Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte

Biegiem przez świat i okolice

wtorek, 04 kwietnia 2017

 na_bloga

    Bieg mi poszedł dobrze, przynajmniej względem stopnia przygotowania, między innymi dlatego, że się odpowiednio zaprogramowałem. Już bowiem po 3 kilometrach poczułem, że coś jest nie tak. Patyk w szprychach, piasek w nienaoliwionej maszynerii, jazda na zaciągniętym ręcznym. Porównania można by mnożyć. Po prostu ogólna niemoc, najkrócej pisząc.W pewnym wieku tak już bywa. Stwierdziłem, że będzie dramat. Jeśli za chwilę padnę zupełnie, to może chociaż uda się dojść, mieszcząc się w limicie, spróbuję wyrwać od losu ile się da. Po takim nastawieniu już mogło być tylko lepiej, z radością, poczuciem szczęścia i wszechmocy witałem każdy kilometr, na którym szło mi lżej, a faktycznie lżej zaczęło iść chwilę później.

    Długo biegłem za człowiekiem w ciekawej, spersonalizowanej nadrukiem koszulce. Właściwie to zgrupowanej, bo widziałem kilku ludzi w takich. Na czarnym tle, na plecach, pisało: "sto procent dzika" i namalowany dziczy ryj. Zwłaszcza ciekawie było, jak koleś, biegnąc zrównał się ze znakiem: "uwaga dzikie zwierzęta". Niestety słabo zagrały światła i cienie, zdjęcie nie wyszło tak, jak chciałem. Zdjęcie powyżej, a kolo w koszulce czarnej takiej, jak ten poniżej.

  blog_29

niedziela, 02 kwietnia 2017

 

blog28

    Kiedy w niedzielny poranek zerknęło się za okno i oprócz idealnie niebieskiego nieba zobaczyło prawie 20 stopni na termometrze, jasnym się stało, że o rekordowe wyniki czasowe w półmaratonie będzie trudno. W biegu postawić będzie trzeba na doznania wizualne. Oprócz wyszukiwania najkrótszej trasy, warto będzie też wyłapywać wszystkie placki cienia na drodze. A przynajmniej kiedyś się stosowało taką pseudotaktykę, przed obowiązywaniem tzw. lex Szyszko.

    Na żywieckim rynku nie było specjalnie chłodniej. Postawiono za to zakrytą scenę, gdzie konferansjer zagrzewał do boju, podkreślając, że to jedna z najważniejszych imprez sportowych na południu Polski. Nie wiem, czy aż tak, chyba trochę przesada, ale fakt że duża impreza, nie ma co się czuć prowincją. Według medialnych doniesień sprzed dnia, ponad 2400 biegaczy miało startować. Pan podkreślał też, żeby pamiętać na trasie o upale i uzupełniać regularnie płyny. Znamiennym się to okazało.

Gdzie więc ta woda?

Już pierwsze metry pokazały, że będzie gorąco, choć na razie biegło się zupełnie przyjemnie. Pierwszy punkt odżywczy przewidziany był na 6 kilometrze, Zarzecze lub Tresna. Z rozpędu wpisane słowo „przewidziany”, bardzo tutaj pasuje. Był napis, stoły i wolontariusze, ale nie było tam nic odżywczego. Jedynie wspomnienie po wodzie, której zostało tak mało, że wręcz trzeba było uprawiać walkę o cokolwiek mokrego, bo trzy połówki kubeczków przypadały na kilkadziesiąt osób. Uprzedzając nieco fakty można napisać, że potem nie było wiele lepiej. Na 2 i 3 „punkcie odżywczym” woda była ale nie było się czym polać i dostanie się do niej było trudne. Na ostatnim punkcie nie było jej wcale. Dosyć to oryginalne podejście. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że trasa trudna a upał prognozowano już co najmniej od wrotku. W takich sytuacjach wręcz wystawia się wanienki z wodą do przemycia, o piciu nie mówiąc. Normą są od dawna napoje izotoniczne, o których dziś ani mowy nie było. Nie wspominając już o czymś do ugryzienia, gdzie niewiele może dające: kostka cukru lub kawałek najtańszego ciastka są ważnym czynnikiem psychologicznym.

Na szczęście to w tamtym rejonie pojawiła się kibicująca pani z saksofonem, udowadniając że na pozytywne zaskoczenia tego dnia też można liczyć.

Ładny półmetek

Rejon Oczkowa, tamtejsze pagórki i rosnący skwar spowodowały, że już wtedy wielu pod górkę wychodziło marszem, dbając o ekonomiczne rozłożenie sił. Przynajmniej, jak się to kiedyś określało, strefa większych rozmiarów kołnierzyków. Gdzieś z tyłu pojawił się ambulans. Ciekawe i niepierwszy raz widziane zjawisko. Sąsiedztwo ambulansu powoduje, że nawet „większe rozmiary kołnierzyków” zaczynają biec pod najstromszą górkę. Niestety w skali całej trasy widziałem 3 pędzące na sygnale karetki, należy mieć nadzieję, że nic istotnego się nie stało.

