Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte

Dziennik Namiotowy

niedziela, 25 stycznia 2015

tytuowa3 

 

 

  To niestety byłoby - jak mawiał ktoś tam i kiedyś tam - na tyle. Oczywiście w tym cyklu. W pierwotnym i "seraialowym" tego słowa znaczeniu - w tym sezonie. Wzorując się na serialach poczyniliśmy niezbędne kroki, by następny sezon móc rozpocząć i zrelacjonować. Nie uśmierciliśmy głównych bohaterów, mimo że chwilami ostro było, zupa niejednokrotnie za słona, a palik nienadość zastrugany. Nie pocięliśmy i nie porąbaliśmy namiotu, mimo że - zwłaszcza przy pakowaniu przed powrotem - była ochota na szumne zakończenie. Nie ustawiliśmy się na samym początku zupełnie pod mogącą się zwalić sosną, co też uprawdopodobniło następne sezony dziennika namiotowego.
    Jaki jest minus, to taki, że na ten i tamten czas nie znaleźliśmy innego miejsca na ewentualny następny sezon, ktore posiadałoby dostateczną ilość koniecznych dla tego rodzaju pobytu walorów. Wszystko przed nami lub do znalezienia na miejscu.

    Trudno oczywiście tutaj sprawę zakończyć i podsumować kilkoma słowami. Będzie ich i tak za mało, poza tym nie po to pisało się dwieście stron. Skojarzyła mi się z tym wątkiem "ankietka", jaką podczytałem na nieocenionym i inspirującym wiadomym portalu społecznościowym. Otóż pytani mieli określić swoje życie jakimś tytułem, Pewnie w większości filmowym, ale biorąc pod uwagę poziom naszego czytelnictwa, to przyznam, że całkiem dużo w odpowiedziach padało tytułów książek. Chwilę się zatem zastanowiłem jakim tytułem można by określić nasz pobyt? Żadnym, z przyczyn jak powyżej. Zaraz natomiast przyszła mi do głowy cała masa tytułów, które zdecydowanie tego pobytu nie określają. Tak chyba współczesny najszęściej funkcjonuje na bardzo wielu polach myślowych, że znacznie prosciej wskazać mu sobie samemu zaprzeczenie niż potweirdzenie. Oczywiście na czele z polityką. Nie wiemy jaką partię lubimy, łatwiej poiwedzieć jaką mniej nie lubimy. Tak więc:

Na pewno nie było to "Sto lat samotności". Mimo iż paraliterackiej stronie można by być może postawić ten sam zarzut co ja od dawna powieści. Że powinno to być "75 lat...." bo książka trochę przeciągnięta.

Na pewno nie było to "Quo vadis?", zwłaszcza w zaistnieniu tego pytania, zadawanego samemu sobie.

Na pewno i na szczęście nie było "Potopu" ani "Ogniem i mieczem". Jeśli już coś z trylogii, to "Pan Wołodyjowski" w kontekście moich heroicznych walk z okrutną nie raz materią drewna i stolarki.

Na pewno i zdecydowanie - zawsze ceniłem Kunderę za ciekawe tytuły - nie było to "Życie jest gdzie indziej". Wprost przeciwnie, dokładnie tam, samo życie bez iluzji i wirtualu.

Jeżeli już - ech niestety - coś było na tak i teraz mi się skojarzyło, to  - "Smutek spełnionych baśni". 

    Zakonczenie przychodzi mi do głowy może nie najwyższych lotów, ale wydaje się pasujące i nie opuszcza. Scena z jednej tych polskich komedii, które to posiadały żadną akcję, ale ciekawe i zabawne dialogi....
Kilku młodzieniasów jechało pomóc swojemu koledze. Do jakichś bunkrów pod Warszawą. Tak się złożyło, że uraczyli się sporą ilością środków odurzających.
Jechali bardzo długo, bo "pourywały im się filmy". W koncu wysiedli z samochodu przed jakąś piaszczystą górką. Jeden z nich wyszedł na nią,zobaczyć czy są na miejscu.
Któryś z dołu pyta:
- I co? Są tam jakieś bunkry?
- Nie. Ale też jest zajebiście.
Kamera wyjeżdża na górę pokazując za nią falujące morze i zaczyna wybrzmiewać piosenka jak poniżej....

 

 

sobota, 24 stycznia 2015

18.08.2014 (poniedziałek)

 

18.08.9

 

    Odjechali niemieccy strażacy. Pustoszeje. Udaliśmy się jeszcze na spacer do wsi. Tam też pustota. Fascynuje mnie krótkość sezonu letniego w Polsce. Spacer w zasadzie polegał na tym, że Beata była na rowerze, pies pędził za nią jak zwariowany, ja próbowałem biec. Poprosiłem, żeby ostatni lub jeden z ostatnich razów stanęli na pierwszym skrzyżowaniu, gdzie zawsze przez dwa miesiące pies stawał i czekał na mnie nie wiedząc co dalej. W połowie drogi zalegliśmy sobie na łące, a nad nami teatr chmur się rozgrywał fascynujący. Wiało że łeb chciało urwać, oczywiście ciepłym wiatrem. Pięknie pochmurno i goniło te chmury po niebie. Bardzo północnie się zrobiło. Jak na tej łące zalegliśmy oglądając to, tak nie mogliśmy się ruszyć dalej.

18.09.11
18.08.218.08.318.0418.08.5

    Pierwszy raz doszliśmy na plażę. Ładna. Zupełnie inne wrażenie jeziora. U nas było widoczne po szerokości i to jeszcze oddzielone wyspą. Tutaj można było zerkać na jego długość, bardzo znaczną zresztą.

18.08.6

18.08.718.08.8

W drodze powrotnej znalazłem w końcu dwa jako tako zacne grzyby, kozaki. Tyle, że natura daje i odbiera. Kozaki były, ale pojawił się też kapeć w przednik kole. Trzeba go było wymienić, no i jutro przed wyjazdem do wulkanizatora jeszcze zajechać. Cały czas mówię psu, żeby sobie poszedł do lasu, bo za dwa dni to już nie będzie miał takiego raju. Zaczynamy lekkie przymiarki do pakowania się, a mnie zaczyna ściskać w dołku. Myślałem że po wyjeździe na 2 miesiące będzie się autentycznie tęskniło za domem. Tymczasem nie chce się wracać jeszcze bardziej. Jeszcze chwila, ale myślami jest się coraz bardziej gdzie indziej.

