz.
Gratuluję – Maklakiewicz.
Ruszyliśmy zatem trasą po Wilczym Szańcu. Idziemy i robimy jednocześnie to, co większość ludzi całe życie, czyli czekamy. Czekam aż coś się wydarzy, coś nastąpi. Czekamy zatem na to, na co czeka większość ludzi całe życie. Mijaliśmy kolejne „eksponaty” tego muzeum. Zwykle były to jakieś zwały bloków betonowych, naruszone poważnie przez chyba naloty bombowe. Nie stanowiły zamkniętej przestrzeni. Same już zwaliska. Mijaliśmy kolejne bunkeru,kolejnych niemieckich oficjeli,którzy tylko wykonywai rozkazy. Za bardzo się nie wgłębiałem. Nie dlatego, że pisało iż zapuszczanie się w gruzy „grozi niebezpieczeństwem”, czy jakoś tak. Generalnie miałem opór. Nie interesowało mnie, czy nakaz zgładzenia iluś tysięcy ludzi w takim czy innym obozie padł po tej, czy po innej stronie bunkra? Przy murze od strony Węgorzewa, czy raczej od strony Giżycka?

518
Szliśmy oczywiście w kordonie prawie że, czy pochodzie masy turystów. Wydało mi się zresztą bardzo znamienne, że znacznie tu więcej ludzi, niż np. w Muzeum Fauny Mazurskiej. Szybko straciłem ewentualne wyrzuty, że idziemy z psem. Straciłem je, słysząc dookoła same „kurwy”, słysząc szczęk butelek lub puszek z piwa lądujących w koszach i niekoniecznie w koszach, czując wszędzie dookoła dym nikotynowy, widząc selfiemakerów. Stwierdziłem też, że Polacy znają się świetnie nie tylko na piłce nożnej, skokach narciarskich, trybunale konstytucyjnym, ale i na Wołoszańskim. Tak często i precyzyjnie był dookoła przywoływany, że można było w niekiepskie kompleksy wpaść.

614

88
W końcu mijaliśmy bunkier samego Hitlera, choć znów taki bez komnat. Może mam coś nieteges pod kopułą, ale jedyne, co mnie zainteresowało, to numer tego bunkra – 13. Czy był taki w czasie wojny i zbiegł się z fatalnością znaczenia tej liczby, czy nadany został po wojnie? Wołoszański i jego admiratorzy na pewno wiedzą, mnie się tego tam nie chciało sprawdzać.

713
Szliśmy czekaliśmy, mijaliśmy same powalone bloki betonowe. Miałem jakieś takie wrażenie, że co najmniej połowę trasy mamy za sobą, a wciąż żadnego wnętrza. Zacząłem się już martwić (jakby było czym), że żadnego wnętrza nie będzie. W końcu zobaczyliśmy, że jakieś wnętrze jednak się zbliża, ludziska gdzieś wchodzą. Niestety zbliżała się też wielkimi susami burza, bo grzmiało i pochmurniało. Przyspieszyliśmy kroku, do czego pies był katalizatorem, bo boi się burzy i grzmotów. Większość psów się boi, ale w przypadku Piksela to jakaś mega fobia. Podbiegaliśmy więc do dużego bunkra, wyglądającego jak hangar, było na tabliczce, że to jakiś obiekt konferencyjny, obiekt narad.

95

Zaczęlo już lać, grzmiało coraz bardziej. Wbiegliśmy do tej hali, minąłem i zignorowałem tabliczkę, że psom nie wolno. Podszedł zaraz jakiś pan z obsługi. Stróż ze Straży Leśnej, nie że jakiś przewodnik. Okazało się, że Mazurzy to nie Czesi. W Czechach przepisy przepisami, a życie życiem. W Czechach można było przyjechać na maraton w Ostrawie na 5 minut przed godziną startu zwodów, gdy termin zapisu mijał 1 godz. wcześniej. Zapisali, start przesunęli i jeszcze na linię startu zawieźli. Mazurzy są bardziej jak Słowacy. Nie można i już. Podszedł więc pan z obsługi i podkreślił, że z psem nie można. Mówię mu więc, że chwila, ale jest burza której pies się boi, zajebiście leje i nie mamy jak się stamtąd ewakuować zapomniawszy w aucie parasola, będę psa pilnował, żeby nic nie narobił i będziemy stać z boku, tuż przy wyjściu. Pan na to ponownie, że psu nie wono i żeby opuścił. Więc się go pytam, czego nie zrozumiał, z tego, co mówiłem? Pan ponownie, że psu nie wolno i żeby wyjść. Złapałem się za głowę i zapytałem, o co chodzi? Przecież jesteśmy w miejscu, w którym przebywał facet, który zgładził wiele milionów ludzi, więc cóż może się tu stać gorszego i czym wobec tego jest lekki odór mokrego psa? Z psem nie wolno. To mu mówię, żeby zawołał policję, czy jakichś ziomów do pomocy i niech nas wyniosą. Beacie dałem telefon i niech robi transmisję na żywo na fejsbuka jak z miejsca, w którym zapadały decyzje o gładzeniu milionów ludzi wynosi się 15 kilogramowego psa. Jakoś na razie na to facet nie zareagował. Kazał wyjść i póki co poszedł w kierunku ludzi, walących sobie selfie z podobiznami faszystów.

