Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte

Film

sobota, 19 sierpnia 2017

 blogus    Do zmarłego Janusza Głowackiego miałem stosunek dosyć ambiwalentny. Sympatyzowałem z nim,jako człowiekiem, natomiast nie porywał mnie jako pisarz. Owszem, szacunek dla „Rejsu”, czy „Antygony w Nowym Jorku”. Jednak jego proza, memuarystka właściwie, dla mnie była jakaś wtórna. Bardzo mi się podobało określenie koleżanki o wczesnej twórczości Olgi Tokarczuk - „popłuczyny po Marquezie”. Głowackiego bym tak ostro nie określił, ale powiedzmy, że trochę uboższy krewny Tadeusza Konwickiego. Pierwsze i główne skojarzenie zresztą jest jedno. Tyczy się obu tych panów i w jakimś sensie też Pilcha, następnego „krewnego”. Pewien specyficzny, ale typowy dla nich wszystkich sposób autoprezentacji na konkretnym odcinku. Mianowicie antyheros.  Prezentowany w pierwszej osobie i pochodzący prawie ze wsi garbaty, pryszczaty, cherlawy, w okularach, nieśmiały, zakompleksiony, gburowaty, mizantrop właściwie, nie znający się na „świecie” i tym co nim rządzi. A jednocześnie robiący niemałą karierę i przede wszystkim – wszystkie laski współczesnego świata za nim biegają i oczywiście wskakują mu tabunami do łóżka.
Do Głowackiego wracając, a przede wszystkim tego czy był dobry czy nie, samokrytycznie należałoby w tym miejscu przywołać wypowiedź jednego z piłkarzy Legii Warszawa, po słabym meczu tej drużyny z Mołdawianami. W reakcji na krytykę ze strony dziennikarza. Mniej więcej brzmiało to tak: to niech pan sam wyjdzie i gra, a ja będę krytykował.
Jako pewien klucz, mogę też tutaj zacytować wczorajsze słowa Andrzeja Saramonowicza z jego profilu FB:
„Widzę, że wszyscy się na fejsie chwalą, że kończą swoje powieści,
to i ja się pochwalę:
ciągle, kurwa, nie mogę zacząć... „

wtorek, 15 sierpnia 2017

 indeks6

Foto: youtube.com

    Muszę się przyznać, że bardzo mi nie wyszły obchody święta narodowego, 15 sierpnia. Przyznać, może nie ze wstydem, ale lekkim lękiem, wiadomo bowiem, jak jest. Nie wyszły. okoliczności i szerszy kontekst nakazały być w domu. No i co? Nie włączę przecież defilady w telewizji. Nie chodzi tutaj o doraźne manifestacje polityczne. Po prostu od końca podstawówki, czyli mniej więcej od kiedy przestałem zupełnie wierzyć w "Czterech pancernych....", jestem pacyfistą. Tak, jak Borys z któregoś filmu Woody Allena. I jeszcze mi ten infantylizm nie przeszedł. Defilady i fanfaronada zatem odpadły. Sięgnąłem więc po zasoby filmowe. Dosłownie drogą losowania padło na polski i wielokrotnie widziany film pt. "300 mil do nieba". Cóż? Trochę rzewny film, ale od dawna uważam, że zupełnie dobry. Zaskoczyło natomiast, że całkiem aktualny. Chłopaki z filmu na przykład, dostali w Danii status uchodźców. Ta tęsknota za innymi lądami, zagraniczne rynki pracy... No, a przede wszystkim liczne techniki ucieczki za granicę, ich znajomość może się okazać niebawem całkiem przydatna. Jak już zostaniemy ze Strefy Schoengen "wyjdzioni". "Wyjdzioni" brzmi trochę słabo, ale rozwój polskiej codzienności i słowotwórstwa jest chyba dopiero na etapie poszukiwania odpowiednika "peerelowskiego" - "został wyskoczony przez okno". Będzie to uderzenie w przesadnie okrutny ton, ale cóż? Zawsze mi się przy tej okazji kojarzy dowcip: "Jakie były ostatnie słowa Włodzimierza Majakowskiego przed samobójczą śmiercią? Nie strzelajcie."
    Przyznaję się zatem otwarcie, że obchody święta mi nie wyszły, no bo jak to, taki film w święto narodowe. Jego bohaterowie robią wszystko, żeby tylko z miejsca "cudu nad Wisłą" nawiać, a ojciec do słuchawki telefonu woła, żeby nigdy nie wracali. Zaprawdę losowo tak się ułożyło. Żeby było ciekawiej, równie losowy wybór padł na następny film. Nie znałem go wcześniej. Mniejsza o tytuł, mało znany, jednak na jego początku dziewczyna emigrowała do Anglii i po pijaku śpiewała piosenkę "Sorry Polsko...".  Ależ życie pisze scenariusze!?   