 

19.08.2014 (wtorek)

 

    Co zrobić? Ostatni dzień. Dosyć hardcorowy zresztą. Zaczęty oczywiście od klasycznej i ostatniej kawy pomostowej. Następnie jazda do Piecek i ostatnie spotkania z tubylcami.

19.08.1

Pan wulkanizator sprawnie, kompleksowo i niedrogo załatwił nam temat opony. Cokolwiek by o nich tutaj nie mówić, usługi jak już świadczą, to bardzo rzetelnie. Bardzo mi się podobała u tego wulkanizatora zawieszona na ścianie tablica z napisem „okazy”. Czyli to, co znajdował w oponach. Był tam jakiś świderek, jakieś obcęgi.

19.08.2

    Potem pojechałem sfinalizować jedną ze swoich głównych atrakcji tego lata, oddać puszki na złom. Oczywiście kasa mi wpadła szałowa za ten cały wór aluminium. Popatrzyliśmy sobie chwilę, jakie z kolei tam okazy się znajdują. Jeden się znalazł niezły. Jakichś dwóch lokalnych żuli przyniosło rower górski. Zupełnie nie miałem pojęcia, że z czymś takim można się udać na skup złomu. Rower górski, zupełnie przyzwoity, stawiam że na wtórnym rynku kosztowałby co najmniej 400 pln. Rzecz bardzo znamienna. Dlatego napisałem że przynieśli, bo rower jakimś cudem nie miał przedniego koła. Próbowałem sobie szybko przypomnieć, za które koło ja przypinam rower, ale raczej tylne. Pan im zważył ten rower, wyszło 12 kilo, czyli wypłacił jakieś 7 pln. , nie spisując ni krztyny dokumentu. Stwierdziliśmy, że jednak dobrze było przez te 2 miesiące namiotu raczej jakoś tam pilnować. Dłuższa chwila nieuwagi i człowiek by stracił całe tysiące po to, żeby koleżka na złomie dostał dwie dysie.

    Przed polaną wysiedliśmy z psem z auta, po to żeby ostatni raz się kopnąć z psem po lesie. Błąd popełniłem taki, że nie weszliśmy zaraz w las. , tylko szli drogą do najbliższej ścieżki. A Piksel, jak tylko zobaczył że samochód odjeżdża, strzała za nim aż do polany, jakieś 2 kilometry. W efekcie ja dotarłem po 20 minutach, a oni byli już dawno na miejscu zastanawiając się, kto tutaj tak naprawdę miał się przelutować. Tak skubaniec wyczuwał, że coś jest na rzeczy i trzeba auta bardzo pilnować, żeby na Mazurach nie zostać na 10 kolejnych jeszcze bardziej niskobudżetowych miesięcy.

    Cóż? Przeplatane szybkimi i krótkimi pobytami na pomoście pakowanie. Przy okazji zafundowałem sobie niespodziewaną atrakcję. Szarpnęła mną jakaś tęsknota z cywilizacją i zawiesiłem się na wiadomym, znanym portalu społecznościowym. Miałem super ubaw z pewnej sytuacji. Używając ich języka, bekę miałem, że dosłownie potem w nocy mnie budziły spazmy własnego śmiechu. Trafiłem na grupę "Polacy polonia i cały świat", czy jakoś tak. Pojawił się w grupie post. Jakaś laska dała zdjęcie swojej figury, nie jakieś bardzo erotyczne, z podpisem w stylu: "pewnie starsze panie stwierdzą że się nie szanuję, ale to zazdrości, mam to gdzieś". Przykuł moją uwagę jakiś komentarz u dołu. Patrzę, a laska w pół godziny uzbierała ponad 700 komentarzy. Oczywiście straszna oniczyna i bicie piany, ale ilość zrobiła wrażenie. Chwilę później pojawił się kolejny post. Jakaś inna dziewczyna napisała "miłego dnia", a pod
spodem wkleiła zdjęcie. Osoby co jakby tydzień nie wychodziła s solarium, a botoksowe uszminkowane usta od
podbródka po czoło. Oczywiście prawie 1000 komentarzy to było w pół godziny. Że brzydka, że pusta i takie tam. Po tej
pół godzinie dziewczyna znów napisała, jak  doktor socjologii. Coś w stylu: "Zdjęcie ściągnęłam ze strony "faszyn from Raszyn".
Dostałam ileś tam komentarzy na temat wyglądu, do napisanego powyżej "miłego dnia" nikt się nie odniósł" .Aż jej posłałem gratulacje
prowokacji. Ale najlepsze było nieco później. Jakaś dziewczyna wstawiła swoje zdjęcie portretowe na tle kuchni - zlewu itp.,
z pytaniem "co o mnie sądzicie?". Komentarzy znów było mnóstwo. Że spoko, że ładna, raczej pozytywne. Ale mnie z orbity wybił drugi chyba z kolei:
"fajnie, ładnie. Płyn do naczyń ci się skończył" (W tle widać było pustą butelkę).
Absurdalność tekstu o płynie spowodowała, że do teraz mnie brzuch ze śmichu boli.

19.08.3

    Pakowanie przebiegało sprawnie i dosyć bezkonfliktowo. Strategia była taka żeby maksimum większych rzeczy, na czele z wielkim namiotem, dać pod płachtę brezentową. Spać będziemy w samochodzie. Rano włożymy naszą „Rumunię” do auta, ułożymy i ruszamy.

    Pies odstawił niezły teatr. Na miejscu złożonego namiotu pojawiła się nagle  żabka. Może to ta sama co kiedyś, potencjalna księżniczka. Może, tego się już nie dowiemy, bo zniknęła. Zanim jednak zniknęła, patrzyliśmy zafascynowani, jak pies z nią igra. Podbiegał. Odskakiwał, wąchał. Do lasu za bardzo nie chciał iść. Od wielu dni przecież pilnował samochodu, żeby mu nie odjechał.