102

Trochę postaliśmy, poszedłem poczytać, co tam jest napisane. Same ogólniki. Uznaiśmy, że trwanie nie ma sensu. Przestało grzmieć, padało mniej. Idziemy dalej. Szliśmy, w strugach wody. Akurat znów się rozpadało przy innym zadaszonym jakimś parabunkrze. Schroniliśmy się. Akurat weszła tam też jakaś grupa z przewodnikiem. Nawijał, jak to właśnie jesteśmy w garażu Hitera. To tam chowali mercedesa zbrojonego, 8-tonowego, którym był dowożony na i z samolotu. W dużym stopniu zachował się ten garaż jakim był. Nawet kraty w oknach są z epoki. Bajer, porządna wenecka robota. Nawijał też przewodnik o samochodzie. Tylko nie wiem, bo wydawało mi się, że powiedział najpierw, że Ruscy z niego korzystali, a potem że został spalony razem z Hitlerem w Berlinie.

1111
Poszliśmy znów dalej, a właściwie to ku końcowi. Na tym końcu właśnie było jeszcze coś, od czego chyba trzeba było zacząć, a my zaczęliśmy od końca. Budynek również z epoki, choć wyglądający bardzo niepozornie, wręcz współcześnie. Kantyna i jakiś jakby biurowiec. Obecnie jest tam stołówka, czy wręcz restauracja, czy jak zwać. Jakieś bele betonowe, rzeczywiście z epoki. Do tego jakaś muzyka, prawie też jak z epoki, coś a`la Lili Marlene, czy Marlena Dietrich. I do tego ludzie, bez krępacji wpieprzający jakieś jedzenie.

1210

No po prostu rewelacja. Prawie wybiegłem stamtąd. Wybiegającego dopadli mnie znów oferenci przejażdżek starymi pojazdami militarnymi, reklamując wiatr we włosach i komary na zębach.

132

Omijając ich prawie potknąłem się o leżaki ze znajomym napisem. Zaśmiałem się. Raz, że kiepskie miejsce dla czegoś takiego, dwa, że to jak podróż dookoła świata. Tyle przejechać, by znów się przy żywcu znaleźć.

Tytuowa_i_ywiec1
Odjeżdżaliśmy stamtąd zadowoleni. Przynajmniej ja. Podróże kształcą. Pokazały, że dawne poglądy mogą być trafne. Jadąc kąpiącymi się w słońcu pięknymi drogami – oczywiście pogoda się już zmieniła – wpatrywałem się z pewnym poczuciem straty w te afisze o muzeach: maszyn rolniczych, zabawek, mazurskich powozów....

Nie wiem, jak bardzo w temacie, ale żeby ładnie zakończyć:

">

poniedziałek, 09 października 2017

Miosz

    Rocznice ważna rzecz, zwłaszcza obecnie. Dziś też przypadła. Jedną z dzisiejszych jest podobno taka, że równe 37 lat temu Czesław Miłosz otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. Nie napiszę „od kogo”, bo były różne głosy o różnych ingerencjach, ale nie w tym rzecz. Duże poważanie mam dla tego pana, choć specyficzna i niedostateczna w zasobność konstrukcja intelektu powoduje, że mniej za wyczyny poetyckie, a bardziej za prozatorskie, życiorys, poglądy, byt. Zaasekurowałem się na dzisiejszą okoliczność, będąc w trakcie lektury jego biografii, autorstwa Franaszka. Zaasekurowałem się bardzo skutecznie, bo książka bardzo opasła i obszerna, a ja delektuję się i sączę, trzymając na szczególne, prawie nabożne momenty. Skutkiem czego mam szansę obchodzić z nią jeszcze niejedną rocznicę tego faktu. Cóż, bardzo specyficzna konstrukcja intelektu. Dzieło to obszerne i szczegółowe. Autor wałkuje każdy najmniejszy detal życia literackiego i prywatnego Miłosza. Cieszyłem się na to, bo jakkolwiek ten życiorys znam, to ciekawym byłem dwóch momentów, lub odpowiedzi na dwa pytania. Jedno takie, co też się działo z Miłoszem w trakcie Powstania Warszawskiego, albo raczej z jakiego powodu działo się to, co się działo? Odpowiedzi się domyślałem, jednak chciałem przeczytać o tym. Czytałem, nagle się ocknąłem w roku 1945. Cóż? Pozostałem przy tym, co wiedziałem i przypuszczałem do tej pory i pobrnąłem dalej. Drugie pytanie moje było i jeden z najistotniejszych momentów w tym bogatym życiorysie, czyli – umownie określając – moment, decyzja, konkretny determinant ucieczki na „zachód”. Bardzo wiele było omawiane tego, co trochę wcześniej. I znów, nagle się „znaleźliśmy” u Giedroycia, pod obstrzałem tych z Polski i emigracji. Wszystko przed i po skrupulatnie, sam moment jakoś.... Chyba się cofnę do tego fragmentu. Długi życiorys, to i czytać wypada długo, z pełnym zrozumieniem. Albo jakiś wybieg autora biografii. Albo taka specyficzna konstrukcja intelektu czytającego.