Tagi: film
17:41, elef7 , Film
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 maja 2017

18341728_2286633911561967_402339324908528294_n

Foto: https://www.facebook.com/historia.polski.dzien.po.dniu/?fref=nf&pnref=story

Jedna ze stron na profilu społecznościowym doniosła, że dziś stuka 51 rocznica premiery serialu „Czterej pancerni” w telewizji polskiej. Kawał życia. Realnego i wirtualnego. Raczej półrealnego, bo hektogodziny spędzone przed telewizorem. I raczej nie wirtualnego, a imagnacyjnego. Każdy się w to bawił, każdy inscenizował. Wiadomo którą rolę każdy chciał odgrywać. Trochę byłem w tej materii z przodu. Miałem taki układ łóżek – dolnego i piętrowego – że tworzyła się świetna czołgowa dziura. Do tego miałem prawdziwy kask motorowy, który na upartego mógł robić za hełmofon, a z czasem się i pies przytrafił. Spaniel wprawdzie, ale skoro kask motorowy mógł robić za hełmofon, to i spaniel mógł robić za wilczura. Przecież i tak jeden czołg robił za całą armię.

 Kawal życia nie tylko w dzieciństwie, bo i potem się oglądało. Kolega, to nawet zwykł sobie na chandrę pożyczać komplet kaset video z pancernymi i puszczać w kółko.

W okrągłą, czterdziestoletnią rocznicę emisji szefem TVP został Bronisław „Wszystko wiem najlepiej i posiadam wyższość moralną” Wildstein. Wiem, trochę do sarkastyczny przydomek. I nieindywidualny, bo o każdym publicyście można by napisać, że wszystko wie najlepiej. Tak twierdził Ziemkiewicz o Michniku i to samo można powiedzieć o Ziemkiewiczu. No bo i trudno, by publicysta zaczynał od zdania typu: „uważam tak a śmak, ale chyba niesłusznie i sam nie jestem tego pewien”. Nikogo by wówczas do swoich poglądów nie przekonał. W każdym razie jedyne, z czego zapamiętałem Wildsteina jako prezia TVP, to że zakazał emisji „pancernych”, we wszystkich kanałach. Z uwagi oczywiście na ich prokomunistyczny, prosowietystyczny chyba, wymiar. Nie wiem. Znam każdy odcinek na pamięć i za prosowietystę się nie uważam. Nie uznaję też za nich swoich kolegów z czołgu. Mało tego. Znam i takich towarzyszy czołgowej broni, którzy wtedy popierali Wildsteina. Ot, takie wyparcie. Wzruszył mnie po tym zakazie jakiś komentarz w internecie, po tym zakazie: "przecież to doskonały obraz sensacyjno przygodowy dla młodzieży, o poświęceniu i lojalności". Oczywiście w sedno. I jakie przyszłe sławy ten serial wypuścił w dalszą drogę sceniczną? Gajos, Gołas, Pieczka, Wilhelmi, Pyrkosz, Opania, Michnikowski, Nalberczak, tekst Osieckiej, muzyka Kilara, Fettig śpiewał. 

 

Tagi: film
22:42, elef7 , Film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 kwietnia 2017

Powdoki_z_Misiewiczemv2    

    Obejrzałem wczoraj w nocy film. Polski, tytuł miał „Karbala”, sensacyjny lub właściwie wojenny. W kinach leciał z rok temu, może półtorej. Całkiem fajny, dało się go obejrzeć. Oczywiście, gdyby iść do kina i zainwestować w związku z tym w nowość, kilkanaście złotych, byłoby się czego czepiać. Ale w nocy, z nagrania, zupełnie ciekawe, trzymające jakiś sens i wiarygodność. Co głównie cieszy, to kolejny obok TVN Style – traktujący li tylko o duperelnych i trywialnych stronach życia – czynnik medialny, pokazujący nasz rozwój cywilizacyjny. Zawsze bowiem dziwiło na amerykańskich obrazach wojennych, co ci Jankesi robią, np. w Ardenach, skoro mogliby sobie pasać krówki w Teksasie lub napinkalać w banjo, w Nowym Orleanie? Taki „Szeregowiec Rayan” na przykład. Zupełnie ciekawy, w większości sensowny film, z kilkoma zapadającymi w pamięć scenami. Widziałem go wiele razy i po tą samą wielokroć nie udało mi się zrozumieć, po jaką cholerę kilkunastu gości szwendało się po północnej Francji, w większości przypadków ze skutkiem śmiertelnym, dlatego żeby jakaś matka w Arizonie usłyszała o śmierci dwóch, a nie trzech synów? Można sięgnąć głębiej. Tak świetny film, jak „Siedmiu wspaniałych”. Za świetnych uznawałem i w przedszkolu i po czterdziestce. W obu jednak przypadkach też nie wiedziałem, albo raczej nie rozumiałem, po co tych siedmiu zostało w wiosce? Pewnie żeby było czym film nakręcić, albo – bo scenarzysta tak chciał. Na filmach polskich oczywiście zawsze broniliśmy bytu i swojej zagrody. Nie tylko, że sens i zasadność walki nie były podważane. Wręcz oczywistym był brak innego wyjścia.