19.08.4

    Zmajstrowalim nie pierwsze lepsze ognisko. Fajera była taka raczej fest. Spaliłem wszelkie możliwe pozostałe śmieci i nie tylko śmieci. Również ponowne trochę konstrukcji meblowych własnej roboty. Brzózka z półki do mycia naczyń szybko poszła z dymem. Ten wyjazd był bodaj pierwszą w moim życiu dłuższą okolicznością, kiedy wolałem i lepiej mi szły prace konstrukcyjne niż destrukcyjne. O ile szybciej jednak idą te drugie? Mebelek poszedł z dymem w tempie wielokrotnie szybszym niż powstawał.

19.08.5

    Stół pozostawiłem dla ewentualnych następnych, chociaż pewnie w tym sezonie już takowych nie będzie, a przed następnym niechybnie zima go powali. A może nie doceniam swojej solidnej weneckiej roboty?

    Kładąc się zostawiłem ognisko zapalone, by widzieć je z auta, jak będziemy leżeć. Kilka razy się podnosiłem i płonęło. W końcu zobaczyłem zagaszone. Po jakimś czasie się przebudziłem by z zdziwieniem i właściwie też obawą stwierdzić, że znów coś się pali. Ale jakoś dziwnie, zwłaszcza że jasno już było. Okazał się ten rzekomy płomień być promieniami słońca, które było bardzo nisko i te promienie tonęły w jeziorze taką świeżą, ciemną, poranną czerwienią. Ogarnął mnie wówczas wielki żal, że przez ta masę dni i nocy nie udało mi się wstać o świcie i zobaczyć jak wówczas wygląda jezioro.

 

 

20.08.2014 (środa)

 

    Udało nam się wyjechać właściwie o zaplanowanej porze, godzinie 11. Nie będę relacjonował podróży, bo przebiegała właściwie standardowo, nadto mam niejakie wątpliwości, czy należy ona jeszcze do wyprawy, która była tutaj relacjonowana. Nadmienię tylko o dwóch sprawach.

    Co dosyć oczywiste, postoje mieliśmy głównie w galeriach handlowych. Po 2 miesiącach spędzonych w lesie, widok takiej galerii i jej socjologii to naprawdę wielki przeskok. Pędzą gdzieś ci ludzie, zachwycają się czymś zupełnie nieistotnym.

    W Warszawie mieliśmy potrzebę wstąpić do Ikei. Mając psa na pace i masę „rumunii”, zjechaliśmy na dolny parking i stanęli gdzieś w kącie, gdzie nie było innych samochodów. Pies został oczywiście w pojeździe. Wróciliśmy po dwóch godzinach. Niby wszystko było w porządku. Kątem oka wyłowiłem jadącego na jakimś dziwnym wózku strażnika i poczułem, że będzie jakaś afera. Pan się zapytał czy do nas należy samochód i pies. Bo że podobno jakiś warszawski jegomość, który jak zobaczył psa, wołał żeby wybijać szybę i dzwonić na policję. Nie wiedziałem co też temu strażnikowi odpowiedzieć, bo kompletnie nie wiedziałem problemu z czymkolwiek. W podziemiach, przy 15 stopniach na plusie? Ktoś się za dużo rzewnej telewizji naoglądał i miał potrzebę popisać własną wrażliwością. Ubaw zresztą z tego mieliśmy, bo nasz pies chyba nawet w domu czy namiocie nie czuje się tak pewnie i dobrze jak w aucie, a dodatkowo nie lubi bardzo, jak się mu macha po drugiej stronie szyby. Autko to dla niego świętość, nie można mu go zabronić. Przegoni się go z domu, prędzej już nawet od strawy, ale samochód? No pasaran. Więc jeśli ten facet rozbiłby szybę, pewnie momentalnie byłby pogryziony przez Piksela. W zasadzie to nie temat na ubaw bo pewnie by nas jeszcze pozwał za to pogryzienie. Wszakoż wiadomo, że nie masz cwaniaka…. Kosmos jakiś.

   

    W drodze powrotnej rzec jasna robiliśmy sobie też pierwsze podsumowania. Wyszły jednoznacznie i definitywnie na plus. W tamtym momencie uznaliśmy, że nie było właściwie czynnika losowego, który należałoby zapisać po stronie minusów. Pogoda ładna była, nie okradziono nas, nie pobiliśmy się z nikim, nasz pies jednak nie pogryzł, jego nie pogryziono, nie zepsuł się istotnie samochód….. c.d.

niedziela, 04 stycznia 2015

15.09.2014 (piątek) c.d.

 

15.08.113

    Wiem, zgadzam się. Pociśnie to trochę ksenofobią, ale trzeba powiedzieć i napisać. Dziwnie jest obudzić się wczesnym rankiem w polskie święto narodowe 15 sierpnia i usłyszeć niemieckie głosy. Niemiecka dzieciarnia obudziła się już i biega po łące. Ciekawe co nabroiły, że musiały iść na dwór? Jest jak przed wojną. „Noce takie są upalne, a „Niemiaszki” spać nie dają...” Potem wsiedli wszyscy do jednego wozu i gdzieś pojechali. Chyba nie gasić pożar. Wszystko fajnie, ale na stan dróg po ich kołach nie chcę patrzeć.

    Znowu dzień z pogodą północną, która zresztą mi się bardzo podoba. Przeczytany Wallander dobrze nastroił na takie wiatry i pochmurność. Jak to Beata określa, jak w blenderze. Albo jak w Bollywood. Czasem słońce, czasem deszcz, najczęściej chmury i wiatr. U nas to nie kojarzę, żeby w sierpniu wiały takie wiatry. Fakt północy, albo bliskość akwenów.

Zostało nam jeszcze jakieś 4 dni. Oczywiście powoli nas łapie biała gorączka i wyliczamy co jeszcze mamy w tym czasie zrobić, lub gdzie być.

Pogody starczyło na to, żeby wieczorem zrobić spokojne ognisko, bez ucieczki przed dżdżem. Nie starczyło za to drewna, tego większego. Musiałem donieść. Taki błąd w obliczeniach, no.

 

15.08.2

 

16.08.2014 (sobota)

 

15.08.1

 

Głód pobytu się w nas odezwał wielki i żal, że nie przyjechaliśmy na dłużej. Zaczynamy krążyć i zachowywać się jak te małe kotne miecznice w akwarium, którym udało uciec się z łapki, wieją w szuwarki i zachłannie łykają wodę mając świadomość, że za chwilę znów się je złapie i wyciągnie z wody, a te nie wiedzą na jak długo.

