Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte

Poezja

poniedziałek, 09 października 2017

Miosz

    Rocznice ważna rzecz, zwłaszcza obecnie. Dziś też przypadła. Jedną z dzisiejszych jest podobno taka, że równe 37 lat temu Czesław Miłosz otrzymał Literacką Nagrodę Nobla. Nie napiszę „od kogo”, bo były różne głosy o różnych ingerencjach, ale nie w tym rzecz. Duże poważanie mam dla tego pana, choć specyficzna i niedostateczna w zasobność konstrukcja intelektu powoduje, że mniej za wyczyny poetyckie, a bardziej za prozatorskie, życiorys, poglądy, byt. Zaasekurowałem się na dzisiejszą okoliczność, będąc w trakcie lektury jego biografii, autorstwa Franaszka. Zaasekurowałem się bardzo skutecznie, bo książka bardzo opasła i obszerna, a ja delektuję się i sączę, trzymając na szczególne, prawie nabożne momenty. Skutkiem czego mam szansę obchodzić z nią jeszcze niejedną rocznicę tego faktu. Cóż, bardzo specyficzna konstrukcja intelektu. Dzieło to obszerne i szczegółowe. Autor wałkuje każdy najmniejszy detal życia literackiego i prywatnego Miłosza. Cieszyłem się na to, bo jakkolwiek ten życiorys znam, to ciekawym byłem dwóch momentów, lub odpowiedzi na dwa pytania. Jedno takie, co też się działo z Miłoszem w trakcie Powstania Warszawskiego, albo raczej z jakiego powodu działo się to, co się działo? Odpowiedzi się domyślałem, jednak chciałem przeczytać o tym. Czytałem, nagle się ocknąłem w roku 1945. Cóż? Pozostałem przy tym, co wiedziałem i przypuszczałem do tej pory i pobrnąłem dalej. Drugie pytanie moje było i jeden z najistotniejszych momentów w tym bogatym życiorysie, czyli – umownie określając – moment, decyzja, konkretny determinant ucieczki na „zachód”. Bardzo wiele było omawiane tego, co trochę wcześniej. I znów, nagle się „znaleźliśmy” u Giedroycia, pod obstrzałem tych z Polski i emigracji. Wszystko przed i po skrupulatnie, sam moment jakoś.... Chyba się cofnę do tego fragmentu. Długi życiorys, to i czytać wypada długo, z pełnym zrozumieniem. Albo jakiś wybieg autora biografii. Albo taka specyficzna konstrukcja intelektu czytającego.

Tagi: poezja
20:49, elef7 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 czerwca 2017


blog_3

    Trochę załamka, co za kraj, co za ludzie. Udostępniłem wczoraj na facebooku posta z jakiegoś portalu kulturalnego, o rocznicy urodzin Leopolda Staffa. Sedno sprawy tkwiło w nadpisce, że w rocznicę urodzin tegoż autora też pada deszcz. I co? I pies z kulawą nogą nie dał "like". Smutno mi, w rocznicę urodzin poety i dzień po. 

Tagi: poezja
19:47, elef7 , Poezja
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 marca 2017

