Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte

Opowiadanie

czwartek, 07 lutego 2019

 Bawan_1

Pędziłem, to byłoby zbyt dużo powiedziane. Nigdy na biegówkach nie pędziłem. Zawsze było to dla mnie, z czego nie raz się śmiałem, narciarstwo śladowe i klasyczne. Śladowe, bo uprawiane w śladowych ilościach, kończone klasycznie w barze albo ze zniechęceniem. Ale wyrwałem się z domu, przejechałem trochę kilometrów i posuwałem na przód. Dobrze, że z psem, bo w związku z tym średnie tępo wychodziło całkiem niezłe. Według średniej koń i jeździec mają po trzy nogi, a rusycystka w szkole i rusycystka w NBP zarabiają po 450 tys. zł.
Oczywiście na weekend pogoda nie siadła i nie była tak fajna, jak w środku tygodnia. Trochę ciepławo, biegało się po kompociku, bez słońca i bez widoków. Nie no, że w życiu nie ma widoków, to wiem nie od dziś, ale trochę lepiej mogło być. Tatry nawet, zupełnie bliskie w teorii, w praktyce ledwo widoczne. W związku z tym chyba dosyć mnie już z daleka ucieszył pewien bliski i przyziemny widok, mianowicie stojący i całkiem misternie wykonany bałwan. Niby nic, ale zawsze to bałwan. Często się nie widuje. Ktoś się napracował. Coś na głowie, coś w ręce, z szyszek guziki, oczy i nos. Tylko trochę jakby diaboliczny był, albo paszkwilowaty, ponieważ nienaturalnie krótkie ręce miał. Niemniej jednak zrobiłem mu zdjęcie. Tak, na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, do czego może się przydać bałwan. Poza tym zakładałem, że lepsze obiekty westchnień migawki mogą się nie trafić. Żona została u wrót doliny, wszelkie lustra podobnież.
Pobiegłem dalej, do końca doliny, gdzie zrobiłem nawrotkę i wracałem tą samą trasą. Jak to zresztą w dolinie, trudno o inne drogi, z natury rzeczy. Mogłem się niby przebijać rzez górkę, ale tamtą trasą z psem nie wolno. Dobrze, swoją drogą, jest na co zwalić brak traperskiego zęba.
Wracaliśmy i jakoś mi się przypomniał ten bałwan. Palnąłem się w czoło, jaka jestem oferma. Przecież można przy nim było zrobić zdjęć co niemiara, że facebook przez tydzień byłby obsadzony. Selfie sobie mogłem jebnąć. I zadrwić z popularnego kiedyś: „zwykle nie publikuję takich zdjęć, ale z taką artystką nie mogłem sobie odmówić”. I fota z np. Kasią Kowalską. „Zwykle nie robię tego, ale taka postać, spotkana pomiędzy górami...”.
Albo: „W dzieciństwie nie lepiłem bałwanów, przez brak talentów manualnych, za to teraz, gdy jest możliwość wydruku w 3D...”.
Czy też: „Łubu dubu, łubu dubu, biega z nami prezes naszego klubu”.
Można na co dzień rżnąć skrytego, ale prawda jest taka, że gdzieś pomiędzy wierszami, dla chwili sławy w internecie, każdy by się dał pokroić.
Stwierdziłem, że na szczęście jeszcze nic straconego, zrobimy sobie bałwasesję w drodze powrotnej, czyli za chwilę. Byłem zresztą w niemałym, szoku na myśl, że tak mnie cieszy fakt, iż w końcu sobie jebnę selfie. Pewnie jedno z niewielu w coraz dłuższym życiu. Ta satysfakcja sprawiła, że mi się raźniej i ciekawiej wracało, mimo iż obiektywnie emocje jak na rybach. Buro dookoła, śnieg kompotowaty i przybrudzony, nadal brak perspektyw, pagórki przetrzebione z drzew. Choć nie, przepraszam, były emocje. Słowacki leśniczy przejeżdżał, przyhamował, uchylił szybę i powiedział:
- Dobry den pane, pies na smycz.
Zawołałem: „ok” i rżnąc głupa puściłem się dalej, gdzieś między krokami zapinając Piksela i nie czekając na ewentualny mandat.
Pełen radości i nadziei na fejm wypadłem zza zakrętu i coś mi w krajobrazie nie pasowało. Przecież to ta polanka?! Patrzę, nosz kurwa, bałwan leży w częściach. Komu on przeszkadzał? Pewnie Polacy tu byli. Nie będzie selfie. Chyba, że selfie pośród ruin architektury chwilowej i ulotnej. Zrobiło mi się smutno za wszystkie bałwany, których w dzieciństwie nie ulepiłem, a których byt zapewne ukróciłaby niejedna odwilż.
Życie zawodowe mnie nie raz przekonało, że jak się zdjęcia nie zrobi zaraz, to potem albo go już nie będzie, albo będą go mieli wszyscy dookoła na fotach. Ale to był weekend.