O ile, co od dawna twierdzę, ciekawa jest sama formuła Półmaratonu Żywieckiego, gdzie idealnie nań składa się obwód jeziora, o tyle niemniej ciekawym jest fakt, że półmetek wypada w tam ciekawym miejscu, jak początek zapory.

Więcej za nami, niż przed

Jakiś kibic, tuż za zaporą, zawołał, żeby właśnie o tym pamiętać. Że więcej już za nami, niż przed. Dobra, dobra, odpowiednio nastawieni na coś takiego się nie nabieramy. Wiadomo, że przed nami może i ciut mniej, ale konkretne pagórki i różne niesławne miejsca. W szeroko rozumianym finale coś, co teraz już eufemistycznie nazwać mogę podbiegiem pod Górę Burgałowską. Do tego jeszcze liczyć się trzeba było z rosnącym upałem. Tymczasem rzeczywistość sprawiła przyjemną niespodziankę. Oprócz podbiegów pojawiły się i zbiegi, a oprócz wyciskającego ostatnie poty słońca orzeźwiający i wychładzający wiaterek.

Burgałowska” na finał i finał „Burgałowskiej"

Tak, nawet organizatorzy nakazują od dawna liczyć się z tym podbiegiem. Oczywiście „większe numery kołnierzyków” tam już bardzo drobiły kroki, albo wręcz zwalniały. Miło było widzieć koniec tej górki, choć okazał się on jedynie łukiem, za którym czekało drugie tyle dystansu. Pewną motywacją mogło być to, że na szczycie góry miał być ostatni punkt odżywczy. Był. Siedzieli tam panowie w mundurach szkoły w Moszczanicy, przy pustych stołach, jak za PRL-u. Zapytani, gdzie woda, odparli po prostu, że nie ma. Na szczęście znalazła się jakaś dziewczyna, która ofiarnie i dzielnie donosiła w baniakach. Dzięki.

Potem już zbieg do ronda, na którym ulokowała się całkiem ciekawa grupka trąbiących kibiców, długa prosta w słońcu i meta.

Medale

Medale dostaliśmy na mecie, całkiem fajne. Przyznam, że już dawno tak ciekawego mi się nie udało wybiegać. Choć był lekki niedosyt. Przez chwilę miałem jakąś irracjonalną nadzieję, że będą miały wygrawerowane czerwone Ferrari 360, takie jakie od 1 kwietnia ma żywiecka drogówka. Byłoby pięknym symbolem szybkości niosącego medal.

Organizacja, czyli ilość niekoniecznie przekuwana w jakość

Pomimo specyficznego rozumienia pojęcia „punkty odżywiania”, o czym już pisałem, organizacyjnie można chyba imprezie przypisać dodatni bilans. Generalnie było przyzwoicie, mieliśmy do czynienia z kilkoma nieoczywistymi elementami: pacemakerzy, system powiadomień smsowych. Startowałem po raz pierwszy od kilku ładnych lat, od kiedy na żywieckim rynku bieg zaczynało około 700 osób. Mam wrażenie, że ewentualne korzyści ze wzrostu popularności imprezy nie wpływają na sytuację samych biegnących, a kumulowane są w promocji imprezy i urzędów. Kiedyś może było bardziej przaśnie, bez sceny o showmana, ale można było umyć choćby ręce w wc MOSiRu, dziś służył temu jakiś enigmatyczny kontener „gdzieś”, a do znalezienia punktu oferującego posiłek po biegu nie potrzeba było dobrze ustawionej wyszukiwarki google. Pierwszy raz też się spotkałem z jakimś „prywatnym” namiotem na terenie „miasteczka półmaratońskiego”, do którego ochroniarze strzegą wejścia.

Wyniki

Podobno wygrał niejaki Joel Maina Mwangi z Kenii. Tak media donoszą, sam nie zdążyłem sprawdzić, choć się starałem. A uczestników było ostatecznie trochę mniej, niż 2 tysiące. Prawdopodobnie wystraszyła pogoda.

niedziela, 09 października 2016

 

    Najładniejsza i najciekawsza trasa biegowa, jaką pokonywałem na zawodach. Bieg "dołem" Małej Fatry 08.10. Okoliczności widokowe przednie, a jednocześnie różnica wzniesień nie była taka duża, jaka przy tych pejzażach byłaby np. w Tatrach. Przy okazji zresztą odkryłem "paradoks ładnej trasy". Chce się gdzieś wystartować i pobiec, ergo zaliczyć dobry sportowo występ, bo ładna trasa, ale z kolei przy tych ładnych okolicznościach krajobrazu nie chce się za szybko skończyć, przebiec.

tytuowa4

19

211

37

48

57

    W pakiecie dali jakieś tabletki. Otworzyłem torbę po mecie, więc założyłem, że to tabletki "dzień po". Widocznie na Słowacji jeszcze nie zabronione.

 tabletki_dzie_po

    Bieg był faktycznie dosyć kameralny. Spory kawałek trasy dymałem w sorcie z jakimś panem. Wzbudzał on straszne podniecenie u wszelki wolontariuszy, przy każdym wodopoju, czy agrafce słychać było okrzyk: "o, Pan Uczitel". 