Pojechaliśmy do Piecek poczynić ostatnie pewnie, nieco większe zakupy spożywcze. Zaskoczenie nas tam wielkie i niespodzianka spotkała na bazarku, jak to Beata określa – na archeologii. Facet sprzedawał bule. Prześmigane, poobijane, owszem. Wyglądają mi na takie z profesjonalnych. Nie ma wprawdzie nazwy firmy, ale są parametry i specyficzny dotyk. Takie z oryginalnym opakowaniem i z klimatem. Zaraz po powrocie poszliśmy je wypróbować. Super się nimi grało, ale nie długo, deszcz nas przegonił. Może i ostatecznie okażą się chińskimi treningówkami, ale fakt łupu się liczy i bytu czegoś takiego akurat w Pieckach.

W Biedronce z kolei Beata sobie zawinszowała zdjęcie z dyniami. Nie zauważyłem w tym nic szczególnego. Ona się śmiała, że przyjechaliśmy jak były truskawki, wyjeżdżać będziemy jak są już dynie.Zastanowiłem się szybko, czy mieć w planie taki pobyt, kiedy ona na koniec będzie trzymać na dłoniach kule śniegu? Bez wniosku.

16.08.2

Temat objazdu rowerowego Jeziora Śniardwy mi upadł. Aktywność aktywnością, ale kontemplacji chce się jeszcze bardziej. Poza tym mając w nogach ze 30 przebiegniętych maratonów taka objazdówka i nazbyt jest nieoficjalna, i nie mam potrzeby czy ochoty na taką walkę z samym sobą.

Wieczorem ognisko w gwieździstą noc. Stwierdziliśmy zgodnie, że nasz dwumiesięczny pobyt zawarł w sobie pewną subtelną pułapkę. Po czymś takim dziwnie będzie być zadowolonym z dwutygodniowych wczasów. Wysoko sobie zawiesiliśmy poprzeczkę. Kolejna pułapka jest taka, że do tej pory wracaliśmy 10-13 sierpień i zostawał nam jeszcze miesiąc lata w Beskidach. Teraz wrócimy 21.08, zatem prawie po wakacjach .

 

17.08.2014 (niedziela)

 

17.08.1

    Pan Andrzej z szanowną małżonką pojechali przed południem. Nie ma się co czarować, wszystko pustoszeje. Nie no, przybywają i jacyś nowi ludzie, ale na raczej jednonocne pobyty, ogólnie pustoszeje. Między innymi jacyś państwo ze Świecia. Cały czas łowią ryby na pomoście. Z tymi wędkami, tle lekko już żółknącego listowia przeciwległej strony jeziora wglądają bardzo nostalgicznie. Co rusz też od kilku dni przyjeżdżają inni państwo, na plażowanie, bardziej leciwi, samochodem na niemieckich rejestracjach. Beata wdała się z nimi w rozmowę. Okazali się polskimi Mazurami, którzy stąd wyjechali, jedno w latach pięćdziesiątych, drugie osiemdziesiątych. Wyjechali, albo bardziej i trafniej - „zostali wyjechani”. Konwersacja jednak okazała się kiepska, bo prowadzona w tonie, jakby to nasza wina była, ówczesnych nienarodzonych albo dziesięciolatków, że oni „zostali wyjechani”. Oczywiście nie jest to moje autorskie sformułowanie, doszczętne zaposiłkowanie się. W poprzednim systemie politycznym niejeden przez okno „został wyskoczony”, z kolei w powieści „Paragraf 22” Hellera – i tu chyba był pierwowzór, nie wiem w tym momencie kto tłumaczył - „Dunbar został zniknięty”.

    Wymieniliśmy już pierwsze uwagi na temat pakowania się i powrotu. Potem siedziałem zdziwiony, dlaczego pies się tak nietypowo zachowuje. Zorientowaliśmy się, że gadzina pewnie już wyczuła nasze fale mózgowe, wie że coś się święci i za bardzo od samochodu się nie oddala.

    Poszliśmy sobie nazbierać kamieni do akwarium w jeziorze. Żeby mieć w ciągu roku co robić. Zawsze nazbieramy doń a to korzeni, a to kamieni, potem całe miesiące wygotowujemy lub maczamy w soli, wkładamy do akweniku, by potem stwierdzić że przez to syf w akwarium i wyrzucamy. Z pełną świadomością zatem, że i tym razem tak samo będzie, poszliśmy ponownie wdepnąć do tej samej rzeki. Nie wiem zresztą, czemu tego nie robiliśmy wcześniej. Uzbierać jakoś 5 litrów tego wcale nie jest tak prosto. Jakoś tak akurat tam i wtedy o odpowiednie kamyczki nie było łatwo. Uśmialiśmy się że nic dziwnego, skoro pewnie co chwilę przyjeżdżają jacyś potomkowie tych co „zostali wyjechani” i zabierają na ich grób. Kamyczki kamyczkami, ale jakoś bardzo fajnie nam się brodziło i wręcz błaznowało przy tym, długo nie mogliśmy i nie chcieliśmy wyjść na brzeg.

17.08.2

17.08.3

17.08.4

17.08.517.08.6

 

17.08.7

Pod wieczór jeszcze zagraliśmy w kule, w koszulkach klubowych. Skoro już je przywieźliśmy, trzeba było przynajmniej je zbrudzić, przecież do prania będą i tak, i tak.

17.08.8

Znowu wieczór. Jeden z ostatnich. Zatem znów ognisko, też jedno z ostatnich. Spaliliśmy „organy”, czyli półkę na mycie naczyń. Rytualne unicestwienie własnego rzemiosła. Paliły się zaprawdę godnie. Rzewnie się zrobiło, rzewnie.

Znowu była piękna gwiaździsta noc. Posiedziałem sobie dłużej na piasku i pomoście. Tyle, że potem spać nie mogłem. Nie wiedziałem czy z wrażenia powrotu, czy czegoś innego. Z innego, innego powodu. Rano się obudziłem na materacu bez powietrza. Jednosezonowe to wszystko. Ale przynajmniej wiedział kiedy się rozszczelnić.

