Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte

Z pokątnych podpatrzeń fauny

niedziela, 26 sierpnia 2018

Piksel_3

  Letnie weekendy w centrum Żywca nie są fortunną porą dla psów. Dlatego trzeba wyjeżdżać. Przez większość tych dni powietrze prześwidrowuje łomot grajków z Amfiteatru Pod Grojcem, w wieczory odbywają się koncerty, a noce, nasz pies przynajmniej kończy w wannie. Nie, że taki zawiany wraca. Tak się boi petard. Rozumem jednak, że żyjemy w społeczeństwie i zbiorowisku ludzkim, a nie na bezludnej wyspie.
  Teraz odbywał się zapowiadany od dawna finał Męskiego Grania. Piksel strzygł uszami od przedpołudnia, bo cały czas łomot już zza Koszarawy dobiegał. Wytłumaczyłem mu, że to już ostatni poważniejszy raz w tym sezonie. Kwaśnice,”łoscypki”, BMF już za nami. Co mu ewentualnie jeszcze może zakłócić spokój, to strzał z pistoletu startowego, oddany przez wiceburmistrza Marka Czula podczas jakieś październikowej imprezy biegowej.
  My naszego psa czasem puszczamy samopas, zwykle nie ma z tego ambarasu. W dwóch sytuacjach. Piknikowo lub turystycznie z dala od domu, albo przyjeżdżając skądś,często idzie sam z auta do klatki. Szczególnie, jeśli jesteśmy objuczeni. Tak było i wczoraj.
Zwolniłem go ze smyczy kilkadziesiąt metrów od domu. Robimy tak bardzo często. Czasem wtedy trzeba na psa poczekać chwilę, ale zawsze szybko przychodzi. Nie miałem wątpliwości, że zaraz przyjdzie i tym razem. Żywność przywieźliśmy, a do tego wszędzie dookoła dudnienie finałowego koncertu Męskiego Grania. Łomot Piksela drażni, boi się go. Poza tym pół godziny dzień wcześniej młotkowałem, że bojkotujemy Męskie Granie, od kiedy rok wcześniej na nim Jakubiak vel Dr Misio(którego ogólnie bardzo lubię) śpiewał piosenkę „Nie wierzę politykom” Tiltu i Tomasza Lipińskiego, na tle światełek, błyskotek i reklam najpodlejszego, taśmowego sikacza. Powinno to być pokazywane na Festiwalu Profanacje 201X albo jako przykład na to, że nie wszystko da się przełożyć „jeden do jeden”.
Tachałem zakupy do drzwi i kątem oka widziałem psa prawie przy aucie. Na zawołanie jednak nie przyszedł. Poszedłem do domu. Wróciłem po 10 min, nadal go nie było. Znów z powrotem. Ponownie wyszedłem przed blok przed 22.00. Było to prawie godzinę od powrotu i nie ukrywam, że nie miałem już wątpliwości, że Piksel wrócił i czeka pod klatką albo pod autem. Wręcz wyszedłem mu naprzeciw na schody. A tu nic. Chodziłem, wołałem, gwizdałem. Po godzinie poszedłem ponownie, znów bezskutecznie. Zdałem dobie sprawę z tego, że od jego odejścia spod domu, minęło ponad 2 godziny i że w związku z tym dalej może być różnie. Wróci rano, albo w ogóle. Przyjdzie z włóczęgi rano, albo nie przyjdzie wcale. Zrobiło mi się zaraz głupio za wszelkie bury i niedogodności wobec psa, a przede wszystkim targnęły mną wyrzuty sumienia, że go zwolniłem z tej smyczy. W domu żona stwierdziła, że może poszedł sobie na męską wyprawę, czy Męskie Granie. Wyszedłem kolejny raz po północy. Obiecałem sobie, że ostatni już. Minęło prawie 4 godziny. Smutek.
  Sprawdziłem jeszcze jedno ustronne miejsce. Idąc mijałem wiele osób, wracających z koncertu. Może się kończył właśnie? Zobaczyłem też małe rude, zmierzające do domu. Wrócił po 4 godzinach. Może rzeczywiście był na Męskim Graniu?

wtorek, 15 maja 2018

Pies_czarodzieje

Fascynujący dla wielu efekt, szczególnie w dzieciństwie, jak czarodziej – iluzjonista, ruchem dłoni materializował gołębie z rękawa, czy komuś zza ucha.
Kroiłem ostatnio w kuchni coś bardzo spożywczego. Takiego, co psy lubią, dlatego też mój czworonóg był czujny obok. Wiem, że to niezbyt pedagogiczne, ale czasem mi coś spadnie, to wówczas ma łup. Nieraz wręcz jakiś kawałek zostanie spadnięty. Ostatnio sprawa zabrnęła na jeszcze wyższy level rozpieszczenia i rzuciłem Pikselowi kawałek słoninki. Nie będzie to może świadczyć o jego refleksie, wyjątkowo – bo jest duży, ale kawałek nie trafił mu do pyska, tylko został gdzieś między szkutami ucha. Ten szukał długo i niuchał po posadzce, ale nic z tego. I wtedy ja, osobnik z wyższego szczebla cywilizacji, jednym ruchem – jak iluzjonista gołębie – cyk gmer za uchem i kawałek spada na ziemię.