Bawan_2

Bawan_3

sobota, 05 stycznia 2019

PablopavoZdjęcie: screen teledysku "Stówa" Pablopavo i Praczas (gościnnie Spięty), YT kanał karrotkommando

Kiedyś bardzo nam się, w pewnym dosyć wąskim gronie, podobał pewnej książki. Było to chyba opracowanie socjologiczne, czy kulturoznawcze. Brzmiał: „Smutek spełnionych baśni”.  Przeżywaliśmy jego ładne brzmienie, ale i tyleż samo metaforyczną i prawdziwą, co i intrygująco oraz wieloznacznie skrywaną treść. Często ten tytuł przywoływałem w różnych sytuacjach. W tym też ostatnio, dosłownie kilka dni temu.
Percepcja spełnionej baśni spadła na mnie ww jakieś wczesne popołudnie dnia nie obfitującego w szampański humor. Nie tylko dlatego, że było to da czy trzy dni po Sylwestrze. Co zresztą i tak wiele mówi i solidnie tłumaczy chandrę. A do tego? Wiadomo jak jest. Dzień jeden z najkrótszych, mało światła dziennego, brak magnezu i wapnia, jeden z gorszych biometrów w roku,wszystkie długie wolne za nami, uciekające życie, chodników znów Tusek nie odśnieżył, a niedziel handlowych w styczniu prawie zero. Jakby tego było mało, dałem się wmanewrować w spełnienie prośby o kupienie czegoś po drodze. Nie chodzi o prośbę, ale z uwagi na pewne nie po drodze, zaburzało to dalszy i końcowy już przebieg mojego służbowego dnia. Ale poszedłem, kupiłem. Za 12,5 zeta, a dostałem dwie dyszki, więc po zakupie było 7,5 zł reszty, które wsadziłem do kieszeni. Ciągnąłem więc z powrotem, po zaśnieżonym chodniku, smutną i prawie nieprzerwaną smugę, aż tu nagle poczułem jakieś dziwne, jakby łaskotanie wzdłuż nogi, od góry w dół. I kolejny raz. Szybko się połapałem co to, czyli że straszna wiocha. Znaczy się, dziura w kieszeni i reszta z zakupi się sypie. Struchlałem jak pies, nasłuchujący petard w Sylwestra, ale wiedziałem, że jest kiepsko. Struchlałem, żeby nie sypały się bardziej, ale miałem cykora, że już wszystko za tymi kilkoma razami, za nim nastąpiła właściwa diagnoza, uleciało. A tu dupa, wiadomo, człowiek poubierany, cholera wie w jakie falbany fiszbinów złociaki wpadły, na śniegu też nie musi ich być widać. Zastygłem i leciutko potrząsnąłem nogawką. Jak