 

 

 

niedziela, 28 grudnia 2014

 

15.08 (piątek)



Piątek? Piąteczek, czy piątunio.Tak chyba się obecnie modnie określa, zwłaszcza na portalach społecznościowych. Ale teraz i tutaj to nie istotne, na dwumiesięcznym wyjeździe raczej dzień tygodnia, nawet jeśli wieszczący łikend, nie odgrywa większej roli. O tyle może, że to ostatni piątunio nasz tutaj, w tym roku przynajmniej.

Nie ma się co czarować i odwlekać meritum dnia. Od wczoraj głównym tematem słów i widoku zarówno naszego jaki łąki ogółem, są Niemcy z „wozów strażackich”. Przyjechali wczoraj dwoma takimi samochodami strażackimi z lat 50-tych mniej więcej. Dwie rodziny, każda z nich po kilkoro dzieci, z reguły strasznie podobnych do może troszkę bardziej młodych ode mnie rodziców. Mają w tych wozach wszystko. Oczywiście śpią w nich. Wszystko, czyli: rowery, różnego rodzaju łodzie, spanie, meble „pod gruszę”, wszelkie opcje gotowania, „ze sto pięćdziesiąt grilli”, namioty, solary, opcje łazienkowe, prysznice. Pisałem na początku, że my zabraliśmy „pół chałupy”, ale to ani ćwierć tego, co w jednym z tych wozów. Fajnie, pełna samowystarczalność, tylko boję się myśleć, co jest jak się im coś zepsuje w tych wehikułach. Oczywiście na pewno sami muszą być co najmniej mechanikami amatorami, ale to jeszcze nie wszystko. Pozostaje kupowanie na e-bayu części i czekanie aż przyjdzie do Polski.

Ulokowali się Niemcy koło drogi. Tylko tam mieli miejsce dla siebie. Na całe szczęście. Dał ja bym im, żeby taki ciężkimi kołami po łące jeździć. A na drodze, to my mamy bulowisko. Poszliśmy grać bo pogoda była. Niemiecka dzieciarnia była niemniej zainteresowana naszymi kulami, niż my dziesiątkami ich ustrojstw. Wszystko fajnie, tylko Niemiec sobie postawił solary do ładowania na słońce. Poza boiskiem, ale była groźba, że przywalę w to, odsunął.....

Niby lingwistycznie nie miałem z tym problemów. Nie tylko, że jakoś się zna ten niemiecki czy angielski, ale cóż? Jest się przedstawicielem pokolenia wyrastającego na filmach drugowojennych, jako głównym nurcie lecącym w ówczesnej rachitycznej telewizji. Wszystkie były wchłaniane namiętnie, choć niektóre zachłanniej. Niedawno los zabrał nam aktora, Stanisława Mikulskiego. Przy tej okazji Krzysztof Varga się rozpłynniał w Wyborczej, jak to „Stawka większa niż życie” była kultowa, jak to rozmawiało się Klossem. Ja mam trochę inne wspomnienie. Owszem, Klossa się oglądało, ale żyło się „Czterema pancernymi....”. Tak, to było nasze życie, czołg naszym drugim domem. Może to przez to, że Varga jest kilka lat starszy ode mnie, może przez to że jest ze stolicy większego regionu, niż ja. Faktem również jest, że godniej brzmi „mówienie Klossem”, niż „mówienie Gustlikiem”. Kiedyś przyjaciel mnie zapytał co sądzę o pewnym znanym publicyście. Odpowiedziałem iż wiem, że obiektywnie jest ceniony jego intelekt, ale subiektywnie ktoś kto będąc szefem TVP zakazuje po wsze czasy emisji „Czterech pancernych...” dla mnie jest głupkiem. Reasumując – zawsze pół żartem, pół serio mówiłem że po tych filmach hasło jakie najbardziej pamiętam z dzieciństwa, to „nicht schliessen”. Z dumą, śmiechem i całkiem świadomie wybrałem akurat taką ścieżkę komunikacji i podchodząc do Niemca powiedziałem żebyśmy przenieśli te baterie solarne gdzie indziej, bo ja będę „schliessen”. Trzeba przyznać iż ta zmiana lokalizacji nastąpiła bez najmniejszego problemu. Chwilę później przyszły panie Niemki z dziećmi z lasu. Przyniosły dosyć dużo grzybów. Konkretnie, to miały ze trzy jakieś kozaki i siatę tych odessanych z aromatu sitarzy.Chyba bardziej dla potrzeby dialogu niż z niewiedzy zapytały się nas, czy dobre te grzyby. Jak ktoś wypina w kierunku mym szczęśliwe lico, że pozyskał jakieś dobro i go to cieszy, to co go będę uświadamiał? Powiedzieliśmy że wszystkie dobre, przecież się otruć nie otrują maślakami? Potem się śmiałem, że może trzeba było sparafrazować kwestię z innego kultowego filmu drugowwojennego dla moich roczników, czyli „Giuseppe w Warszawie”:

Das ist keine italienische sprache, das ist scheiss!!!”

Wstawić „dobre grzyby” zamiast „italienische sprache”.

Wczesnym popołudniem „strażacy” na własnych łajbach popłynęli na Krutyń. Chyba zaliczyli jakieś wywrotki, bo dziwnie szybko wrócili, równie dziwnie przemoczeni.

blog6

Wykorzystaliśmy ich okresowy lokalny niebyt na udokumentowanie sobie fotograficzne tych ich ustrojstw. Możemy się za to chwalić, możemy ganić. Chwalić, gdyż oczywiście zapytaliśmy się czy możemy fotografować, ganić – pewnie Niemcy się nie spodziewali, że zrobimy to tak pieczołowicie, skrupulatnie i dokładnie. Obiektywnie można, bo my się nie ganimy. Wali nam notoryczne foty google, monitoring miejski, filmuje moją bramę sąsiad filmując i swoją specjalnie się z tym nie kryjąc. Ja też raz chcę, z efektem poniżej.