    A tymczasem proszę bardzo. Taką „Karbalą” dołączyliśmy do Amerykanów. Polacy są w tym filmie na jakiejś wojnie, nie wiadomo po co, a charakter pobytu nie do końca odpowiada poczynaniom, sytuacja nagle robi się bardzo napięta. W związku z tym może znamienną jest sytuacja sanitariusza, który w akcji nie udzielił pomocy rannemu. Miał za to wytoczoną sprawę i groźbę kilku lat więzienia, bo scykał w obliczu ognia bitwy. Potem wprawdzie uratował kilku innych, ale ruszonej lawiny procedur nie dało się już zawrócić. Zapytany, czy ma na adwokata, odpowiedział że nie, bo to tutaj (do Iraku) przyjechał zarobić.

    Ciekawie oglądało się taką „Karbalę” w półśnie, po całym dniu, w którym na medialnym czele znów była sprawa Bartłomieja Misiewicza. Tenże dostawał niejednokrotnie na wejściu niemały grosz. Chłopak z „Karbali” poleciał do Iraku zarobić na dom, w efekcie adwokat puści go w skarpetach. Misiewicz dostał order, ci z bronionej kilka dni Karbali nie bardzo. Misiewiczowi najwyżsi stopniem salutowali Misiewiczowi, ci z Karbali czasem nie musieli wstać, jak dowódca się zlitował nad wymęczonymi kilkoma dniami walki. Nieporównywalne, zwłaszcza w półśnie.

 

sobota, 21 maja 2016

 images20

    Obejrzałem wczoraj film. Polski film. Nie jestem jakimś wysmakowanym znawcą kina, ale oczywiście coś czasem zoczę. Szczególnie lubię polskie filmy. Po części pewnie w myśl budującej mnie od dawna i kultowej frazy:

".....Jest jednak coś, co mnie trzyma tu tym bardziej,

polskie filmy biało - czarne".

Oczywiście lubię wiele z tych obrazów monochromatycznych. Ale traktuję to zdanie też mniej dosłownie. Rzeczywiście polskie kino lubi być, w odróżnieniu na przykład od czeskiego, charakterologicznie czarno - białe. Wszyscy są albo dobrzy, albo źli. Sytuacje albo w świetle pozytywnym, albo negatywnym prezentowane. Mało szarości. Nie uznaję polskich filmów za obiektywnie mistrzowskie. Uważam jednak, w odniesieniu nie tylko do kinematografii ale i na przykład poezji, że nawet słabe o Polsce i po polsku więcej powie o mnie samym i mej okolicy, niż stworzone za Odrą lub za oceanem. Jestem więc częstym widzem polskiego kina i wczoraj - po poślizgu - zobczyłem obraz pt. "Bejbi Blues". Jak dla mnie, obraz zupełnie sensowny i wart uwidzenia. Posiadał jednak jedną, istotną bardzo wadę. Mianowicie jedna z głównych postaci, dziecko, na końcu ginie. Ginie, mimo że nie jest to film sensacyjny, kryminalny, horror, czy z innego gatunku, którego istotą jest uśmiercanie bohaterów. Ginie, mimo że treść nie straciłaby na sile przekazu, gdyby było jedynie ciężko chore. Zaraz przypomniał mi się inny film polski. "Płonące wieżowce". W miarę sensowny, ale znów na końcu główny bohater ginie. Po chwili przypomniała mi się "Drogówka" Smarzowskiego. Też główny bohater na końcu ginie, mimo że przebieg filmu nijak tego nie sugeruje. Zacząłem sobie przypominać masę tego typu tytułów, zwłaszcza z ostatnich lat. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o jakieś "Śmierć jak kromka chleba" czy "Popiół i diament", gdzie było to istotą przekazu, tylko o obrazy, gdzie ów zgon był jakimś oczywistym komponentem gatunku i wypowiedzi.Bez czego by się pod każdym względem obeszło, ale jakoś tak jest wstawione, nie wiadomo po co? Zastanowiłem się, czy to nasza jakaś cecha lub ważny element polskiego życia? Czy tutaj ludzie jakoś seryjnie padają na ulicach? A przecież gdy zaginęła w skali kraju jedna Ewa Tylman, to kilka dni wszystkie telewizje tylko o tym mówiły. Na szczęście rodzima kinematografia zesłała nam takie fajne, mazurskie "dzieło" o wampirach, jak "Kołysanka", gdzie trupy nie tylko są jakby istotą filmu, ale wręcz okazują się żywymi istotami. Tylko cholera nie ma na youtube.

Tagi: film
12:26, elef7 , Film
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
zBLOGowani.pl