niedziela, 08 października 2017

 raniec_22

Foto: Różaniec do granic

     Odbywający się wczoraj "Różaniec do granic" (teraz pomyślałem, że gdyby był on tym o czym mówili organizatorzy, powinien się nazywać "Różaniec bez granic") trudno właściwie negować, jako taki, czy wręcz go zakazywać. W wolnym kraju żyjemy i to powinno wystarczyć. Jednak czytając i pisząc zapowiedzi tego wydarzenia trudno było oprzeć się wrażeniu, że w końcu wynaleziono maszynę do przemieszczania się w czasie. Tylko trochę ona niedopracowana i można tyko w tył. Zdjęcia z kolei z tej uroczystości wpędzały człowieka w jakiś oniryzm.
Bodaj w dzień tegoż trafiłem na stronę internetową pewnego stowarzyszenia z terenu powiatu żywieckiego, w gruncie rzeczy silnie katolickiego. Wycieczka na różaniec była. Na fotach autokar i niezbędnik da wszystkich, suchy prowiant. Mieli, myślę, gdzie jechać, bo kupa przejść granicznych w regionie. Korbielów, Glinka, Zwardoń, nie najdalej do Jasnowic, ciekawie byłoby podejść z Krowiarek na Babią Górę.
Zdziwiłem się, patrząc się na mapę chętnych do akcji kilka tygodni temu. Prymu nie wiodło np. Bielsko, tylko Soblówka, Zawoja Koniaków. Tymczasem patrząc sobotnio po regionalnych i makroregionanych mediach odniosłem wrażenie, że najwięcej ludzi "Różaniec do granic" zgromadził gdzie? W Cieszynie, obecnej "stolicy polskiego protestantyzmu", który z różańcem ma wspólnego jeszcze mnie niż nic. Nie będę tutaj szermował górnolotnymi sformułowaniami, niekoniecznie akurat te znam. Odniosę może do tej sytuacji znane powiedzenie: "upiec dwie pieczenie na jednym ogniu". 

piątek, 06 października 2017

III_1_tyt

24.VII Glamping stanął właściwie już w pierwszy dzień pełnego pobytu. Poprzednio powstawał kilka dni. Cóż? Ile czasu, takie tempo.

III_3
Trzeba odnotować, że chcąc nie chcąc zabawiłem się w archeologa, szukając pozostałości po nas, sprzed roku. Kapelusza na drzewie oczywiście nie ma. Za to jest kilka innych rzeczy, w tym takie cudo, jak poniżej. Na coś tam kupiłem, ale uznałem że nie użyję, bo szkoda drzewa. Nieszyszkom. Było też kilka plastikowych znalezisk, zdobytych dzięki psu, który znów zaczął kopać dziury pod każdym drzewem. Marnie skończymy.

III_2

 

Trzeba było sznurek przewiesić przez wysokie drzewo. Dobrze, że się jest bulistą. Kula do skarpety, skarpeta do sznurka i przerzucanie przez gałąź.

III_4
Przygody mieliśmy dzisiaj z psem. Albo nawet z psami. Została z podróży mała puszka, a z sera mozarelli trochę tej cieczy, w której ów ser się pławi. Nalałem psu do tej puszki, bo bardzo lubi tą serwatkę, czy cokolwiek to nie jest. Ten jest sobiepan i w lesie jada tam, gdzie on chce. Wziął w związku z tym tą puszkę do pyska i przeniósł na któryś swój kwadrat. Tyle, że ta ciesz się przy tym wylała. Zdziwiony obwąchiwał miskę i z nosem przy ziemi wracał się szukać przysmaku, który był już pod powierzchnią. Śmiałem się, że widać, iż psy są niżej w ewolucji niż my. Poza tym pod nieobecność Piksela przyszedł pies sąsiadów i obsikał taki worek, który powiesiliśmy koło przyszłej „kuchni”. Beata stwierdziła, że go wyrzuci, bo już go nie chce. Śmiałem się, że pewnie, bo przecież już nie jest jej.