Uczitel

    Zawody kameralne, skoro dawno po starcie, dobrze po dekoracji, przechodząc koło mety znalazłem łuskę startera. Ot taka ciekawostka. 

 uska

    Ciekawostka jeszcze jedna, z kraju ruiny. Lat temu  naście i dziesiąt,w pakietach startowych dawali zwykłe, codzienne koszulki. Wówczas marzyły się sportowe, oddychające, które na tamten czas i kieszeń szarego spijacza Powerride były koszmarnie drogie i nawet nie za bardzo było wiadomo, gdzie je wyrwać. Potem zaczęli takie dołączać właśnie do pakietów startowych. Jest to odzież, która się za bardzo nie niszczy czy nie zużywa, Jest się w wieku, kiedy już się z takowej nie wyrasta, co ewentualnie, wygrubia. Więc po chwili i na lata miałem takich t-shirtów całe szuflady. W Terchovej mieli dołączać znowu zwykłe, "bawełniane". Cieszyłem się jak dziecko, że w końcu dostanę jakąś koszulkę "do lasu", a nie z New Balance

niedziela, 18 października 2015

 

    Na zawodach biegowych, czego nie ukrywam i czego się nie wstydzę, różnie bywało z punktualnością. Osobiście i nieskromnie mniemam, że niepunktualność tam jest w całkiem dobrym tonie. Między innymi pomaga rozładować nadmierne emocje.

Często zdążało się tuż przed końcem przyjmowania zapisów. Na dużych imprezach nie dziwiło mnie że trzeba być wcześniej, bo jest co przygotowywać przed samym startem. Na mniejszych zwykle można było przybyć z poślizgiem. A sporo tych poślizgów było. W Krakowie z reguły, bo miałem tendencje do złego oszacowywania czasu dojścia z komunikacji do końca prawie Błoń. Kiedyś we Frankfurcie musieliśmy przed maratonem przejechać przez całe miasto po ubiór i z powrotem. Najlepiej jednak było, jak ponad 10 lat temu we Wrocławiu staliśmy już tuż przy linii startu, tuż przed nim i nagle jeden kolega pyta drugiego, „a gdzie ty masz czipa?” Tamten momentalnie pognał do szatni czy depozytu wyjąć czipa z plecaka, z którym to czipem na bucie trzeba przekraczać punkty kontrolne, oraz startu i mety.

    Gdy pierwszy raz startowałem w maratonie w Ostrawie to, trzeba się pochwalić, było niesamowite spóźnienie. Pociągnąłem rodzinę jako kibiców, źle obliczyliśmy czas przejazdu albo źle nie raz skręciliśmy i czasowo było dosyć dramatycznie. Dramatycznie nie tylko względem dead line godziny zapisu, poprzedzającej zwykle o 60 minut godzinę startu, ale i dramatycznie względem właśnie godziny startu. W efekcie dotarłem jakieś piętnaście minut przed właśnie godziną startu biegu, dopiero do punktu zapisów, oddalonego kilkaset metrów od startu. Podwieźli mnie nań samochodem. Może przez to, że okazałem się jednym z około 150 startujących, czyli liczba nie powalająca. Czesi oczywiście uśmiechnięci, z niczym nie było problemu.