środa, 25 kwietnia 2018

Do_strachu

 

    Na przeróżne rzeczy zwierzęta reagują zwierzęta strachliwie i drażliwie, a w szczególności psy. Nie znaczy to może, że psy są szczególnie strachliwe i drażliwe, a bardziej to, że psami chciałem się tutaj zająć szczególnie. Właściwie to szczególnie jednym psem, swoim.
   Ostatnio delektowaliśmy się widokiem podtatrzańskiej nocy przy czystym niebie. Nagle Piksel się zerwał i szczeka. Szybko rzuciliśmy okiem na co, a to na spadający meteoryt. Fakt, że meteoryt przedniej urody, wyrazistości i żywotności. Było to dosyć logiczne, bo zawsze też szczeka na latarki czołowe i wszelkie świecidełka, na butach itp. Przypomniało mi się zaraz, że z kolei w zeszłym roku delektowaliśmy się widokiem przelatujących robaczków świętojańskich i też na nie szczekał. Jedno i drugie ładne, tu i tu troszkę niewyczuty klimat.

sobota, 03 marca 2018

pies_i_klosz

    Fizykiem warto być. Prawda nie jest to może powszechna i oczywista. Powszechność i oczywistość prawdy zresztą zawsze stała pod szeroko rozpiętym i mocno zagiętym znakiem zapytania. Pomijając tą „tyż” i gównianą, za świętą prawdę uznaję, że znajomość fizyki wiele wnosi. Wie to nasz pies od zawsze. Chyba od zawsze, bo ewidentnie wiedział to jak się poznaliśmy, a nie znamy się od jego urodzenia. Nasz pies, czyli takie rude 15 kg wścieklicy, 50 kg intelektu i urody, czasem bywa przyjemniaczek.
    Pierwszy raz się o tym przekonaliśmy, jak zaczęliśmy razem kajakiem się przemieszczać. Wtedyż to oczywiście Pikselowi (miano dla 15 kg) się często nudziło, wyskakiwał do jeziornej lub rzecznej wody, a chwilę potem sobie zachciewał wrócić. Musiałem go wyciągać. I wtedy pies się naprężał jak struna, przekrzywiąjąc kark, robił z siebie hak. Żeby mnie było łatwiej lub gdybym zrezygnował z wyciągania go, to i tak będzie zawieszony. Nie, że jak szmatę czy linę.
    Potem zapewne było innych przykładów multum, jednak zasadniczy ubaw mam ostatnio. Niestety pewne sprawy tykają wszystkich, i naszego psa. Przypadłość alergiczna spowodowała, że trzeba mu było założyć na szyję ten gadżet, co powoduje, że zwierzę się nie może lizać. Klosz, jak na to mówią weterynarze. Zatem kloszard, jak go szybko określiliśmy. Zaraz mi się przypomniało wypowiadane przez J. Trelę z jakiegoś filmu: „żebrak z kloszardem, nie lada tandem”, czy jakoś tam. Brzmieniowo, bo nad meritum się nie rozwódźmy. Fajny ten klosz ma, firmowy jeszcze, bo z metką. Zwykle, jak wychodził na pole w zimie i przy śniegu, to się ciorał i ślizgał łbem po śniegu. Teraz też to zrobił. Zmitygował się, że klosz jest, ale przecież klosz, to śliski plastyk. Piksel zaraz wyłapał, że ślizga się ten plastyk na śniegu bardziej, niż łeb bez niego. Zaraz więc się kładzie i ślizga ile bądź. Co dalej? To, że wciąż niucha, ocierając o twardy śnieg to nie wiem czy przyczyna są jego potrzeby, czy robi to, żeby mnie wnerwiać. Bo hałas przy tym, jak nie wiem. Co dalej? Pochyla się, nabiera śniegu – jak łopatą – i schładza pysk, czy nie wiem co. W efekcie ten śnieg zostaje na ściankach klosza w postaci szronu, robi się zasobnik i czasem Piksel zlizuje potem, zanim zdążę wytrzeć. Były obawy, że będzie kłopot z piciem lub jedzeniem, ale gdzie tam? Jak chodzi o zwierzęta, to z jedzeniem nie ma nigdy problemu. Nie było i tu. Szybko złapał, jak objąć miskę odpowiedni podaną, żeby klosz nie bruździł. Ale najciekawiej to było, jak mu pierwszy raz wpadł jakiś ochłap w klosz, gdzieś za ucho. Myślałem, że będzie mega problem, bo będzie szalał pies aby ten rarytas wypadł, lub nie wypadnie i będzie aromacik. Gdzie tam. Kilka ruchów w sobie tylko wiadomym sposobie i kierunku, danie podano jak na tacy. Jest ubaw. Oczywiście rozwalił kawałek trzeba było kleić, ale to już nasza znajomość fizyki, nie jego.
Śmiałem się też, że ma ograniczone perspektywy, ale za to wielkie możliwości.

Pies_2

Pies_3

sobota, 03 lutego 2018

Pies_jak_piknieFoto: "Pańcia"

Jak każdy czuje, choć nie zawsze i nie każdy ma to uświadomione i doprecyzowane, i jak to dodefiniował poeta o inicjałach J. K. - "Jak pięknie wiatr układa piasek. Tam, gdzie nas nie ma." Szczególnie w bezzimowym lutym, kiedy nie ma śniegu, jest szaro, a kaczki nie za bardzo chcą współpracować i czają się na środku jeziora.

 

 
1 , 2
zBLOGowani.pl