Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte

Dziennik glampingowy

niedziela, 12 lutego 2017

 23_tytuowy

   22.08 (ponidziałek) - Od razu się przyznam, że to jest jazda na żywca, ze zdjęć i z pamięci. Nie poczyniłem zapisków. Pewnie z uwagi na podskurny reisefieber i niemniej uciekającą ujawnieniu podświadomość końca. 

    Koniec ma to do siebie, że wszystko się widzi w ciepłych barwach i pozytywnych obrazach. I w ciągu tych dwóch dni, bo pojutrze jedziemy chciało by się wszystko. Ale jak tu, skoro znowu ściana deszczu do okoła. Podjechał do południa leśniczy. Wjechał na górkę, zobaczyć, czy jeszcze jesteśmy. Tak, jesteśmy, a kurde, co, coś się nie poodba? Jakiś problem, coś się nie podoba? Prawie wrzesień, leje jak fiks, pusto do okoła, ale my jeszcze jesteśmy. Dzieci do państowych szkół, czy przedszkoli nie posyłamy, ze służby zdrowia niewiele korzystamy, przynajmniej siedzeniem w lesie wykorzystamy płacone podatki. Odmieszkamy je pod gruszą, albo raczej pod sosnami. 

    Przestało padać i jakoś tam się udaliśmy po to, po co tutaj przyjechaliśmy. Beata na pomost, łowić ryby, ja biegać z psem. Na chwilę poszedłem też na pomost. Jakoś tak zawsze siadałem tyłkiem, a teraz wziąłem sobie krzesło na pomost. Stwierdziłem, że niby pół metra różnicy, a jednak zupełnie inna optyka. Zupełnie inne wczasy są na dewnianym "dupidzierżysku", inne na krześle. Co innego widać, z innej pozycji. No i przede wszystkim inne rażenie. W tej pozycji niższej ma się w sobie coś ze smarka, inne postrzeganie wieku jest. A wyżej, to geriatria i troska pieczołowita i korzonki. Ale niezmiennie było ładnie.

 23.08_1

    Niezmienna była też ładność lasu. Pobiegaliśmy fajnie. I z przygodą. Wracaliśmy już. Zobaczyłem coś podejrzanego z przodu, idącego w naszą strobę. Coś, co miało jakieś kapelusze i sterczące patyki nad głowami. Zapiąłem psa, na wszelki wypadek. Podbiegamy, mijamy, wyszło że z daleka wzrok mnie nie mylił. To były strzelby.I myśliwi. Właściwie to myśliwczynie. Co gorsza, niebrzydkie. Niebryzdkie lica, a tu takie stroje i takie flinty. Doznałęm lekkiej dezorientacji poznawczej. Albo albo przecież. Przypomniało mi się w związku z tym pewne opowiadanie, czy wiersz. Mianowicie literaci, a zwłaszcza poeci, mają awersję do rozbiorów gramatycznych ich utworów. No i kiedyś któryś poeta był w czytelni. Zobaczył jakiegś mega lachona, który nad biurkiem czyta jego wiersze i coś zapisuje. Intrygowało go, co piękność sądzi o jego zdaniach. Zapuścił oko, a tam rozkład gramatyczny. 

    Poszliśmy łowić ryby w nocy, na bombę fosforyzującą. Oczywiście do kitu, bo zaraz nas deszcz przegonił. 

    Wrobiliśmy sobie ognisko owczywiście na wieczór. Właściwie to pali sie teraz cały czas i przetrzebiam okoliczne chaszcze z chrustu, więc raczej trzeba napisać, że zasiedliśmy do ogniska wieczorem. No i śmiech był z psa. Po tylu miesiącach dopiero się skapnął, że ognisko ma pozytywy, czyli ciepło. Namiętnie się wystawiał plecami i tyłkiem do ognia. 

23.08_2

Potem zresztą też udowodnił, że ma wszystkiego dość, dosyć wilgoci, pokazał, że jest już na walizkach.

23.08_3

    22.08 (wtorek) - Jasna rzecz, że dzisiaj reisefieber i enddodupizm zwieloktornione. Zacząłem już wczoraj deinstalację obozowiska. Już nawet myjem podłogę przedsionka i tak dalej.
24.08_2

     Poszliśmy z psem po grzyby. Piękne sztuki znaleźlim. Sfotografowane na zdemontowanym już stole. Co z tego, jak już za bardzo nie mamy warunków i ich obrobić. 

24.08_1

    Pojechałem rowerem po ostatnią małą spożywkę do Nawiad. Smutno już wszędzie i schyłkowo. Zaznaczyliśmy teren na ewentualne "za rok".
23.08_4

    Pies nie kryje swojej radości, że czeka go zmiana okoliczności przyrody, geografii i niestety socjologii. 

24.08_3

 

niedziela, 05 lutego 2017

 20.08.3

    20.08 (sobota) - Sobota do tego łikend, do tego pierwsza od dawna zapowiadania i realna lampa z nieba. Unikatowa lampa, bo nudną zapewne jest informacja, że lata tutaj prawie wcale nie było. Ale rzeczywiście od rana słońce mocne, od rana kawa na pomoście, wędkowanie i opalanie. Zostawiłem sobie na koniec plany ostrzejszej turystyki ale ich nie zrealizowałem. One się nie zrealizowały, tak to napiszę. No bo miałem potrzebę jeziora i pomostu. W zeszłych latach mi to lepiej szło, rowerowe długie jazdy. Była ładniejsza pogoda, no i właśnie, nie wpadłem w pewne uzależnienie, czy nawyk. Teraz aura spowodowała, że było się tylko nad jeziorem i okazało się, że jezioro to ma bardzo dużą grawitację. Wpada się w pewien nawyk bycia nad nim i nie sposób się oderwać. Tak, łatwo wpaść w uzależniający nawyk, od wszystkiego właściwie, co wykonuje się lub użytkuje regularnie. Nawet od kiepskiej pracy. 

20.08.1

    Podtrzymaliśmy zatem nawyk porannej kawy, pitej na pomoście. Była to kawa inaugurująca bardzo dziwny dzień, pełen zaskakujących doznań. Dzień, który rozpoczynaliśmy będąc na polu sami. Mimo zapowiadanego upału i jednego z ostatnich weekendów wakacji, na razie nikt nie dojechał.