guitar806256_960_720

    Dziś rocznicę obchodziłby Jacek Kaczmarski, urodzony 22 marca 1957 roku. Gdyby żył. Pieśniarz określany bardem, poeta – niemniej, może nawet bardziej. Chciałoby się napisać, że dziś trochę zapomniany. Niekoniecznie to jednak będzie stwierdzenie uprawnione, bowiem trzeba brać pod uwagę, że swoją twórczością lokował się w obszarach, które nigdy szczególnie popularne nie były. Poezja śpiewana, w przypadku Kaczmarskiego piosenka autorska, zahaczająca z początku o zaangażowaną. Mowa tutaj oczywiście o ogóle. Najprawdopodobniej w przypadku tego barda był wyjątek, czyli przełom lat 70/80 wieku poprzedniego, czyli czas tzw. pierwszej solidarności. Najprawdopodobniej, ponieważ z dzisiejszego punktu widzenia to okres jakiś legendarny, o etosie i cechach w prawdziwość zaistnienia których, patrząc na przykład na politykę, trudno już uwierzyć. Najprawdopodobniej więc był to czas kiedy pieśniarz , niekoniecznie świadomie, zszedł z poetyckich obłoków, wchodząc do uszu i głów słuchaczy o mniej wysublimowanych gustach. Stał się bardem solidarności, którego pieśni – podobno – śpiewali robotnicy podczas strajków, a potem, w zaciszu pokoju i po kryjomu, z Kasprzaków i Grundigów, słuchali jego pieśni po cichu nagrywanych na kasety i kolportowanych drogą podobną o poczty pantoflowej. Na czele oczywiście ze słynną i bardzo z Kaczmarskim utożsamianą pieśnią „Mury”, choć on nie był autorem tekstu, był to przekład z pieśniarza hiszpańskiego, niejakiego Llacha. Wyczytałem gdzieś niedawno, że utwór ten mylnie został odebrany jako protestsong i utwór antyreżimowy, podczas kiedy w zamiarze traktował o niezrozumieniu poety. Pewnie poszło o to, że „peerelowski” lud wziął sobie do serca głównie frazę „...mury runą...”. Polemizować z tym można oczywiście już na płaszczyźnie takiej, czy sztukę można mylnie odebrać? Każdy odbiera tak, jak odbiera. Na płaszczyźnie innej, ważniejszej, wychodzi z tego ciekawy paradoks, albo ucieleśnienie słów. Niezrozumiana została pieśń o niezrozumieniu poety. Można się tutaj pokusić o wniosek bardziej ogólny. Że do Jacka Kaczmarskiego, jak do wielu twórców, którzy żyli szybko i umierali młodo, owo niezrozumienie przypisane zostało na dłużej. Wydawałoby się, że sytuacja, jaka wytworzyła się w Polsce w 1989 roku była dla pieśniarza z gatunku tych - „żyć nie umierać”. Był żywą legendą solidarności, rozpoznawalny, z dużym i istotnym dorobkiem artystycznym, ukształtowaną osobowością twórczą, nadbagażem zasług za które można się spodziewać nagrody, a do tego wszystko wolno i jeszcze na tym wszystkim można zarobić. Tymczasem poszło przez rok, może dwa lub trzy, potem już nie bardzo. Lud znad Wisły chyba już nie chciał tak bardzo chłonąć skomplikowanych piosenek, pełnych erudycyjnych nawiązań i metafor. Do tego doszły różne konflikty, rozbieżne ambicje. Jacek Kaczmarski, gdy wgryźć się w biografię i wspomnienia jemu bliskich, był nierozumiany. Jak wielu jemu podobnych autorów, konstruując misterne frazy o sprawach najważniejszych, miał jednocześnie problem z prostą komunikacją ze światem. Zagłębiając się w sprawy najważniejsze, miał problem z błahymi, przyziemnymi, można stwierdzić, że wręcz sobie z nimi nie radził, wykazując się nieumiejętnością prostego, zwykłego życia. Grzebiąc dalej w tym życiorysie i relacjach, trudno w nich odnaleźć szczęście. Może nie szczęście, bo to pojęcie bardzo subiektywne, ale stabilność i zadowolenie z bycia na „Ziemi”. To też charakterystyczne dla tych, którzy szyli szybko i umierali dosyć młodo. W przypadku Kaczmarskiego, dosyć młodo. Polska, potem Wolna Europa, potem znów Polska. Francja, Australia, na końcu Polska jeszcze raz. Kolejne małżeństwa i związki, kolejne posady i związki, kolejne pomysły na życie. Wszędzie nie więcej jak kilka lat. Do tego alkohol, przemoc domowa, rozliczne konflikty.

Coś pozytywnego? Tak, jak powinno być, czyli na koniec. Otóż koniec, według relacji bliskich, przyniósł Jackowi Kaczmarskiemu jakąś stabilność w kolejnym związku, już w Polsce, mimo że niestety i w chorobie.

Niestety bard nie żył długo, ledwie 47 lat, zmarł w 2004 roku. Zwraca jednak uwagę duży dorobek twórczy, pozornie nawet niespodziewanie duży, jeśli nie śledziło się na bieżąco jego kolei losu i twórczości. To podobno samych wierszy ponad 600, dwa libretta, 5 powieści. Niezliczona ilość tekstów do piosenek i kompozycji muzycznych. Prawie 30 płyt autorskich. Dorobek duży tym bardziej niespodziewanie, jeśli ktoś kojarzy Kaczmarskiego głównie z okresu „solidarnościowego”. Nawet jeśli rzeczywiście kojarzy i zna tylko z tego okresu, to bardzo często jest to „znajomość” przełomowa, na zawsze pozostawiająca w świadomości nie tylko ślad, ale wręcz zmianę, kojarzącą się często ze zwykłą wdzięcznością. I to jest fakt, udokumentowany bardziej niż biografie i relacje bliskich.

