Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
niedziela, 15 lipca 2018

Fina    Napiszę od razu. Nie chodzi o wyczyny polskich piłkarzy. Te były tak miałkie, żadne i bezbarwne, że trudno cokolwiek wymieniać. Nawet in minus. Rzuca mną o ścianę zdziwienie, że tęsknię za Koreą 2002, z której można było zapamiętać Tomasza Hajtę, gdy przebiega korkami po którymś Portugalczyku. Albo za Niemcami 2006, kiedy to Kamil Kosowski pojechał sobie na ryby.
No, na upartego można wymienić drugą bramkę dla Senegalu. 40% drużyny zachowało się przy niej jak trampkarze IV-ligowego klubu.
    Z czynników pozapiłkarskich dla mnie pierwszym wydarzeniem turnieju w wykonaniu Polaków był komentarz któregoś głąba z TVP: „po lewej prezydent Francji Macron, po prawej prezydent Rosji Putin, pośrodku Ryszard Ochucki (o prezydencie FIFA). Słyszałem to na własne uszy i własnym palcom zlecałem kilka razy cofanie obrazu i głosu, aby się upewnić, że to nie jest sen.
    Drugim wydarzeniem turnieju było to, jak z mundialem w tle, Polacy dali się wciągnąć w politykę. Francja wygrała z Chorwacją 4:2, tymczasem w internecie i w relacji TVP istniała tylko Chorwacja. O triumfatorach nikt nie mówił. Dlaczego? Oczywiście szacun i bez urazy tym, którzy trzymali za piłkarzami z Bałkanów za ich waleczność, odwagę i technikę. Lwia część jednak, zwłaszcza internetu, wykpiła Francję, bo grało tam iluś ciemnoskórych, czyli… muzułmanów, uchodźców itp. Dla mnie był to autentyczny szok. Triumfator nie istniał.
    Wyczyn kolejny. Wiadomości TVP, na początku głównego wydania, zaczęły od Francji, jako wygranego i doceniły ją.

 

37161185_1803019299780818_760882426040811520_n    Przez rozmaite fora fejsbukowe, zwłaszcza skierowane w pewną stronę, pojawiały się dziś pytania, komu się kibicuje: Chorwatom czy Reszcie Świata? To oczywiście uwaga do tego, że w drużynie Francji są prawie sami czarnoskórzy, a więc afryka uchodźcy, coś gorszego. Zdecydowana większość głosów poparcia była za Chorwacją. Nie analizuję oczywiście w tym miejscu wiarygodności takiego sondażu.
    Nie wiem, czy bardzo oryginalna moja postawa, ale jestem w rozterce, bo nie obstaję jakoś jednoznacznie za Chorwacją. Z jednej strony grają oni efektownie i śmiało, nigdy przed nikim nie pękają, a ich ewentualny trumf byłby wygrab a Kopciuszka i kogoś spoza stałego układu. Z drugiej strony od dziesięcioleci nie lubię piłkarskich Chorwatów za krewkość, agresję i złośliwość. Nawet, jeśli w miarę lat się tego w dużym stopniu wyzbyli, to jednak w mojej świadomości takie przekonanie pozostało. Pokryte jest przede wszystkim jedną sceną z Euro 1996. Wtedy to Slaven Bilic podszedł do leżącego i cierpiącego po doznaniu kontuzji Niemca i z całej siły kopnął go korkiem w czaszkę. Białoskóry Słowianin.
    Ich mecze z Niemcami z tamtych czasów były zresztą bardzo znamienne. Na tymże właśnie Euro 1996 Chorwaci już po pierwszym meczu nabrali wielkiej pewności siebie i sami dla siebie stali się szybko triumfatorami. Do ćwierćfinału z Niemcami podeszli z wielką butą. No i co? Dostali baty, odpadli. Dwa lata później, na MŚ we Francji znów te reprezentacje trafiły na siebie. Tym razem Chorwaci siedzieli cichutko. I odnieśli wysokie zwycięstwo. Lekcja pokory w naturze.
    A Slaven Bilic? Już wtedy widziałem, że jest po studiach prawniczych. Najwyraźniej nie kłóci się to z chamskim zachowaniem. Chciałem teraz sprawdzić, czy mnie aby pamięć nie zawodzi z tym kopnięciem w głowę. Nie ma tego w internecie. Jest za to napisane, że od10 lat Bilić jest ambasadorem dobrej woli UNICEF. Różnymi dróżkami to życie nas prowadzi. Nie zawsze jeden fakt wyklucza kolejny, z pozoru inny. Jest i druga ciekawostka. Bukmacherzy typowali niedawno Bilicia na trenera reprezentacji Polski.
    A mecz? Póki co całkiem niezły, pada dużo bramek. Już w 60 minucie jest ich więcej, niż w kilku finałowych meczach iluś mundiali wcześniej, w sumie.