    Szedłem zatem z tą kawą na pomost. Patrzyłem sobie na jezioro i słońce. Coś przejechało drogą przez pole. Zdążyłem zerknąć i dostrzec, że to Straż Leśna. Doszedłem do Beaty, a ona ze śmiechem, jaką miała przygodę. Zobaczyła Straż Leśną i zdążyła wędkę schować, bo temat jest nie opłacony. Uspokoiłem ją, że - jak sama nazwa mówi - Straż Leśna jest od lasu, a nie od wody, to inne gospodarstwo w Polsce. Usiałem sobie i się zadumałem. Nad tym, że dopiero teraz, po sezonie, taka Straż Leśna jedzie. Pomyślałem sobie, że jednak w całkiem sensownym kraju żyjemy, skoro taka służba nie jeździła podczas sezonu. Wcześniej przecież mogli i musieliby wiecznie się z kimś awanturować, wiecznie dawać mandaty. A to za spuszczenie psa ze smyczy, a to za niedopałka, a to za drewno. Podczas wielotygodniowego pobytu nietrudno o takie przewiny. Usuwając się w cień, podczas czyichś urlopów, pozwolili ludziom żyć.

    Siedziałem sobie, na pomoście i upale, dalej. Dalej rozmyślałem. Choć nie tylko. Patrzyłem też jeszcze na jezioro. Wgapiałem się właściwie, bo od dawna słychać było znad tafli jakieś dziwne dźwięki. Jakby ze dwie motorówki. A tu przecież strefa ciszy? Długo bzyczało gdzieś w oddali. W końcu dostrzegłem, że to po drugiej stronie jeziora. Pływa motorówka, chyba nie jedna i jakby coś za sobą ciągnęła. Coś na wzór kuligu. Jakby dwie motorówki ciągnęły za sobą takie małe łódeczki, czy materace. Może jacyś koloniści? Ale w strefie ciszy, tutaj. Poprzyglądałem się chwilę temu, ale nic nie wypatrzyłem. Zagłębiłem się w jakiejś lekturze. Po pół godzinie Beata zawołała: "Patrz? Patrz". Zza kępy drzew wypłynęły dwie motorówki, które miały miedzy sobą rozciągniętą line. A na tej linie kilkanaście takich małych materacyków. Ale pustych, bez dzieci. Jakiś pan z tej łodzi zapytał, czy czasem nie mamy czegoś w wodzie i żebyśmy  ewentualnie wzięli wędki. Beata zapytała w związku z tym, czy może oni są ze Służby Wodnej, szukają kłusowników. Oni natomiast na to, że oni tylko badają, sama nauka. Na pontonikach były jakieś czujniki, które rejestrowały wszystko z wody. Ubaw był po pachy. Długo patrzyłem na środek jeziora, za tym "kuligiem". Wyglądało to bardzo zabawnie.

    Te dwie powyższe sprawy, to nie był koniec naszych kontaktów ze światem kontrolno naukowym tego dnia. Jeszcze po południu, mimo wolnego od pracy, przeszła koło nas trójka ludzi. Bardzo specyficznych. Małżeństwo z dzieckiem. Szli i wszyscy nieśli jakieś jakby siatki na motyle i kubeczki. Okazało się, że to jacyś naukowcy. Jeżdżą po kraju i badają wodę w rzekach, w których występują bobry. Czyli, jak ich obecność wpływa na środowisko.

    Wczesnym popołudniem natomiast przestaliśmy być sami. Przyjechały trzy osoby na rowerach. Tacy ewidentni turyści wielodniowi. Jechali jak po swoje. Przez łąkę i prosto do nas, na górkę, jakby wcześniej 10 razy tam były. Były, bo okazały się dziewczyny. Dwudziestokilkuletnie rowerzystki. Najlepsze, że jedna była murzynką. Czego tu nie było w tym roku? Dron, murzynka, Bielszczanie. Siedzieliśmy na pomoście i słychać było z górki jakieś dziwne dźwięki, jakby ktoś długo pompował pompką nożną, a potem jakieś stuki. Śmiałem się, że pewnie już sobie stroją palisadę obronną. Przychodzimy, a tam, koło nas już całe budowle i tablica z napisem: "Mały Biskupin". Albo wzniesie się balon z napisem "Allach Akbar". Po jakimś czasie dwie dziewczyny, nie murzynki, pojechały gdzieś na rowerach. Wróciły za półtorej godziny, bez rowerów, za to kajakiem.

    Przebiegłem się fajnie z psem pod wieczór. Naprawdę dobrze mi się tutaj biega. Tego będę żałował.

20.08.2

Potem "pochowałem" kolejną ulubioną koszulkę biegową. Na ramiączkach, sprzed 7 lat, z maratonu w słowackiej Cadcy. Wygodna, firmowa.

20.08.31

Zebraliśmy przy okazji furę kurek. I przy piosence:  

 ">

    Jak wróciliśmy, okazało się, że przybyło jeszcze trzech chłopaków, Niemców. Z fajnymi kajakami. Rozbili się niedaleko tych dziewczyn. Niby że nieznajomi. Dobra, dobra, pewnie się spiknęli na portalu randkowym. Poza tym murzynka na pomoście robiła jakieś zapiski w zeszycie. Ciekawe, że ktoś jeszcze robi takie rzeczy. Żeby jej długopis nie wpadł do wody.

 21.08.1

    W Rio Polska zdobyła kolejny medal. Maja Włoszczowska została wicemistrzynią. Fajnie, jednak znów to jest pianie nad przegranym finałem. Wracając do poprzednich wynurzeń sportowych, to mi się przypomniała niejaka Jagna Marczułajtis, W snowboardzie zajęła świetne 4 miejsce, na igrzyskach w Salt Lake City. Nadzieja na przyszłość. Pojechała na następną olimpiadę i przepadała, zajmując jedno z ostatnich miejsc.Co stwierdziła? Że najważniejsze, iż dobrze się bawiła. Super. Szkoda, że ja się dobrze nie bawiłem, a ona miała fun za moje pieniądze, znaczy podatnika. Nie sposób mnie też sobie nie przypomnieć scenki stąd, z poprzedniej olimpiady. Polscy siatkarze odpadli na poprzedniej olimpiadzie w ćwierćfinale. Oglądaliśmy ten mecz tutaj. Długo było cicho. Na noc dało się słyszeć krzyki: te ch....e, te sku....y, za moje pieniądze tam pojechali i co!? Ale chyba w lekkiej atletyce, królowej sportu, mamy dużo medali i to jest ważne.