    Docieraliśmy na sobotni XVII Cross Beskidzki w Węgierskiej Górce. Mamy za sobą jakieś 5 wcześniejszych startów w tej imprezie, chociaż od kilku lat tam nie biegliśmy. Kiedyś była to bardzo fajna impreza. Odpowiedni dystans i trasa, dobra atmosfera, startowało 150 i znacznie więcej osób, nawet spiker był. Wracaliśmy tam po kilku latach, wiedzieliśmy, że ta impreza ma być, więc jakoś tam znalazłem jej datę, ale nie było opcji rejestracji ani nawet dokładnej godziny startu. Kolega ją znalazł. Dotarliśmy i jak weszliśmy na halę, nie zwróciłem uwagi, że tam wcale nie ma ludzi, nawet za bardzo kartki z napisem „buro zawodów”. Cóż? Trzeba się przyznać. Dosyć świadomie i z premedytacją przyjechaliśmy trochę po czasie. Dlatego między innymi, że zawsze start tam się istotnie opóźniał. Zapisywać można się było do godziny 10, start o 11, my dotarliśmy o 10:20. Jakiś chłopak powiedział, że zapisy już zamknięte. Poprosiłem, żeby coś wykombinował. Zatelefonował do jakiejś przełożonej, która bez dyskusji powiedziała, że w żadnym wypadku nie. Chwilę tam się z nim posprzeczaliśmy co do tego, czy były możliwości zapisów on-line i odeszliśmy zdezorientowani. Mimo deszczu doczekaliśmy do godziny startu. Skoro nas nie zapisali, to wnioskowałem, że będą tłumy, czipy i niebiosa jedynie wiedzą jakie jeszcze wynalazki, powodujące że już się nie dało. W istnym szoku się znalazłem, jak zobaczyłem na starcie uczestników z numerami jedynie na papierze, a więc wystarczyło wydać lub wydrukować nam 2 kolejne i zaktualizować plik exel. Co ciekawsze i bardziej zdumiewające, tych uczestników było nie więcej niż 15. A więc nasza dwójka podniosłaby frekwencję o 15 %. Szok był wielki. Jak można w imprezie z XVII letnią tradycją zgromadzić 15 uczestników? W kraju, w którym biegacz wyskakuje z lodówki, w którym nie wypada i mega niemodnie jest nie biegać, w którym w byle jakich zawodach startuje 2000 osób?!!! Rozejrzałem się dookoła i stwierdziłem, że to nie to, iż mało ludzi przyjechało, wszak pogoda była dobra, pora dobra. Organizatorzy ewidentnie nie byli przygotowani i nastawieni na większą liczbę startujących. Wszedłem w internet i okazało się, że cross nie był ogłoszony w największych i elementarnych portalach o bieganiu. Ewidentnie nie chcieli tego biegu. Tylko po co w ogóle go zorganizowali? Rozdali wcześniej nagrody, czy co? Niewiarygodne! Nie przypuszczałbym, że w Polsce można zarżnąć imprezę biegową z taką tradycją i że można na imprezie biegowej zgromadzić takie zacnie drobne gremium.

    Żeby nie było, że tylko biegi i tylko Polska. Wczoraj się odbyły zawody w petanque, w czeskich Albrechcicach. Fajne, ale dostać się tam bardzo trudno. Limit zgłoszeń i chyba wręcz miejsca zarezerwowane, tuż po otworzeniu listy jest ona już zapełniona. Po co zatem ogłaszać te zawody, czemu nie uznać ich za zamknięte? Na szczęście i pobiegać i pograć w bule można sobie bez mniej lub bardziej chcących tego organizatorów zawodów.

bieg

blog_24

 

wtorek, 29 września 2015

   blog_bieg_2

    Niedawno, przeglądając internet, wyłowiłem stronę sponsorowaną przez firmę branży sportowej, z hasłem - "Sprawdź, jakim jesteś typem biegacza". Wstępnie i automatycznie to zignorowałem, ale kątem oka zobaczyłem komentarze jakichś kolesi: ja harpagon, harpagon, harpagon. Pomyślałem sobie, kurcze, takim harpagonem być, to nieźle by było. W końcu by było. Wprawdzie nie wiem czy zasłużyłbym na takie miano nawet  latach wunderteamu swoich nóg, płuc i kilku innych organów, ale... Tu się trochę ściemni,tu wytnie, tam przytnie, dla dobra sprawy poda półprawdę. Wynik pójdzie w świat, za jakiś czas nawet ja zapomnę o jego rzeczywistych przyczynach, a doda on może kopa i nakręci. Włączyłem więc pierwsze pytania. Odpowiadając, zaraz zdałem sobie sprawę z terapeutycznego bezsensu tego naginania, zwłaszcza skoro od dawna biegam mniej i względem tego sportu nie mam wielkich ambicji. Jąłem odpowiadać adekwatnie do stanu faktycznego. Pytań było ze sześć, w stylu: jaką wagę przywiązujesz do ubioru podczas biegania, czy sam czy z kimś, takie tam. Dotrzeć chciałem do końca, bo byłem ciekawy, jakie też typy wymyślili. Że harpagon, to już wiedziałem, wiedziałem też, że to typ bezpowrotnie ode mnie oddalony, ale co jeszcze? Dojeżdżam do finału, daję enter, a tam pisze, że jestem typ hipster. Zaśmiałem się, bo typ i pożądany, i zgodny chyba w dużym stopniu z prawdą, ale coś mi jednak nie pasowało. Bardzo nie pasowało. Co? Aaaaa!!!. Mam na to coś piosenkę:

" data-mce-href="">Hipster - Dr Misio

 
1 , 2
zBLOGowani.pl