piątek, 13 lipca 2018

 

Taki to obyczaj, u nas w powiecie żywieckim i w województwie śląskim. Wszędzie ksiądz z kropidłem przy otwarciach. Najczęściej to błogosławienie, a nie święcenie, wbrew obiegowej opinii. Jaka jest różnica między tym a tym, można przeczytać TUTAJ, w portalu Beskidy.News. No i tak, dla przykładu:

Początek redyku:

dscf5484copy

Otwarcie poradni psychologicznej:

dsc03018copy

Redyk w innej miejscowości:

dsc01633copy

Oddanie do użytku wozów policyjnych:

Z_ksidzem

Początek  budowy komisariatu:

dsc01138copy

nowy_komisariat

Otwarcie hali zapaśniczej:

36770276_833508713511035_2789443553510555648_n

Nowy wóz strażacki:

WP_20180714_16_43_08_Pro1140x643

piątek, 06 lipca 2018

Sepp_Herberger_2Sepp Herberger

Zdziwiło mnie, jak w którymś z meczów w Rosji jeden piłkarz drugiemu coś tłumaczył i zasłaniał przy tym usta. Zdziwiło mnie to w pierwszym momencie, ale szybko skojarzyłem, że to po to, aby przeciwnik nie podsłyszał konceptu. No dobrze,ale to grała jakaś drużyna z fryki. Zszedł się jeden reprezentant Nigerii z drugim, grają np. ze Szwajcarią i co, boją że Szwajcar zobaczy po ruchu warg, co mówi po nigeryjsku? Chyba że nawet Nigeryjczycy już mówią tylko po angielsku.

Sprawa dziś jest poważ, znajomość języków i szybki przebieg informacji. Ale kiedyś było zupełnie inaczej. Tego typu epizod był jednym z tych,które zaważyły na pokonaniu Węgier i zdobycia mistrzostwa świata przez Niemców w 1954 roku. Niemcy przygotowywali się do finałowego meczu od dawna. W tym jeden z zawodników, któremu niemiecki trener Sepp Herberger powierzył specjalne zadanie. Przez rok uczył się języka węgierskiego. Nauczył się. Minęło wiele czasu meczu i Węgrzy nieodwracalnie już tracili, zanim zorientowali się o co chodzi. Że jeden z Niemców słyszy warianty, jakie chcą grać i przez to są ubiegani. Sytuacja nie do pomyślenia, przy dzisiejszym tempie gry. Wtedy jednak, czyli czasach słynących z tego że na boisku biegał tylko zawodnik z piłką i atakujący go, miało to znaczenie. Taka ciekawostka techniczno-taktyczna. Nie jedyna w wachlarzu możliwości Seppa Herbergera. Po kryjomu niejako nakazał trenować do roli lewoskrzydłowego komuś,dotąd był środkowym i Niemcy wiedzieli, że takim był. Niemcy wyszli nominalnie bez lewego pomocnik,a, Węgrzy olali ten odcinek, a tymczasem zaskakująco jakiś świeżak tam wbiegał. Następny fortel i cud w Bernie stał się faktem, Niemcy zostali mistrzami świata. To był ich pierwszy triumf po wojnie. Sepp Herberger zastosował wiele tricków, wiadomo przecież, że Węgrzy z Puskasem i Kocisem, piłkarsko byli wręcz wielokrotnie lepsi. Wiele tricków, w tym i te, niekoniecznie sportowe. Piłkarze tej reprezentacji nie żyli zbyt długo, często chorowali na żółtaczkę, co sugerowałoby stosowanie dopingu. Sepp Herberger mocno też faszyzował. A ci umieli zmotywować.

niedziela, 01 lipca 2018

Diego

Przypadek sprawił, że przed mundialem trafiłem na inny film dokumentaln, o intrygującym tytule: "Maradona według Kusturicy". Myślałem, że będzie to o jakimś młodym, nie do końca spełnionym talencie piłkarskim z Bałkanów. Ichnim Chomątku. A tu nie. Momentalnie pojawił się Diego w Argentynie.