    Wieczorem jeszcze ognisko z ziemniakami i pieczystym.

    21.08 (niedziela) - Temperatura bardzo wysoka, jak na to lato. Jak na ten tutejszy barak lata. Pierwszy raz, w a. d. 2016 zdarzyło się, że nas ciepłota wygoniła rano z namiotu. Ale nie ma co tutaj przeginać z oczekiwaniami. Była ciepłota, ale nie było słońca i oczywiście wieczorem się zmieniło. 

    Pohamaczyłem się w końcu, popatrzyłem w niebo. Podczas tego patrzenia spłynął na mnie pewien wniosek. Tyleż chyba poetycki i liryczny, co kiczowaty. Upał upałem, ale słońce niemniej ważne. W słońcu świat wygląda ładniej. W słońcu nawet Notyst wygląda ładnie. Kilka lat temu spływaliśmy Czarną Hańczą, czyli przez Suwalszczyznę. Specyfiką tamtej pogody było to, iż jeszcze bardziej była przejściowa. Czystego słońca mało, ciągle chmury, albo dżdżystość. W efekcie cały region,mimo że zapewne piękny, ja zapamiętałem jako brzydki i ponury. Całe moje zakochanie się w Mazurach natomiast, nastało w porze pięknego słońca.

    Stosujemy ogień olimpijski. Spaliliśmy nawet Beaty połów, starą nogę od pomostu, czy stolik po sąsiadach. Ogień, jak dobra zmiana, dotrze wszędzie i strawi wszystko. Nie przestaje mnie fascynować to, że im bardziej pada, a deszczu tu dostatek, tym lepiej się pali. Można obserwować, siedząc w namiocie.

21.08.2

    Niemki, wraz z murzynką, odstawiły gdzieś kajak, a potem pojechały na rowerach w dalszą drogę. Wraz z Niemkami odeszła pogoda, Jak zaczęło padać, tak lało do nocy. Jak się szło domyśleć, Polacy przegrali z Niemcami mały finał i nie będzie jednak medalu dla naszej reprezentacji w grach zespołowych.

    Poza tym jest schyłkowo. Lekki smuteczek, łapanie każdej chwili, myślenie już nieco o pakowanku. Powrót nasz nastąpi zapewne w środę. Zdjąłem już hamaki, na których nie było kiedy leżeć, bo wiecznie było mokro. Pewnie w Ujsołach będziemy dosuszać.W prognozach były ewentualnie przelotne deszcze na wieczór, tymczasem jak nam zaczęło lać, to jakby ktoś arcydupne prześcieradła po praniu w niebie wykręcał. Szlag trafia glampng, wszędzie już się wdziera woda. To jednak nie "Pożegnanie z Afryką". Niedawno, pod jakimś artykułem w internecie, napisałem: "myślałem, że lizusostwo ma jakieś granice, myliłem się". Teraz wypadałoby mi to sparafrazować na: "myślałem, że ilość deszczu, jaki pada na metr sześcienny jest ograniczona. Byłem w błędzie." Popatrzyłem też na prognozę pogody na następny weekend. Ma być oczywiście ponad 30 stopni i idealne słońce. Fajnie, tylko że w ten weekend też tak miało być, tymczasem było tylko połowicznie. Poza tym jeszcze tydzień nie możemy zostać.

    Planowaliśmy jeszcze tutaj psa jakoś artystycznie obstrzyc. Żeby nie wwoził lasu do domu. Poza tym tutaj te usługi są znacznie tańsze. Tylko że pani, którą próbujemy w tej sprawie złapać od kilku tygodni. Wiecznie jest na urlopie. Jak można być tak długo na wczasach!?

poniedziałek, 23 stycznia 2017

    2.191

18.08 (czwartek) - Niestety pogoda w pełni ustabilizowana, niewiele lepsza, niż wczoraj. Przesilenie lata, którego tutaj nie było. Nie wiem, czy bociany już odlatują, wiem, że znów przeleciały mi nad głową tym razem 3 piękne białe czaple. Ubyło ludzi, to i czaple się rozzuchwalają. Siadają prawie tuż przy nas.

2_18

    Niemcy, którzy wczoraj przypłynęli, nie zostawili po sobie śmieci, nawet w koszu. Się wie, wyższa kultura. Acz nie do końca to tak jest, albo słynne "ordnung muss sein", funkcjonuje tylko na terenie "faterlandu". Nie wiedzieć po co, założyli bowiem kolejne palenisko i jeszcze w dodatku został w nim rano tlący się żar. Kolejny niemiecki żywy ogień i żar w sierpniu, tak napiszę, żeby się prawicy przypodobać. 

    Przeczytałem w necie coś, co kazało sądzić, że musimy chyba szubko wracać do domu. A to przez to, że LPG ma jakoś znacząco iść do góry. Pojazd nasz na gaz, może się dokula, niż to paliwo zdrożeje. Rzecz się będzie brała z tego, że według jakichś ustaw, jakie planują, handlem gazem będą się mogły zajmować tylko duże przedsiębiorstwa, z dużym kapitałem. Chodzi teoretycznie o to, że podobno teraz wielu małych działaczy tej branży w efekcie nie ma na pokrycie jakichś tam zobowiązań, ktoś inny ma przez to problemy. Może i taki zapis wpłynie na wypłacalność. Ale też wytnie małe ryby, ergo i konkurencję, więc ceny pójdą do góry. Mnie z kolei coś takiego drażni z innego powodu. To urządzanie świata dla pięknych i bogatych, a prawo tylko im na coś pozwala. Ciekawostka jest taka, że im bardziej teoretycznie prosocjalna władza, tym w praktyce lepiej możnym świat ustawia. Cóż? Obecni rządzący wygłodniali po 8 latach opozycji, trzeba na wszystkim położyć łapę, zakoncesjonować, ograniczyć, żeby do nich należała decyzja. Trochę to jest takie też, jak chodzi o tą wypłacalność, poszukiwanie idealnego świata, w którym wszelkie zagrożenia będą niwelowane ustawami. Beata z kolei mówi, że to też próba układania świata, według modelu matematycznego prawie że. Trochę też tak bywa u nas na łące. To układanie świata według modelu, a życie i świat, i tak życiem i światem. Przyjeżdżają panowie - z wielkim szacunkiem i sympatią do  nich piszę - z sonarami latarami itp. Nałowią trochę okonków. Przyjeżdżają też inni, z butelką plastikową zamiast bojki i innymi cudami. Ci drudzy łowią szczupaki, węgorze, sielawy i okonie wielkości kalosza, bo akurat mają "lepszego nosa".