14.08.614.08.W1

14.08.W2

14.08.W3

14.08.W4

14.08.W5

14.08.W51

14.08.W6

14.08i.W7

14.08.W8

14.08.W9

14.08.W10

14.08.W11

14.08.W12

14.08.W13

14.08.W14

14.08.W15

14.08.W16

14.08.W17

14.08.W18

poniedziałek, 22 grudnia 2014

    13.08.2014 (środa)

 

 

    Stało się to, na co w jakimś sensie czekaliśmy od prawie dwóch miesięcy. Na potwierdzenie swoich słów i teorii. Każdy lubi i chce być mądry, kiedy potwierdzają się jego mniemania. A my od lat mówiliśmy, że na Mazurach nawet środkiem lata pogoda bardziej zmienna niż w górach, w ciągu dnia auro bigos – przegląd wszystkiego co możliwe. Tymczasem mieliśmy półtorej miesiąca „auroafryki”. Naszej mądrości to nie potwierdziło, ale cieszyło z innych względów. Teraz za to jest przegląd, pogoda każda.

    Każda, ale na szczęście bez deszczu. Wybrałem się zatem na dłuższą wycieczkę rowerową. Teoretycznie i wstępnie do Piszu. Teoretycznie, gdyż nie byłem pewien czy dam dojadę, z uwagi na to, że różne boczne wiatry mogły skrzywić linię mojej trasy po drodze. W każdym razie miałem jechać w tamtym kierunku, do celu tak jakby lewą – północną stroną drogi krajowej, z powrotem prawą – południową tej trasy Ruciane – Pisz. Obie drogi przez Puszczę Piską. W Piszu wcześniej byłem raz. Rok temu zajechaliśmy na ostatnie pół dnia. Bardzo mi to miasto zapadło w pamięć, nie stwierdzę że dla każdego, ale dla mnie magiczne, z klimatem. Co istotne, jeszcze inny typ i design, niż wszystko inne dookoła. Ścisłe centrum z rynkiem i ratuszem trochę przypominało starówkę Mrągowa. Stara, w niemiecki  stylu, ale jeszcze bez tego blichtru Mikołajek, z nieśmiałymi plamami spadającego tynku. Bardzo tak północno i mazursko. Co następne zapamiętałem, to wielki targ. Zaprawdę wielki, jak na 30 tysięczne miasto. Niekończący się prawie że. Z przeogromną ilością wszelakich odmian warzyw i owoców. Do tego była tez tam masa sprzętów wszelakiej maści, których na południu, nie chwaląc się w „Polsce nie B” się już nie uświadczy, jak na przykład narzędzia masarskie. Zapewne fajniejsze to i bardziej z klimatem niż nasza taśmo-sieciowościo-chińszczyzna, niemniej jednak stojąc tam czuło się, że to miejsce jakby zatrzymane w czasie dobrych 20 lat temu. Chodząc po piskim targu cały czas i nachalnie atakowały mnie wyobraźni obrazy z filmu „Piłkarski poker”. Jakiś fragment akcji dział się tam na straganach i targu w Białymstoku połowy lat 80-tych. Te wschodnie zaśpiewy akcentu i typ towaru. Druga rzecz, jaka mnie w Piszu zaciekawiła, to temat Wańkowicza. Niby do Krutyni stamtąd daleko, ale Pisą można się kajakiem spławiać. Wańkowicz właśnie chyba się spławiał, czym niby gdzieś tam i kiedyś przyczynił się do sławy mieściny, skutkiem czego i z wdzięczności mieścina wystawiła mu pomnik. Dłużej można by analizować kto tu kogo promuje, dzisiejszym językiem to chyba by było że „podlinkuje”, ale pal ich licho. Literalnie ten pomnik to sporządzona w marmurze okładka książki „Na tropach Smętka”. Nieco gniotowaty. Próbowałem kiedyś czytać tą powieść, ale poległem po dwudziestu stronicach. Traktuje o Mazurach i Krutyni, którą ów się spławiał. No i właśnie. Na tymże pomniku, rewersie okładki widniały poszczególne etapy wodnej podróży. Wbiło nas to w bruk, bo wychodzi na to, że przed wojną byli w stanie pokonywać dziennie co najwyżej ćwierć odcinków, jakie przebywa się obecnie bardzo spacerowym tempem. Widocznie tak była rzeka mało spławna. Teraz podobno początkiem sezonu płynie jakaś ekipa i uprzątuje, choć i tak pozostawiają trochę „chabazi” żeby ta wyprawa miała jakiś przysmak pionierstwa.

113.08.1

Takoż więc Pisz się podobał i w tym roku też tam wypadało dotrzeć. Jak starczy czasu i dni, rzecz jasna. W zasadzie mieliśmy jechać na samochodową wycieczkę, ale afrykańskie temperatury wymusiły inne priorytety. Rower też wchodził w grę, ale jako że turystycznymi i ciekawymi trasami jest to kawałek, pozostawiłem na koniec. Ruszyłem zatem teraz. Do Rucianego Nida jakoś tak główną drogą dawałem. Trochę tiry dawały po uszach i prostości jazdy, ale szybko minęło. Przed Rucianym trafiłem na start jakiegoś biegu, peace run, czy jakoś tak.

13.08.2

Właściwie nie wjeżdżałem do miasta. Przed nim skręcałem w lewo, do jakichś Wejsun. Kolej na trasa i tym krajobrazu z jakąś nowością.

13.08.3

Przejechałem przez śluzę Guzianka, potem trochę asfaltu w lasku i znalazłem się w tych Wejsunach. Kilkadziesiąt chałup nad jeziorem i niemiecki wojenny cmentarz z I wojny. Też praktycznie nad jeziorem.

13.08.4

Ładnie tam było i trzeba przyznać, że na uboczu osadka, mimo że bliżej niż my, głośnej strefy i dużej wrzawy. Druga część wioski to były jakieś niekończące się posesje oferujące zimowiska dla łodzi. Chwila i skręciłem w prawy, czy raczej na południe. Wjechałem w Puszczę Piską i w kierunku drogi Ruciane Nida – Pisz. Dla odpoczynku przystanąłem na garść borówek, przez tych pochodzących z mniej przyziemnych regionów zwanych jagodami, skubnąłem też do woreczka kilka maślaków. Wsiadłem ponownie na rower. Zacząłem się na nim katulać i bardzo szybko wpadłem w jakiś fantastyczny zupełnie rytm. Środowe przedpołudnie. Pusta zupełnie droga asfaltowa, lekka nawierzchnia, rower idzie lekko bardzo. Pokonuję lekkie łuki w stronę słońca, którego promienie przebijają się przez drzewa i kładą na trawie. Rude słońce rżnie brązowe choiny i podbija jasność miedzianych puszczowych traw.