prawie że gołąb z rękawa magika, wypadła moneta. Tylko że jakoś, kurwa, iluzjoniście wyfrunie piękny biały gołąb, a mnie oczywiście najmniejszy nominał, pięćdziesięciogroszak z tej reszty. W cierpliwości siła. Potrząsnąłem więc jeszcze kilka razy, zanim upewniłem się, że reszta wysypała się wcześniej, po drodze. Na wszelki wypadek delikatnie się odwróciłem i wracam po tej ciągłej smudze. Ja jakiś Indianin, pochylony za resztą, już teraz 7 zł tylko i aż, albo jak paralityk. Wiadomo, co to takie 7 zł dla humanisty, wrócić się trzeba. Jak ten Grześ, co jednak postanowił powrotnie zebrać piasek do worka. Wracam się i zbieram. Fascynujące, jak takie monety potrafią się regularnie i po kolei nominałami wysypać. 50 groszy już było, pół kroku wcześnie zeta, a jeszcze trochę na zad dwa złocisze. Ale nadal nie było głównej baterii, czyli piątki. Co piątka, to już nie siódemka, ale dla humanisty wciąż warte kroku wstecz. Takiego pasaran, no! Podniosłem trochę czoło i kątem oka zobaczyłem, albo wyczułem, że ktoś się schyla po mojego piątaka. Nosz krew mnie zaczęła zalewać, nie tylko dlatego, że głowa nisko. Tym lepiej naturalna garda, a zamierzałem o tą fortunę walczyć, jak Polacy o niepodległość. Kij w barki bo bez żartów, to nie fortuna, ale tyle było tych różnych na nie wymienianych, że nie chciałem jeszcze tego dokładać. Podniosłem więc dumne czoło, żeby ruszyć do walki. Co zobaczyłem? Ewidentny zamach na moją kasę. Ale precyzyjniej? Jakaś dziewczyna, co miała max 12 lat się po tą monetę pochyliła. Przyglądała się, odśnieżyła, podniosła. Nie, żebym był taki damski bokser, ale do tamte pory zamierzałem walczyć. Rozbroił mnie jednak widok,jak dziewczynka jeszcze raz się pieniążkowi przyjrzała, podniosła do twarzy i bardzo charakterystycznymi ruchami: najpierw chuchnęła w monetę, potem przetarła dłońmi na farta(podniosła pewnie taką, co orłem do góry), schowała do kieszeni (oby nie dziurawej) i odeszła rozradowana. No, tai się jej trochę spóźniony Mikołaj trafił.
„Smutek spełnionych baśni” więc był to wyjątkowy. Baśń spełniona, bo przyszedł Mikołaj. A smutek? Smutek humanisty...