    Na olimpiadzie w Rio, nasz dorobek medalowy - w sensie puntkowym - znacząco podskoczył. Żart, źart. Nie, żeby nic. Jakaś zawodniczka zapaśniczka zdobyła brązowy medal. Do tego wszystkiego świetnie ten fakt potem skomentowała. Uroczo i poetycko. Mianowicie, że całe życie trenowała te 6 minut walki o medal. Są jeszcze ludzie z uduchowionym podejście do uprawianego przez siebie sportu, i to dyscypliny niszowej, niespecjalnie modnej czy widowiskowej. 

3.18

    Przestało padać około 13. Oczywiście kawa na pomoście. Podczas czynienia tam zapisków, spadł mi niestety długopis, parker, do wody. Za to czapla biała, jak pięknie znów przelatywała. Po 17 pojechaliśmy z psem na grzyby i po drewno. Ponownie z precyzuję, że ja konkretnie jechałem, na rowerze, pies trochę mnie. Tak jakby bardziej biegł. Fajny pomysł w ogóle takie grzybobranie z roweru. Śmiga się i tylko co rusz borowik z lasu. A pojechaliśmy w innym kierunku, niż zwykle, w stronę Cierzpięt. Drewno też fajne, też dupne kapelusze. Zbieram, bo ostatnio utrzymujemy wieczny ogień, więc schodzi. Ogień prawie olimpijski. 

4.18

   Po "ciemkiemu" już, usmażyliśmy na tym ognisku naleśniki.

5.18

Pełen glamping, bo okraszone dżemem z tutejszych dzikich czereśni. Poza tym trafił mi się trzeci większy tutaj wyczyn, obok obejrzenia meczu finałowego ME w piłkę i zwodowania ślimaka. Wyczyn taki mianowicie, że wypiliśmy do końca wódkę, którą dostaliśmy w styczniu tego roku. Potem postanowiliśmy spać na polu, przy ognisku. Nie no, obiektywnie noc ładna i sprzyjająca była, nie że po resztce wódki tak walnęło. Poza tym byliśmy pilnowani, bo u wrót polany duża grupa młodych i ewidentnie sprawnych trapersko Niemców się rozbiła. Fajne mieli namioty, takie duże, jakby cyrkowe. Noc ładna, może tym razem dotrzymamy i zobaczymy świt. A i księżyc tak świecił, że było jak w dzień.

 

    19.08 (piątek) - No i pospaliśmy przy ognisku, na łóżkach. Bardzo lubię spać na polu i się wówczas wysypiam. Spanie to ma jedną kiepską cechę, że jak się już obudzę w trakcie nocy, to potem już nie zasnę. Tym razem obudziłem się nieco po 5. Jakiś świt był i jakieś słońce. Nie było komarów, nie było w nocy zimno. 

 1.19

Nasz wieczny ogień jeszcze się palił rano. Trochę przy nim sobie posiedzieliśmy z rańca. Skutkiem pewnych infantylnych zabaw poleciały iskry i Beacie się przepaliła dziura na ulubionej bluzie. Bardzo się śmiałem, jak coś skojarzyłem. Tutaj, na Mazurach, testowałem bluzę do biegania. Trzeba było zakryć wcześniejszy, kiepski napis, więc Beata mi naszyła: "go like never before". Śmiałem się, że jej teraz znajdę aplikację: "sleep like never before". Zesmażyliśmy na tym ognisku wczorajsze grzyby. Trochę później przewinął się leśniczy z jakąś komisją. My w pidżamach, na łóżkach, w pieleszy, przy palącym się w puszczy ognisku, a tu kola w mundurach. Stary znajomy, ten leśniczy, zapytał jak nam tu, czy nie wilgotno? No, nie. Nie zapytał o palenisko, o gwoździe powbijane w choinkę, o kilka innych rzeczy.

 3.19

    Dziś na olimpiadzie nasi piłkarze ręczni przerypali półfinał z Danią. Zaczynam czarno widzieć ten pierwszy od 24 lat medal w grach drużynowych. Obawy mam większe, że w ogóle na tej olimpiadzie to szału nie będzie. Że od strony złotych medali, to nawet na zimowej olimpiadzie ostatniej było lepiej. Jakoś mi się przypomniała olimpiada z Aten, gdzie to jedna laska nie wykręciła gąbki i się waga kajaka nie zgadzała, trener się zagadał z Kwaśniewskim i nie przekazywał bokserowi instrukcji w czasie walki i same takie infantylne wtopy. Kolejny raz też mogę przytoczyć swój pogląd, że Polacy, to nie jest nacja sportowych triumfatorów. Nie mają do tego ani genu perfekcjonistów, ani szczęścia, ani wiary w siebie i chęci poświęcania wszystkiego jednemu. O stronie organizacyjnej nie trzeba wspominać. Małysz to był przypadek, a Stoch i Korzeniowski, to wyjątki. Małysz to był przypadek, a Stoch i Korzeniowski to wyjątki. Ładne były słowa zapaśniczki, co mówiła ze łzami w oczach, że te 6 minut walki trenowała całe życie. Ale nie mniej mi się podobały nerwy innego polskiego zawodnika na swoje 3 miejsce, że przecież stać go było na wygranie swojej konkurencji. 

115

    Beata spędziła oczywiście dzień na rybach. Gdyby polscy sportowcy tak się poświęcali swoim dyscyplinom jak ona.

4.19

Pranie też dzisiaj mieliśmy, prawie jak w leśniczówce. Mgły szły rano do góry, parły, w końcu coś takiego widziałem. 

    Jak pojechałem z s psem po drewno, to dymałem z torbami. Nagle słyszę, auto. A miałem czuja. Torby w krzaki, idę w stronę dróżki bez objuczenia, a psu wołam, żeby został gdzieś tam w burokach, bez tej smyczy, A miałem czuja. Oczywiście leśniczy zza krzaków wyjechał swoim golfiakiem, znów z jakąś delegacją. Pozdzierali to podwozie przez de leśne dróżyny, oddalili się. Torby na rower, wjeżdżam na dróżynę. Za chwilę znów coś słyszę. No to znów torby w krzaki..... Nerwowy dzień dziś w lesie był.