Dobrych 8 lat temu przegadywaliśmy się z rówieśnym mi kolegą na temat tego, czy lepszy jest Leo Messi, czy lepszy był Diego Maradona. Chłopak -  tak, chłopak, bo wówczas byliśmy bardziej młodzi niż teraz - zarzucał mnie argumentami na rzecz Leo. W zasadzie nie miałem kontrpropozycji, bo niewiele jeszcze wówczas młodziana widziałem, ale jakoś mi z fizjonomii i legendy nie leżał. Niewiele się zastanawiając odpaliłem:

- To się wszystko zgadza. Tylko że to nie Messi, a Maradona był Bogiem naszej wczesnej młodości.

Skuteczne.

Na mistrzostwach świata w piłce nożnej w Meksyku 1986 roku Argentynie szło zupełnie dobrze. Szczególnie w meczu przeciwko Anglii. Spotkanie to było ze szczególnym podtekstem, gdyż wcześniej toczyła się wojna między tymi krajami, o jakieś wyspy, Falklandy i Malwiny. Argentyna wygrała 2:0. Jedną bramkę Diego Maradona strzelił ręką, mówiąc potem, iż była to ręka Boga. Drugą strzelił ten sam zawodnik, po fantastycznym rajdzie z piłką chyba przez  ponad pół boiska i mijając chyba półtorej drużyny rywali. No, co najmniej. W półfinale, czy wygranym finale też było nieźle. Ale jednak to po meczu z Anglią został właśnie "Bogiem naszej wczesnej młodości". Co istotne, "Bogiem" nienachalnym. Nie było to tak, że każdy na osiedlowym boisku biegał w koszulce z podobizną Diego (bo i skąd ją wziąć), lub kazał się takim nazywać. Jak przystało na "Boga", schodził z panteonu na nędzne połacie gnijącego PRL wtedy kiedy sam chciał, nie istniał nie wiadomo jak w codzienności, świadomości czy ówczesnej popkulturze. A zechciał po jakichś dwóch latach. Niby wypadałoby napisać, że spadł z panteonu, a nie zszedł. Nie pamiętam o co wówczas poszło. Albo strzelał do dziennikarzy z jakiejś dubeltówy, albo go złapano na narkotykach. Jak to z "Bogiem". Tym gorzej dla faktów, nie zrobiło wrażenia. Na mistrzostwach świata 1990 o mało nie obronił tytułu. Argentyna przegrała złoto po paskudnym meczu finałowym. W ogóle, po paskudnym turnieju, ale mało kto grał dwa razy pod rząd w finale MŚ, więc Diego znów był wielki. Wielki też był huk kolejnego upadku po jakimś czasie. Nie pomnę co tym razem, ale pewnie na  odwrót. Jak nie narkotyki, to strzały do dziennikarzy. Ponownie tym gorzej dla faktów, znaczy że tak trzeba było postąpić. Na MŚ w USA całkiem Argentyńczykom dobrze szło. Znów z Maradoną na czele, choć ten już mega jakiś leciwy musiał być, jak na piłkarza. Nie byłby Maradoną, gdyby czegoś nie zmalował. Chyba największy wróg samego siebie. Tym razem doping. Smutno było, znów łzy w oczach Diego. Większość z Boga miał w sobie nadal. Prawie, cholera, jak Nohavica w Czechach. Skoro Jaromir był TW i donosił, to znaczy że tak trzeba było. Nie zapomnę nigdy, a przynajmniej bardzo długo, pewnego zdarzenia z MŚ w piłce nożnej, we Francji 1998. Playmakera Argentyny, Juana Sebastiana Verona, w jakimś elemencie gry porównano do Diego Maradony. Nie zapomnę zakłopotania na jego twarzy i dymu z czaszki podczas myślenia, jak wybrnąć z tego ambarasu. Wyjaśnił właściwie wprost, że w jego kraju Maradona jest traktowany z taką czcią, iż samo takie porównanie było już strasznie kłopotliwe. Kolejny raz widziano ślad piłkarsko boskiej stopy Maradony na piaskach RPA, podczas MŚ w 2010 roku. By selekcjonerem reprezentacji biało-niebieskich. Oczywiście o ile ogólnie pachniało żęwsukcesem, to w Argentynie już nikt w niego nie wątpił, skoro Diego na czele. Kibice na trybunach ułożyli portret Maradony ucharakteryzowanego na Che Guevarrę. Wizerunek jego nabrał przez to jakichś znamion wyższych idei. No i było lańsko. W pierwszej fazie, drużyn typu Katar. Zaraz po wyjściu z grupy dostali bęcki od Niemiec, bodaj 1:4. De facto Diego nie zaistniał jako boski posłaniec wcielony w rolę trenera. Znów spadł z panteonu. Z tym spadł; ze padnięciem z panteonu, to jak z powiedzeniem o rzucaniu palenia, Stanisławskiego. "Tysiąc razy to robiłem, zawsze mi się udawało".