wtorek, 22 listopada 2016

  Bob_Dylan__Azkena_Rock_Festival_2010_1

     Na kilka tygodni przed sławnym i zwycięskim remisem Legii Warszawa z Realem Madryt na własnym boisku i bez własnych kibiców, Bob Dylan znany autor rockowy - otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Jak każdy wybór, tak i ten, spotkał się z krytyką. Że taki rock to zbyt niskich lotów twórczość, jak na ten zaszczyt. Zimmerman nieco potwierdził, że z takich obszarów się wywodzi,po kilku tygodniach stwierdzając, że "Nobla" odbierze, jeśli "da radę". Nie wiem, czy dziś ktoś jeszcze słucha Boba Dylana. Był chyba z tym problem nawet w latach, kiedy istniała nawet jakaś tam moda na legendy rockandrolla. Dziś jej nie ma. Nawet wtedy, smutas z wokalem kozy był ciężkostrawny. Nikt przy zdrowych zmysłach natomiast nie negował jego prześwietnego wpływu na tą muzykę i twórczość innych. Prosiłoby się o polski cytat: "my wszyscy z niego". Nikt przy zdrowych zmysłach nie przeczył, że Dylan był i może jeszcze jest prześwietnym autorem. Tekstów, muzyki. Wielu godnych muzyków, a to solo, a to w zespołach, robiło przysłowiową furorę, odtwarzając jego utwory. Wielu przy zdrowych zmysłach trzeźwo twierdziło, że piosenki Dylana są rewelacyjne, ale w innych wykonaniach. Nieskromnie i z pełnym uznaniem dla swoich zmysłów przyznam, że też tak twierdziłem i twierdzę nadal, "Nobel" niczego tutaj nie zmienia.

    Po kilku tygodniach i w bliskim sąsiedztwie słynnego i zwycięskiego remisu Legii Warszawa z Realem Madryt na własnym boisku przypomniał mi się temat Dylana. Wpadła mianowicie w ucho, po latach płyta z utworami Jacka Kaczmarskiego, w wykonaniu zespołu "Strachy na lachy". Napadło mnie skojarzenie, że Kaczmarski, to taki Bob Dylan znad Wisły. Wiem, pewnie nie ja jeden tak kojarzyłem. O ironio, Kaczmarski śpiewał nawet piosenkę Amerykanina, parodiując jego kozi zaśpiew. Teraz zestawiłem to jednak nie tylko z uwago na wielkość autorów i ich styl. Głównie przez związek, taki, że dla mnie Kaczmarski to również autor nieprzeciętny i niepodrabialny, jednak - właśnie - autor. Jego piosenki znacznie bardziej mi się podobają w wykonaniach innych muzyków, niż samego Jacka K. Jak dla mnie, jego wokal był dosyć nijaki i bez emocji, gra na gitarze podobnie. Oczywistością jest, że w słynnym trio, to wokal Gintrowskiego nadawał piosenką zęba. Ale późniejsze wykonania, czy to właśnie "Strachów....", czy jakiegoś "Habakuka" też mnie bardziej ruszały. Zaiste historia, jak z Dylanem. Nie znam Boba D. zbyt dobrze, tłumaczeń jego tekstów. Ciekawe, czy też takie doły, jak u Jacka K. Teksty Kaczmarskiego, to bez dwóch zdań mistrzostwo kompozycji i erudycji. I to w jakiej masie? Facet, wcale niespecjalnie długo żyjący niestety, napisał tego prawie jak Kraszewski, nieprawdopodobne ilości. Piosenek, a jeszcze wiersze, a powieści, a sztuki. Wszystko to miało jednak wspólną cechę. Strasznie przygnębiające. Na co by nie patrzeć. Śpiewak zawsze jest sam, cień wlecze go. Obojętnie jak się życie toczy i jaka epoka, "Nasza klasa" zawsze do wycia do księżyca nakłania. Teraz ponownie zawiesiłem się na piosence "Kazimierz Wierzyński". Fantastyczny styl. Frazy: "przedświat dziecięcy",  "zaświat to przecież kresy naszych marzeń, rajów utraconych w dzieciństwie rubieże". Ale też przez frazy te, jak i inne, typu: "w ostatnim skoku w nieskończoną dal", doły jak nigdy, albo jak zawsze u Kaczmarskiego. Na listopad jak znalazł.

 

niedziela, 31 sierpnia 2014

 

   Tytuł wpisu, to jednocześnie tytuł piosenki, która za mną chodzi w ostatnich dniach, Zbigniewa Wodeckiego. Tak, to ten pan, który śpiewał tytułową piosenkę do bajki „Pszczółka Maja”. Abstrahując od tego, że to tytuły z „moich czasów”, obiektywnie uważam je za przednią bajkę i przednią piosenkę. Oczywiście pan Zbigniew wykonywał też jeszcze masę innych utworów. Wokalnie, czy chyba też był i może jeszcze jest niezłym skrzypkiem muzyki poważnej. Mimo to – jak głosiła opowiadana kiedyś przez niego samego anegdota – na koncercie często mu wołali coś w stylu:

- Ty, nie smuć tylko śpiewaj „Maję”.