    Najważniejsze jednak, że pogoda się poprawiła. Ładniejsza dziś była i zapowiadają upalny łikend. Dobra, dobra, niejedne już takie zapowiedzi słyszeliśmy. A my na łące sami. Mimo że wolne, że jeszcze wakacje, że pierwszy niedeszczowy koniec tygodnia od dawna.

niedziela, 11 grudnia 2016

 11.1

   11.08 (czwartek) - Udało mi się obudzić około 05.30, żeby popatrzeć na wschód słońca, tylko że słońcu się wstać nie udało. Przez glampingowe ścianki widać było, że na tej polanie jestem sam, bez niego. Za to wyczuć było, że udało się wstać wilgoci, wyraźne było duże odczuwalne zimno. Potem się okazało, że max 7 stopni. Ostatecznie wstaliśmy o 08.00, słońce już było. Pies nam zaraz dał do zrozumienia, że mimo własnych legowisk w ilości niemałej, trochę ma już dosyć wszędobylstwa tej wilgoci. A to wskakuje do auta i nie chce wyjść, a to pcha się na paradne łóżko. 

    Na polanie jesteśmy prawie sami. Dwóch wędkarzy z najbliższego sąsiedztwa na łódkach na rybach i na całkiem odległym końcu łąki kilka pań. 

    Słońce w pełni, więc pozwoliliśmy sobie skorzystać i wygrzać na pomoście. Trzeba, bo długo pewnie nie poświeci. Ja z kolei przy każdej okazji, przy każdym ruchy, muszę reagować na to że pies nie ma poczucia czasu i tłumaczyć mu, że jeszcze do domu nie jedziemy. Choć zapewne autko by mu wystarczyło, nie musi być aż dom. 

11.2

    Patrzymy sobie na pana, co znów ciągle przesiaduje na środku jeziora, na łódce, jakby w starodawnym słomkowym kapeluszu. Jak na obrazie Moneta. Kiepskie mamy odczucia, bo trochę nam on przypomina znajomego, który powinien tutaj być, a jeszcze go nie ma. 

11.3

    Ciekawa scena się rozegrała nad naszymi głowami. Usłyszałem jakiś paniczny krzyk ptactwa. Zadarłem głowę do góry. Na niebieskim, bezchmurnym niebie szybowały 2 jastrzębie. Ornito, czy ichtiosielanka. Przerwane czasem przejściem gówniar z drugiego końca polany, które ani dzień dobry, ani nic i jeszcze czerpaną wodę na pół pomostu rozlały. Taki świat ludzki. 

    Ubaw wczoraj miałem. Beata pogadała z sąsiadem i uznała, że za ewentualny rok, czy za innym następnym razem, będziemy musieli sobie wziąć jakąś przetwornicę, która nam da prąd z akumulatora i będziemy mogli wtedy używać nawet laptopa z internetem. Zaśmiałem się, że w takim układzie jest to nasze ostatnie "60 dni bez prądu". 

    W południe pojechaliśmy do Mrągowa, spróbować nabyć pewną część do samochodu. Na fascynujące zjawisko trafiliśmy. Szrot taki, że wszelkie u nas, to zupełne popierdułki. A jaka logistyka? A jaka estetyka? Prawie jak na zachodzie, w fabryce BMW. Weszliśmy na teren i stali wśród nieprzebranych stosów sprasowanych samochodów, w których ktoś kiedyś miał używanie. W niejednym pewnie niejeden przemierzał świat, a przynajmniej pół Polski. W niejednym pewnie niejeden "obatel" kraju znad Wisły został poczęty. Trochę strach i szczęście, że na nas taki stos nie runął. Z BHP tak sobie w zgodzie to wszystko.  A biuro jakie wypasione. Płaskorzeźby i instalacje w temacie, metaloplastyka. Dwie panie za ladą. Śmiałem się, że panie były w szoku, jak z Beatą rozmawiały. Pewnie pierwszy raz od lat z kobietą, a nie z facetami, mechanikami. Wszystko świetnie, ale nie znaleźliśmy tam tego, czego szukaliśmy. Trochę się niefajnie robi, jak się pomyśli, że niejedno auto na tym szrocie, to lepsze niż te jeżdżące.   

    Nabyłem w końcu "Gazetę Wyborczą" i pisało w niej, że w dzisiejszą noc będzie deszcz spadających gwiazd. Zwłaszcza około drugiej w nocy ma być ich ileśtam na minutę. Podobno w Rio Polki zdobyły złoty medal we wioślarstwie. Jesteśmy potęgą w tej dyscyplinie i znacząco podskoczyliśmy w klasyfikacji medalowej. Zawsze mi się wioślarstwo podobało. Szczególnie regaty. Na przykład na Wiśle w Krakowie. Ale pewnie trzeba być mega zamożnym, żeby ten sport uprawiać. Z kolei wieczorem siatkarze wygrali i praktycznie są w ćwierćfinale. Dobrze, żeby jakikolwiek medal zdobyli.   

    Poszliśmy biegać z psem po lesie.Znów była rewelacja. Chyba już lata całe mi się tak dobrze nie biegało. Pędziliśmy, obierali losowo jakąś leśną drogę, potem następną i tak kluczyli. Przy fajnej muzyce, której ostatnio mało. Tym razem były to:

 

Kolejny raz mnie ubawiło, że w latach 80-tych koleś śpiewał o konformizmie. Ciekawe co by dzisiaj powiedział? Kilometrów nie nazbierało się dużo, ale na pełnym luzie przebiegnięte i w dużym poczuciu mocy. 

11.4

    Mrągowo znów zrobiło na mnie duże wrażenie. Inny typ miasta, niż te u nas. Jakby innej genezy, na innej podbudowie osadzone. Fascynuje mnie to, że wciąż tam znajduję jakieś nowe dzielnice, nowe parki, nowe kamienice. Widać, że poniemieckie. Podobnie jak wiosną pierwszy raz byłem w Nysie. I byłem zaskoczony, bo miasto nie mega duże, a strasznie jakieś paradne i wielkie budynki, przestronne ulice, jakich w Galicji czy na Śląsku nie uświadczysz. 