III_5
25.VII Pogoda średniawa. Chmury i deszcz. Pojechaliśmy do Piecek po spożywkę. Przy okazji mało glampingową pizzę postanowiliśmy skonsumować. Stwierdziliśmy kolejny raz, że strasznie lokalsi jacyś wystraszeni. Sterroryzowani i stłamszeni przez Warszawiaków, którzy na każdym kroku demonstrują swoją wyższość, szczególnie majątkową.
Lało, ale po południu przestało. Wyszliśmy sobie przed obejście popatrzeć, jak fajnie faluje jezioro. Rzeczywiście fajnie falowało. Fale były przeróżne, a tempo ich przybywania jakie zmienne? Było po prostu zajebiście. Znów emocje jak na grzybach. Wiatr we włosach, kilka komarów na zębach i te sprawy. Zastanawiałem się, czy nie zrobić transmisji na żywo, na facebooku. W końcu nie z takich pierdół ludzie je przeprowadzają? Siedzieliśmy sobie na skarpie, na zydlach turystyczno – wędkarskich o obserwowaliśmy, jak rusza się i żyje jezioro poniedziałkowym, pochmurnym popołudniem. Pies też przyszedł i usiadł na chwilę. Na chwilę, bo mało powolnościowy się okazał. Szybko się zaczął niecierpliwić. Z jakichś powodów najwyraźniej myślał sobie, że skoro my siedzimy i patrzymy, to znaczy że czekamy i ktoś lub coś nadejdzie, nadjedzie, przypłynie stamtąd. A my rzeczywiście, robiliśmy to co większość ludzi całe życie, czyli czekaliśmy. Na co? Nie wiadomo i w tej niewiadomej była cała atrakcja. Najwyraźniej te emocje niewiadomej psu przekazywaliśmy. Bardzo był potem zawiedziony. Tak ma. Niedawno mieliśmy ubaw u nas, nad Jeziorem Żywieckim. Piksel się wpatrywał rozemocjonowany w dal jeziora. Odległą i pustą. Potem nagle zamajaczył jakiś mały punkcik, rósł, w końcu dopłynął pan na kajaku i wysiadł, a pies był w siódmym niebie i witał go, jak najstarszego znajomego.

III_6
26.VII Trochę dzisiaj deszcz padał. Co miałem zrobić? Piłem piwo. Muszę pić dużo piwa, bo podobno są potrzebne butelki na żurek. Ciężkie czasy będą.

III_7
Szykujemy się na zawody w bule, nocne. W Mielnie, pod Grunwaldem. Graliśmy tam już 2 lata temu. Jedne z niewielu zawodów w kraju, gdzie w pakiecie startowym dawali gadżety. Konkretnie, to nie po dwa nagie miecze, po metrze – miarce co mierzenia odległości – na osobę. Śmieliśmy się, że to dwa metry do sukcesu. Ciekawe, że na innych nie ma gadżetów? Na maratonach dostaje się koszulki, dyplomy, medale, takie tam i potem te imprezy dobrze się wspomina, chce się wracać. A na bulach gówno. W Czechach jedynie. No i właśnie dziś przeczytałem na „fejsie”, że w tym roku w Mielnie będą szczególne gadżety. Zdjęcia były. Zaraz mi się oczka zaświeciły i stwierdziłem, że musimy tam jechać. Dotarło do mnie wówczas, po raz wtóry w życiu, że jestem jednak dzieckiem komuny. Pidżama Porno po komunie ma gawiedziowstręt. Nie obce. Ja poza tym mam dwa dziedzictwa po poprzednim systemie. Przede wszystkim, że zagranica jest czymś lepszym, wymarzonym światem. Że za granicą jest jakiś pewny, spokojny, stabilny i lepszy świat. Jakakolwiek by to nie była granica państw. Czy to z Niemcami, czy z Czechami. Kolejne dziedzictwo, to efekt zgrzebności PRL. Mimo iż wiem, że to coś oczywistego, wciąż zaświecają mi się oczka na widok czegoś kolorowego, bajeranckiego, co jeszcze w dodatku dostaje się za darmo. Nic dziwnego. Podobno wszystko, co dzieje się w życiu człowieka, dzieje się w głębokim dzieciństwie.

III_8

niedziela, 01 października 2017

tytuowa6

    Cóż tu pisać, trzeba zobaczyć, po prostu przeładnie było. Na szczęście szybko sobie dałem spokój ze zbieraniem grzybów, poddałem się wrażeniom wizualnym. Z Radziechów do Milówki. Kiedyś to była konkretna trasa górska. Teraz bez drzew, idzie się, jak połoninami.

129224319

   

420

517

613

712

87

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
zBLOGowani.pl