   Śpiewał też quasierotyczną piosnkę o naturystach w Chałupach, dla mnie bez większej historii. Nie pamiętam kiedy ogólnie słyszałem pierwszy raz piosenkę „Zacznij od Bacha. Przypuszczam że wtedy głos znanego wokalisty nakazał mi nie zwracać na nią uwagi. Wszakoż nie śpiewał pszczółki Mai a ogólnie tkwił mi jeszcze w głowie jako reprezentant pokolenia czy wykonawców, których słuchało pokolenie rodziców, ergo – samemu ich słuchać to obciach. Pamiętam natomiast bardzo dobrze, kiedy ta piosenka, a może raczej jej fragment, zrobiły na mnie pierwszy raz wrażenie, właściwie to duże wrażenie. Było to jakiejś ciepłej nocy w Bielsku, czy Krakowie. Ulicą szło jakichś dwóch nie najstarszych mężczyzn. Na vizus nie sprawiali wrażenia gigantów intelektu ani kultury. Raczej kompilacja menela z łobuzem, z przewagą tego drugiego. W pewnej chwili jeden z nich, cenzuralnie inaczej, przekazał najbliższemu bliźniemu swemu, że będzie śpiewał. Spodziewałem się usłyszeć coś w stylu: „Legia to stara ku..a...”, albo „Je..ł cię pies, j....ła cała wieś”. Tymczasem na całą rozświetloną latarniami ulicę rozległo się piękne i ze sztuką wokalną w pełni zgodne:

„Zacznij od Bacha, nim słońce po dachach

Zeskoczy jak kot, po nocy ćmej...”

Zwłaszcza to ćmej, słowo całkiem trudne i poetyckie, zrobiło na mnie w tym wykonaniu kolosalne wrażenie. W związku z tym przyjrzałem się potem i przysłuchałem się potem tej piosence. Warta uwagi. Piękny poetycki tekst z ciekawą fraz i porównaniami, rzekłbym że ze sporym uduchowieniem. Podoba mi się bardzo i nie przeszkadza nawet wokal gościa nie z mojej epoki i nie moich klimatów. Pełny jej cytat u dołu.

Mamy i mieliśmy w Bielsku kumpla. Charakteryzował się on między innymi tym, że posiadał konterfekt taki, jakby jakiś wojownik indiańskiego plemienia ściągnął Zbigniewowi Wodeckiemu z głowy skalp razem ze skórą twarzy i potem naciągnął Jackowi Kowalskiemu na czerep. Naprawdę sobowtórem on był wykonawcy „Pszczółki Mai”. Oczywiście mógłby być synem muzyka, ale taką miał specyficzną urodę, że z nieco dalsza trudno to było stwierdzić. Kiedyś szliśmy z innym kumplem miastem i spotkaliśmy Kowalskiego. Pogadaliśmy chwilę i poszli dalej. Za winklem natrafił się następny znajomy i zaaferowany mówi:

  • Chłopcy, nie uwierzycie, Wodeckiego widziałem!

My na to w śmiech, trzymając się ze brzuchy, że Kowalskiego widział, że następny się dał nabrać. Pogadawszy chwilę pożegnaliśmy się, idziemy dalej, patrzymy, a w drugiej części ulicy trotuarem Zbigniew Wodecki dumnie i spokojnie kroczy.

Bodaj w jakimś „tokszole” słyszałem, jak Wodecki ponoć kiedyś jechał samochodem, tramwajarz się na niego zapatrzył i walnął w inny samochodów. Ciekawe ilu kolizji Kowalski był przyczyną.

Gdy musisz wstać,
choć tulisz tak pod głową obłoczek snu
i słów tyle znasz uczonych cicho przez noc,
a tu dzień wstaje już kolorowo - witaj!

Gdy musisz wstać,
bo słońce już zawiesza na szczytach wież
poranny swój szal i rusza cień w długi marsz,
wokół drzew krząta się ptaków rzesza - witaj!

Zacznij od Bacha, nim słońce po dachach
zeskoczy, jak kot po nocy ćmej...
I zacznij od Bacha, gdy w progu się waha
ktoś, kto winien wejść, a może nie...

 



 
1 , 2
zBLOGowani.pl