    Na FB trafiłem na jakąś stronę, czy grupę, pod hasłem: "biegam w mieście". Ze swoim bieganiem po lesie i zbieraniem przy tym grzybów znowu jestem mega niemodny. 

    Doszły nas słuchy, że znowu ma być strasznie zimno w nocy. Zapowiadają 6 stopni. Ciemna strona glampingu. Chyba jej pierwszą ofiarą jest nasz pies. Panicznie szuka suchoty. Chyba go znów dam na noc do samochodu. A ja zapalę ognisko. Będziemy siedzieć przy nim, ogrzewać się i liczyć spadające gwiazdy. Piksel poszedł do bagażnika, my na stanowisko obserwacyjne. Napiszę tak. Gwiazd na niebie było pełno, tylko żadna jakoś nie chciała spadać. Może jakiś błąd był w aplikacji? Pojawi się na niebie komunikat - uruchom ponownie. Gdyby jakaś się pojawiła, zawołałbym życzenie, żeby było cieplej. Pewnie zgodnie z optymistyczną psychologią pojawiłby się wtedy napis - "To dołóż do ognia". Przygotowałem się do tej zimnej nocy nalewką od cioci. Przednia, grzała - fakt, ale chyba waliła bardziej w pęcherz niż w głowę. Zasnęliśmy jakoś. Najzimniej było nad ranem. Faktycznie, konkret. 

 

   12.08 (piątek) - Niby obudziliśmy się wcześnie, ale zimnica powodowała, że mozolnie się wstawało. Od zawsze mniemam, że w zimnym dobrze się śpi, ale fatalnie wstaje. Wtedy całą energię, jaką zyska się w nocy, momentalnie trzeba spożytkować na nabranie ciepła i energetyki. Tak było i teraz. Poszedłem zaraz psa z auta wypuścić. Śmiałem się, że się zdziwi, że jeszcze nie jest w domu. Ubaw miałem, że sobie pomyśli, iż całą noc jechał, a dalej jest nad tym samym jeziorem, w tym samy lesie. Jak w piosence Grechuty, o podróżach dookoła świata. 

    Pojechałem z psem na tzw. cypel, rozejrzeć się za kurkami. Kurek nie było. Za to znalazłem ładnego borowika. Niemniej jednak, jakiś frajer mi chyba wyzbierał wszystko. Na takim odludziu? Dobrze idę, można powiedzieć, bo na ostatnie tygodnie miałem plan namiętnego zbierania grzybów. Beata twierdzi, że każdy zawsze w ostatnich dniach robi wszystkie rzeczy po jakie przyjechał, żeby zachować pozytywne emocje w pamięci i ostatnimi dniami przykryć to, że większość dni przesiedział przy piwie. Które to siedzenie, notabene, też ma urok. 

12.1

    Podczas wędkowania Beata zapoznała jakichś państwa z pobliskiego nam Andrychowa. Między innymi chłopak tam był, około 2 klasy podstawówki. Powiedzieliśmy mu, że w jeziorze tkwi zatopiony samolot z II wojny i ogólnie jest polodowcowe. Po chwili przyszła jego siostra, z wiadomością, że do pływania woda jest zimna. Chłopak wysnuł logiczny wniosek, że musi być zimna, skoro polodowcowe. Ponadto państwo mają chyba jakieś lokalne kompleksy. Najpierw strzeliliśmy po rejestracji, że pewnie są z Wadowic. Na to była prawie obraza, że nie, że z Andrychowa. Ponadto Beata zapytała chłopaka, czy pływał kajakiem, a on że nie, bo mieszka w mieście. Aha.

Nie koniec to był ziomkostwa. Wieczorem przypłynęli spływowicze rodem z mojego Bielska-Białej. Śmiałem się, że pewnie ze Złotych Łanów, bo Beata się już wywiedziała, że z okolic ul. Żywieckiej. Trzeba im też zostawić, że rozbili się namiotami w miejscu podobnym do Żywieckiej. Ruchliwym, przewiewnym. Zatem kolejny epokowy dzień na łące. Kilka tygodni temu był pierwszy dron, teraz pierwsi Bielszczanie. 

    Wybrałem się po południu na dłuższy rower. Bez wiedzy jak pójdzie i bez pewnego planu, bo aura znów mało witalna. Zamierzałem przejechać szlak rowerowo turystyczny imienia jakiegoś Paula Wicherta, który wiedzie po leśniczówkach nadleśnictwa chyba Pieresławek. Wicherta nie znam, ale podobno jakiś znany niemiecki autor. Podobno, gdyś skoro go nie znam, to nie jest znany. Trasa 30-50 kilometrowa lasami, nad jeziorami. Oprócz Pieresławka, leśnictwo Sławno, Lipowo, Jeziorki, Strzałowo. Ładna, trzeba przyznać. Szybko znalazłem dużo grzybów, co zaraz nadało sens temu wyjazdowi i zaczęła się mykoturystyka rowerowa. Jechało się raz szybciej, raz wolniej. Trzeba było czasem mocno pilnować szlaku. Pieresławek miał leśniczówkę z parkingiem jak pod hotelem Herman w Wilanowie.

12.2

12.3

Potem cały czas lasem oczywiście. Leśnictwo Jeziorki było mniej ładne i malownicze. Za to dookoła pusto. Ani jednego człowieka nie spotkałem. Ufoludka też zresztą nie. Dojechałem do Lipowa. Byłem tam drugi raz w życiu. Tym razem może nawet bym potwierdził zasłyszaną kiedyś opinię, że to najładniejsza wieś na Mazurach. Fakt, ciekawa. Niby duża, niby mała. Trochę rolnicza, trochę w lesie i nad jeziorem. Prawie każde domostwo, zwłaszcza te warszawiaków, według innego stylu. Są domy nędzne jak w Notyście, są też wypasione bardzo. Trochę jak Mazury Garbate. Poszczególne zagrody często oddziela pagórek i w efekcie wieś się jakby nawzajem nie widzi. Z jednego z pagórków widać Jezioro Inulec, w środku wsi jest kilka jezior - kałuż. Centrum miejscowości stanowi sklepik, jak w Ranczo, z ławeczką. Ogólnie Lipowo chyba dlatego też atrakcyjne, że z daleka od dróg wojewódzkich. Leśnictwo tam było ładne, z pokojami do wynajęcia.  