13.08.5

Czasem wydaje się nawet że widać pod to słońce poszczególne nitki pajęczyn. Lekko i rytmicznie. Skojarzyłem wtedy, że to jest ta jazda przez puszczę, o jakiej marzyłem rok wcześniej. Marzenia się spełniają zatem. Poddałem się chwili. W pobliżu docelowej drogi przystanąłem jeszcze nad ładnym jeziorem Jegocin. Ktoś kiedyż był u nas na plaży i mówił, że nad Jegocinem mieszka w agroturystyce i fajnie jest. To fajnie.

13.08.6

Dokulałem się do drogi ze śmiechem, że spełnienie marzeń dużo kosztuje, bo zacząłem odczuwać zmęczenie trasą. Przy tejże drodze mijała mnie znów sztafeta uczestników tego dziwnego biegu. Akurat przyświeciło konkretnym słońcem i przypomniało mi się tych ileś dziesiąt maratonów, jakie przebiegłem w taki słońcu. Przeszły mnie ciary. Postałem tam chwilę, bo akurat dokładnie u zbiegu tych dróg usytuowany był plan okolicy. Naszło mnie, żeby cyknąć jeszcze jedną, inną trasę rowerową. Teraz pojechać w prawo, a następnym razem około Piszu w lewo i wrócić przez Śniardwy i Mikołajki.  No, przecież jeszcze prawie tydzień będziemy. Wręcz w którejś chwili jeszcze była opcja wycieczki rowerowej do Szczytna. Wypadałoby, żeby cały powiat zwiedzić, ale podobno i miasto nie najciekawsze i trasa tam chyba bez rewelacji, przez pola i wsie. Podjechałem drogą główną kilka kilometrów w stronę Piszu trafiłem na skręt w prawo, powrotem do Rucianego ale inną stroną puszczy. I chyba zaraz, teraz już skręcę. Do Piszu jednak nie dojadę. Zostało ponad 10 kilometrów, a już teraz miałem dużo w nogach. Może następnym razem. To znaczy przed wyjazdem, albo za rok. Ciekawe jednak zjawisko, taki człowiek. Od dawna, gdy gdzieś byłem i mi się coś podobało, mówiłem sobie, że wrócę kiedyś – na dłużej – i dokładniej lub w inny sposób eksploruję. Teraz znowu śmierdzi tym, że Pisz zostanie na za rok. A przecież przyjechałem na 2 miesiące. Wracają słowa pana  Frondy, jak to niezbadany jest poziom kresu luksusu człowieka. Sunąłem przez Jabłoń, miejscowość Wiartel i nad jeziorem o tej samej nazwie. Borówek w tamtym lesie było jeszcze wiele. Skręciłem tam na reklamowane pole namiotowe. Szukam bowiem cały czas czegoś, na co można by się wybrać za rok, aby było to w choć ciut innym miejscu, bo nad Mokrym po tych dwu miesiącach będę już znał każdy krzak. Pole ogólnie okazało się nie najgorsze. Jeden miało fajny temat. Domyślam się, że tamtędy między innymi przeszła naście lat temu słynna wichura, która w Puszczy Piskiej powaliła sosny. Na polanie biwakowiska było wiele pni po tych ułamanych. Ktoś je pozostawił i nabił czy nasadził na nie wielkie dechy, być może zresztą z tych samych powalonych drewien, tworząc w ten sposób stoły. Jak dla mnie, to całkiem ciekawie i z klimatem to wyglądało.

13.08.7

Jazda powrotna do Rucianego szła mi dużo gorzej. Co mnie zresztą dziwiło. I co z tymi marzeniami, zwłaszcza skoro w zasadzie było z górki? Gumę łapnąłem, czy co? Przyjrzałem się chwilę i wyszło, że fatalna nawierzchnia. Lekko mnie to ubawiło, że po jednej stronie drogi jest jeden powiat i nawierzchnia rewelacyjna, po drugiej stronie inny i ledwo się da poruszać. Cóż? W zasadzie u nas, na południu bywa bardzo podobnie. W jakiejś dajmy na to Sopotni wyjeżdża się na górkę po gładziutkim asfalcie, Ne wywłaszczeniu, czyli granicy z Jeleśnią już droga ruina. Docierając z Wiartla do Rucianego trafiłem pierwszy raz na mazurski parking leśny godny uwagi. Owszem są one tutaj, ale zwykle bardzo nieatrakcyjne. Pewnie dlatego, żeby nie robiły konkurencji komercyjnym miejscom, co zresztą ani trochę mnie nie dziwi. W Beskidach bywają takie w bardzo atrakcyjnej lokalizacji. Tutaj pierwszy raz trafiłem na taki tuż nad jeziorem. U wylotu z Rucianego trafiła mi się dziwna sytuacja. Mijałem parę ludzi, stojących na poboczu, po drugiej stronie drodzy. Tacy, no trochę bardziej młodzi niż ja. Co istotne, dziewczyna trzymała w dłoniach grzyby. W zasadzie trzeba by powiedzieć że grzybska, bo kapeluchy one miały wielkości lekko średni piłki nożnej na przykład. Tylko że nawet z pozycji roweru te „huby” wyglądały na takie „solidarnościowe”, czyli ze styropianu. Zobaczyłem też po ich stronie drogi maślaki i rzuciłem się na nie. Dobrze że nic nie jechało, bo zostało by ze mnie też to samo co z solidarności, czyli miazga i wspomnienia. Zbierałem te maślaki żeby też coś mieć i zerkałem na tamtych. W pewnym sensie też solidarnościowo, czyli z zawiścią. Laska stała cała skichana z wrażenia, a koleś gonił dookoła pod drzewkami, jakby jeszcze czegoś szukał. Czego skoro one ze styropianu. Zastanawiałem się po co cała ta akcja w ogóle? Może jakiś perfromance, albo sondaż. Może trzeba było się zapytać, ale bałem się odpowiedzi, że właśnie po to. By sprawdzić ile osób się zainteresuje. Dalszy ciąg przejechałem bez przeszkód i przygód, fajnie było, mam nadzieję że nie ostatni raz.