Nie był to ostatni raz. Teraz n MŚ w Rosji można było nie raz zobaczyć Maradonę na trybunach. No i cóż? Po meczu z Nigerią pokazywał afrykanom środkowy palec. Co zresztą nie przeszkodziło chwilę potem Argentynie przegrać z Francją i znów szybko odpaść.

    Na filmie Kusturicy zaprezentowany jest ślub młodej pary w Argentynie. Tak, słyszałem już kiedyś, że jest tam kościół boskiego Diego Maradony. Ślub właśnie w tym kościele. Kończy się kopnięciem piłki, ale nie podali ani oni, ani Kusturica, jakie główne założenia i idee tegoż kościoła. Potem widzimy Maradonę śpiewającego jakąś piosenkę karaoke, o swoim negatywnym zaangażowaniu się w temat narkotyków.

">

Sporo się też naopowiadał w tym filmie boski Diego o swoim jakże pozytywnym stosunku do Fiedela Castro i jakże negatywnym do George Busha. No, bo Bush jest przekleństwem dla ludzkości. Piszę, co usłyszałem. Dlaczego przekleństwem? Nie wiadomo. Wiele w filmie było przesłanek, jakoby Boskim Diego targały dziesiątki różnych wzniosłych idei, atmosfera wyższych racji i wyższych celów się nad tym wszystkim unosiła. No właśnie. Unosiła, tylko niestety nie zdążyła opaść. Albo ściślej. Osiąść na ziemi w towarzystwie i centrum Diega. Chwytał się facet za głowę, płakał, ale nie udało mu się wybełkotać jakie to te jego przekonania społeczno polityczne są. Notabene, niejednokrotnie miałem takie wrażenie odnośnie właśnie też filmów Kusturicy. Z pozoru i początku wydawały się ambitne i niegłupie, a potem, jak się człowiek próbował wgłębić, to nie było w co. W "Underground", ale tez po wierzchu jedynie, jakkolwiek przewrotnie i sprzecznie to nie zabrzmi. Poza tym to jak pukanie w durszlak, nawet bez makaronu. Ciekawe więc, jakby się w RPA zetknęli - Saxo Rodriguez anonimowy bohater poapartheidowskiej rewolucji i nieanonimowy Diego Maradona w beretce Che, nie wiedzący za bardzo co mówi. Żeby nie kończyć pesymistycznie, to można znaleźć ładny kawałek, to znaczy ładną pioseneczkę o Diego, w wykonaniu i pewnie autorstwa Manu Chao. Manu Chao to kolejny taki artysta. Podobno bardzo zaangażowany, ale aż strach wnikać, co z tego rzeczywiście wyjdzie. Czy drugi Rodriguez, czy drugi Maradona. Od zawsze prawie jednak mnie bawi anegdota pewna. Znajoma była w Niemczech na koncercie Manu Chao. Tam gdzieś spotkała kolegę, Francuza. W przerwie jakiejś czy po, poszli gdzieś na bok na papierosa, a tam Manu Chao z gośćmi koncertowymi rozprawia. Francuz na to, "chodźmy tam". Ona wniebowzięta, bo kolega zna język muzyka czyli francuski, to sobie pogadają. Podeszli, a Francuz nagle na Manu z pięściami:  ty taki a śmaki, czemu taką słabą ostatnia płytę nagrałeś, oszukałeś mnie.....

">

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60
zBLOGowani.pl