 12.4

12.5

12.6

Potem Strzałowo. Ładny tam był rezerwat leśny, prawie jak tajga. Połamane olchy i brzozy wystające z bajora. Tylko, że szlak zgubiłem, a szło na wieczór i problem czasowy mi się zrobił. W końcu ten szlak pokichałem i jechałem asfaltówką, drżąc czy zdążę przed zmrokiem, a do tego zacząłem siadać fizycznie. Fajnie, że w Krutyni dają ulotki z tym szlakiem rowerowym. Szkoda tylko, że szlak Pala czy Ernesta Wicherta w rzeczywistości jest dużo dłuższy niż na ulotce i można się przejechać z planami. Pierwszy raz odczułem istotnie praktyczną rolę aplikacji w stylu endomondo. Odtwarzała mój szlak, a chciałem wrócić do początku swojej drogi, więc dzięki mapce mogłem bo widziałem w jakim kierunku to jest, skąd wyjeżdżałem. Fajnie było. Wszystko się zawarło w 3 godzinach i 45 kilometrach. Przeżyłem wszystkie stany od euforii po załamanie. I znów, jak w poprzednich latach, pożałowałem każdego dnia, kiedy nie robiłem dłuższych wycieczek na rowerze. Heca się przydarzyła, bo 7 km od glampingu mi się jakaś nakrętka odkręciła i drżałem czy dojadę.Tymczasem wystarczyło palcami trochę przytentegować. 

    Jak wróciłem, Beata oczywiście wędkowała. Dużo tego już miała. Widać, że frajdę jej to sprawia niemałą. No, mnie też, usmażyłem na kolację. Wieczorem jeszcze wyszedłem i zobaczyłem. Spadającą gwiazdę. I to taką, jak skurczysyn. Długa, siarczysta, z czerwonym ciepłym światłem i konkretnym warkoczem i odpadającymi ognistymi iskrami.

niedziela, 27 listopada 2016

 09.08_1

   09.09 (wtorek) - Siedliśmy sobie rano na pomoście, klasycznie rytuału kawowego dopełnić. Przyjechała rowerem jakaś dziewczyna, około 14 letnia. Zerknęła na jezioro, a potem 25 minut pstrykała sobie "selfie" z wysięgnika. Stwierdziliśmy, że to "selfie", to jakiś mega egocentryczny wynalazek. Cykaj siebie, nawet czyjejś ręki nie potrzebujesz, żeby siebie pokazać. Niby czasu promujące pewien altruizm, a tutaj takie "selfie".  

    Beata szybko zabrała wędkę i poszła łowić. Nieźle ją wciągnęło. Ja się trochę pokręciłem. Potem zostawiłem psa, wsiadłem na rower i pojechałem do Krutyni, do muzeum. Taki o to był powód. Rower mi już skrzypi od wilgoci, cały pordzewiał od tego ciągłego deszczu. Właściwie jechałem "na skrzypiąco". Do Cierzpięt, potem szlakiem turystycznym przez las. Droga mi znana. Przez mokradełka i śluzę. Włączyłem sobie odpowiednią muzykę. Tak, "Wędrówka z cieniem" okazała się bardzo odpowiednia. 

Za śluzą sobie jechałem lasem, patrzę, a tu grzyb wielkości rozczapierzonej dłoni. I to raczej prawdziwek. Nie! Chyba jestem skazany na zbieranie grzybów. Nie przewidziałem tego wprawdzie, ale cóż? Nie wziąłem plecaka. Miałem woreczek w kieszeni, to włożyłem doń grzyba i z dziwną przyjemnością pojechałem dalej przez las. W Krutyni było znów masę ludzi. Może pogoda akurat pod takie sprawy jest? Nie zwiedzałem, bo i co? Udałem się prosto do Muzeum Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Najpierw wszedłem do siedziby parku. Między innymi było tam schronisko dla rannych bocianów. Była też pewna mapka. Plan lotów bocianów. Wynikało z niej, że te z Polski, to latają nawet do RPA. 12 tys. kilometrów. Uchodźcy. Samoloty teraz, to z międzylotem muszą.

09.08_2

09.08_3

Muzeum też całkiem ładne o ciekawe. W kilku izbach wyeksponowano leśne ptactwo, zwierzęta, głazy, łby, trochę roślin, zdjęcia. Miło, można polecić. Było tam wypchane ptactwo, więc mogłem trochę porównać. Te gadziny, co nam obsrywają pomost, to nury na pewno nie były. Odmiana kaczek, albo perkozów. 

    Do Krutyni od nas, szlakiem, rzeczywiście było 11 kilometrów. "Ptyś" miał rację. Co do dystansu oczywiście. Tak się zastanawiam, jak to rzeczywiście jest z tą aktywnością? Niby wielu się nią chwali, ale tak czasem coś zrobić, to nie za bardzo. Wszelkie moje starty od ponad roku były w warunkach, które nie pozwalały mi nabrać zdania. Maraton w Krakowie, półmaratony na Słowacji czy w Czechach. Tam ludzie trochę inaczej reagują na modę. W czerwcu wystartowałem w biegu na 10 km. Przy swojej, słynącej z wysokości, samoocenie, myślałem że dostanę baty od aktywnego społeczeństwa, zwłaszcza że dystans nie jest mój, a taki, gdzie właściwie każdy może wystartować. Tymczasem miejsce zająłem całkiem godne i ogólnie robiłem tam za profesora. Jedna ciekawa rzecz była, o której nie miałem okazji do tej pory napisać. Bieg w Pszczynie i meta była w parku pszczyńskim. Gdzieś tam z głębi biegliśmy do mety i widać było, że właśnie bad pakiem na burzę się zbiera. Śmiałem się, bo była taka słynna scena z - rewelacyjnego zresztą - filmu "Magnat". Wesele się odbywało właśnie w parku pszczyńskim, przed pałacem. Przyszła burza, a książę pozamykał wejścia do pałacu. Jak wbiegałem na metę, spadł rzęsisty, burzowy, czerwcowy deszcz. Wszyscy się schowali w takiej salce.