trasa

    Do maślaków jeszcze wracając, to ostatnio niby nimi wysypało. Wcześniej przez lata znałem opowieści rodzinne, jak to ojciec raz w życiu był na Mazurach. Na chwilę wysiadł z auta z potrzebą i wrócił z kartonem prawdziwków. Tymczasem ja tu jestem, drugi miesiąc i dotąd znalazłem chyba tylko dwa kozaki. Teraz maślaki nam wyrastają praktycznie między linkami namiotu i przed wejściem. Jak wieczorem jakiegoś zdeptam po ciemku, rano i tak już jest następny na jego miejscu. Tyle, że to te sitarze. Wartości smakowych i odżywczych nie mają prawie żadnych. Raz coś tam z nich zrobiliśmy i daliśmy sobie spokój, bo potem człowiek w nocy czuł, jak mu wątroba puka po czole.

13.08.8

    Sąsiedzi dzisiaj chyba pierwszy raz błysnęli fantazją. Jedni z nich gdzieś na chwilę wyjechali. Reszta w tym czasie „przejęła” ich przyczepę i zrobili taki niby bar z piwem i zapiekankami. „Sprzedawca” z białej koszulki sobie zrobił coś Ala turban, że wyglądał jak oferent kebabów. Potem tym właścicielom słali mmsy. Oprócz tego wrócił temat ksywek, w czym Beata jest nie do pobicia. Tak naprawdę dopiero teraz i dziś wypłynął wspominany tutaj już wcześniej ksywy dla jednej pani z nich, że jest jak ta gosposia robot z serialu „Alternatywy 4”. Beata się śmiała, że to takie wypieszczone, wymuskane, dla lepszego efektu zostawiła sobie na koniec.

    Pobujaliśmy się znów w hamakach przy ognisku, patrząc w gwiazdy. Gorzej, że już zaczęliśmy deinstalację niektórych sprzętów ogniskowych. I drewno się kończy. Najbardziej to chyba psa zasmuciło.

 13.08.9

 

14.08.2014 (czwartek)

 

    Ciekawa pogoda dzisiaj była. Wietrznie i częsta przemienność słońca z deszczowością. Co chwilę się a to ubierało, a to rozbierało. Wiało chwilami naprawdę mocno. Tęskniłem za taką, bo przez to upalne lato czuję się nie nasycony mazurska aurą. Poza tym cały dzień piękne chmury nam się nad głową przewijały. Fajnie się je oglądało po dłuższym spaniu i pomostowej kawie. Pobiegliśmy z psem sprawdzić, czy pojawiły się inne grzyby niż maślaki, ale nie.

14.08.1

    Potem szybki i wczesny obiad, ponieważ postanowiliśmy jednak coś zwodować. Pożyczyć od sąsiada łódki i popływać po jeziorze. Nie wyszło nam nic z ewentualnego kajakowania, to łódką wędkarską sobie zrekompensujemy. Psu też powinno być w smak, od dawna chciał się spławiać. Entuzjazm jednak nie znalazł odzwierciedlenia w stanie rzeczywistym. Łódka okazała się mydelniczką o bardzo małych możliwościach. Taką, żeby odpłynąć 100 metrów od brzegu, zrzucić kotwicę i łowić. Sterowność prawie żadną miała ta łupina, masa pary szła w gwizdek złej sterowności. Do tego jakoś nie mogliśmy się usadowić odpowiednio. Pies szybko się zaczął się nudzić, niecierpliwić i piszczeć. Co warte uwagi było, to sytuacja z przeciwległego brzegu, gdy doń podpłynęliśmy. Coś tak się Pikselowi w lesie nie spodobało i zaszczekał. Odpowiedziało mu jego własne echo. Co się mu nie spodobało jeszcze bardziej i następne 5 minut, nim zupełnie nie odpłynęliśmy, szczekał na własne echo, co bawiło nas prawie do łez. Wróciliśmy po 2 godzinach, szczęśliwi że już mamy twardy ląd pod sobą. Stwierdziliśmy zgodnie i stadnie, że jednak co kajak to kajak. Gorzej, że w drodze powrotnej i przy wiosłowaniu dopadł mnie już jakiś spadający jak grom z jasnego nieba smutek, że za chwilę przysłowiową trzeba będzie wracać. Że nie będę szedł do najbliższego skrzyżowania polnych dróg z psem, zastanawiając się w którym kierunku iść dalej, bo można iść w każdym. Będzie droga na pocztę z korespondencją do trudnego klienta, lub slalom między trudnymi sąsiadami. A to ostatnie chyba gorsze.

    Wydarzyło się jeszcze coś szczególnego, wręcz jeszcze przed naszym wodowaniem się. Na łąkę przyjechali nowi, mimo kończącego się sezonu, wczasowicze. Szczególni. Mianowicie Niemcy w dwóch potężnych wozach strażackich z lat chyba 50/60. Mieli w tych wozach spanie, łodzie, rowery, wszystko właściwie. Dwie rodziny z dziećmi. Wrażenie zrobili piorunujące. Śmialiśmy się, że jak przyjadą administratorzy, to im powiemy, że to inspekcja przeciwpożarowa z Unii Europejskiej. Swoją drogą, to drugi taki duży i dziwny niemiecki wóz, czy wozy w tym tygodniu. Musiała polana zaistnieć w jakichś niemieckich przewodnikach jako spełniająca kryteria dla takowych.

14.08.2

    Wieczorem obowiązkowe ognisko. Większe kawały drwa jeszcze zostały, ale brak rozpałki. Chodzę po gałązki choinek. Dopiero teraz odkryłem, późno – cholera, że igliwie to właśnie świetna rozpałka, wręcz nie potrzeba papieru oprócz niego. Tak. Zapewne już niebawem, przez prawie rok, ta wiedza będzie mi bardzo przydatna. Nawet nam się udało zasnąć w hamakach przy tym ognisku, ale koło północy obudził deszcz i trzeba było się zwijać.

 

   

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
zBLOGowani.pl