    Po zwiedzeniu Muzeum Mazurskiego Parku Narodowego popatrzyłem na różne mapki i foldery. Przypomniałem sobie po9 latach, że przecież za naszym jeziorem jest śluza, a potem bardzo urokliwe Jezioro Krutyńskie. Jak się płynie rzeką, to wygląda prawie jak Gardyńskie. Z trzciną, ptactwem. Prawie rzeka. Skojarzyłem, że jest przy nim parking i dużo kajaków tam wodują. Chciałem wracać przez Zgon, ale najpierw tam zobaczę.Droga przez Zgon jest o wiele dłuższa. I tak, jadąc rowerem, patrzyłem w niebo. A tak, patrząc, zadałem sobie samemu dosyć filozoficzne pytanie, mianowicie: "po ch.. mi jechać dłuższa drogą?". A zadałem sobie to pytanie nie tylko dlatego, że z natury jestem wątpiący i dociekliwy, że wiem że nic nie wiem. Zapytałem się siebie patrząc się w niebo, w jego granat - albo właściwie czerń i ponurość. Po co mi przez tą ponurość jechać drogą, którą już bardzo dobrze znam. Pojadę przez Cierzpięty, tam niechybnie znajdę jakiegoś grzyba, skoro już tacham woreczek. No i szybciej będę na pomoście, skąd się medytacyjnie można patrzeć w spławik, co pewnie Beata teraz czyni. Dotarło do mnie, że pewnie dlatego tak się tutaj dobrze czujemy. W odróżnieniu od reszty społeczeństwa i wbrew indoktrynacji reklam, wolimy refleksyjnie i medytacyjnie, niż aktywnie i dynamicznie. Stąd pytanie i zdziwienie wielu, że tak długo tu potrafimy być? A czemu niby nie? Choć fakt, że w Krużewnikach jeszcze nie byliśmy. Jezioro Krutyńskie okazało się może i ładne, ale z pozycji wody. Z drogi, nie wyglądało specjalnie. Niewiele było widać, poszerzona rzeka.

09.08_4

Pojechałem dalej. Po drodze jeszcze zobaczyłem kilka pomniejszych jeziorek, po prawej stronie głównej drogi. Ale grzybów już nie znalazłem, choć widziałem pana, który miał sporo czegoś w reklamówce. 

    Beata nadal dzielnie łowiła. Miała już tego sporo w siatce, ale wiadomo, że głównie płotki. Zjedliśmy obiad i deser, jeszcze z borówkami.

09.08_6

    W międzyczasie obiadu poszedłem do sąsiada na mecz. Polacy grali z Niemcami - mistrzami Europy z tego roku - w piłkę ręczną na olimpiadzie. Pierwszy mecz przerżnęli z Brazylią. Po stronie Niemieckiej grały klasyczne ichnie nazwiska. Strobl, Wolf. W polskiej drużynie między innymi niejaki Szyba. Komentator wołał, że Wolf wpadł na Szybę. Obie drużyny grały w koszulkach o nazwie Kempa. Sąsiad się śmiał, że Kempa drukuje tylko koszulki. Polacy przegrali ostatecznie dosyć wysoko, mimo że chwilami remisowali. Coś mi się wydaje, że w tym sporcie istnieliśmy kiedyś. Wenta stworzył drużynę z jednego konkretnego pokolenia i stąd były sukcesy, a nie jakiejś systemowości. A my wciąż tkwimy w przekonaniu, że musimy być wielcy w szczypiorniaku. A szkoda, bo od olimpiady w Barcelonie, 24 lata temu, medalu w sportach drużynowych nie zdobyliśmy.

    Trzeba było jeszcze pod wieczór psa wyprowadzić. Przynajmniej według mnie. Wyszliśmy, Na szczęście miałem woreczek, bo na pierwszych metrach zobaczyłem kurki. Zacząłem zbierać. Patrzę, a pies podwinięty ogon i zdyla. Już go nie dogonię, więc spokojnie zbierałem dalej. Usłyszałem jakieś grzmoty. Pewnie o to Pikselowi poszło. Wróciłem po godzinie, z pełnym workiem "żółtków".

09.08_5

    Wieczorem trafiłem w necie na rozmowę z Antonim Dudkiem, z IPN. Komentował biografię Jarosława Kaczyńskiego, który oczywiście 25 lat temu coś tam przewidział, zrobił to a śmo, i dzisiaj jest jak jest. raczej uznaję, że światem rządzi przypadek. Nie wierzę w to, albo wręcz mnie śmieszy, że ktoś coś przewidział wtedy, mimo że potem przez czysty przypadek wrócił do polityki i na szczyty, a co to było PC, to już mało kto kojarzy.

    Wszyscy straszą, załamaniem pogody. Ciekawe z jakiej na jaką?

 

    10.08 (środa) - Załamanie pogody rzeczywiście przyszło. W postaci takiej, że lało od rana, praktycznie przez cały dzień. Tak tu jeszcze nie było. Niby temperaturowo w miarę, ale i tak ubrałem sweter norweski. 

10.08_1

10.08_2

    Beata się bawiła w ulepszanie glampingu. Zdjęliśmy jedną z komnat i zrobili jakby pokój gościnny.

10.08_3

10.08_4

10.08_6

10.09_3

Późnym popołudniem poszliśmy z psem do lasu. Znów kurki i borowiki. Ech, te nasze wątroby. Beata na rybach. Po kilkadziesiąt ich łowi dziennie. Potem do octu i do słoików. Tak, ech te nasze wątroby. No i nasz pojazd. Pakowny jest ale jednak nie z gumy, a tyle tych ryb, grzybów,borówek przybędzie. Beata się śmieje, że powinienem na dach bagażnik z leski zrobić.

    Mogłoby przestać padać, bo wymyśliłem koncepcję na aktywny ostatni tydzień albo dwa. Skoro okolicę mam już rowerem zjeżdżoną, to włożę go do auta i podjadę bardziej do Piszu, albo Szczytna.

    Psu wprawdzie teraz przypadł cały hol do mieszkania, ale po dżdżystym dniu jest tak wilgotno, że chyba go dam na noc do samochodu. W końcu takie stworzenie jest bliżej ziemi i bardziej mokrości odczuwa. A ja się nastawiam, że może mi się jutro uda wstać o 6, bo ma być ładnie, i może by się w końcu udało obejrzeć wschód słońca, skoro jesteśmy na zachodnim brzegu.

10.08.5

 

 
1 , 2 , 3 , 4
zBLOGowani.pl