 

czwartek, 27 grudnia 2018

Koci_blog

Wiedziałem, że nabożeństwa od lat są on-line. Niemniej jednak zestawienie tego słowa i pewnej drzewności kościoła r nazwą You Tube wywołał we mnie pewną lekką wesołość. A kościół pełen ludzi, prawie nie było gdzie usiąść. Podobnież, gdy było po wiecze… nabożeństwie, nie było jak do domu wrócić. Wszyscy, którzy w kościele, byli tam autem. Wyjazd z bocznej drogi trwał chyba 15 minut. Opowieści, jak to po kolacji wigilijnej wszyscy szli na pasterkę lub jutrznię, a po powrocie per pedes, zmęczeni, wcinali karpie, to lamus zupełnie pokryty kurzem. Potem zostałem zapytany:

- Ładne było kazanie, nie?

- No może.

- Szczególnie jak o tych prezentach i autach mówił.

- Tego nie kojarzę. Musiałem się wyłączyć.

- No wiesz co? Jak mogłeś?

- Miałem was tylko zawieźć.

- No to nas zawiodłeś.

 

sobota, 15 grudnia 2018

Blog_12

Od dawna znamy naszego psa z wielu zachowań, jeśli nawet typowych, to ciekawych wizualnie. Jednym z takich upodobań jest wciskanie się w najciemniejszy kąt. Jak ja to określam, klaustrolubność. Najciaśniejszy kąt, zakryty, schowany, może być bardzo mały. Wystarczy nawet krzesło i zwisający z niego kawałek koca, który da wrażenie ściany. Ostatnio, podczas pracy krawieckiej, został skierowany na bok. Znalazł płat materiału, wiszącego na haku w taki sposób że trochę zalegało na ziemi. Piksel się tak pouwijał, że zrobił sobie z materiału jakby pałatkę czy namiot. Jak poniżej.

Blog_21Ubawiło nas to, ale mnie też zdziwiło. Powiedziałem, że przecież podobno pies – zwłaszcza ten, dominator - musi mieć wszystko na oku. Na co Beata.

- Ale słyszy wszystko. Popatrz. Dać?!!!!

Blog_x

Blog31

sobota, 08 grudnia 2018

 21077476_1091432870987426_3812684023581135488_n

Zdjęcie: FB/Polski Punk Rok i Metal

Miło było, bardzo miło. Przeprowadzałem wywiad z lokalnymi sławami muzycznymi. Chłopaki, około 22 lat, muzycy. Kojarzyłem ich wyczyny, jako konkretny rock, niekoniecznie dobrze. Bardzo fajne i miłe chłopaki. Ułożeni, ciekawi, grzeczni, wygadani. Wytrząsać tu można z rękawa bardzo wieloma zaletami i nie będzie to miało nic wspólnego z Bursą. Nie zmieniło to jednak faktu, że pierwsze zdanie, jakie wypowiedziałem, pytany o wrażenia, nie było pochwalne, wręcz przewrotne:
- Fajne chłopaki. Ale nie wiem, kto w tym kraju ma zrobić rewolucję
- Może są nakierowani na kwestie estetyczne?
- Może. Ale takie nakierowaniem estetycznym też można ferment wytworzyć. Można, nie trzeba.
Po powrocie do domu włączyłem sobie teledyski tego zespołu. Docenić trzeba, że są popularni w regionie, jednak z rewolucją to rzeczywiście nie do nich, aczkolwiek popularność daje w tym miejscu wielkie możliwości. Ilustracja dźwiękowa dla hasła „muzyka środka” w Wikipedii. Nie mylić z krajem środka.
Ten wywiad, to była sprawa z końca sierpnia. Wypłynął w mojej głowie ponownie niedawno, ponieważ na jednym z lokalnych portali internetowych zamieszczono ich teledysk. Średnie i nierewolucyjne, jak wszystko dookoła. Oczywiście miłość, jakieś walizki, jazda nad morze. Od rewolucji bardzo daleko. Pomyślałem sobie wówczas, że teledysk i portal, w którym leci, nie są przypadkiem. Jedno i drugie łączy antyrewolucyjność. Żeby być sprawiedliwym dodam, że nie tylko ten portal, ale i wiele innych, o zasięgu powiatowym i mniejszym. Totalna antyrewolucyność. Spijają z dziobków lokalnych władz, jak kania dżdżu wyczekują dobrych informacji z urzędu gminy i jemu podobnych. Żadnych problemów, żadnej kontrowersji. Żadnych ciekawych skojarzeń, żadnego wyłuszczania paradoksów.
Nie pomogą artyści, nie pomoże spora część mediów, a więc ci, którzy twórczy ferment siać powinni w pierwszym rzędzie. Nie sieją, nie będzie też zbiorów. Nie jest to zaskoczenie. Wiele jakiś czas temu mówili i piali, że nie tylko nasi powiatowi, ale ogólnie „artyści” i twórcy są teraz antyrewolucyjni. Rewolucyjność pozostaje do roboty prawie emerytom. Kołacze się po głowie dawny tytuł: „Tu nie będzie rewolucji”. Ale to może nie jedyna opcja rozwoju sytuacji. W podobnych czasach, latach 80-tych, krążył inny tytuł: „Nie wolno wznosić się za wysoko”. Słysząc taki tytuł i dalszy tekst, chce się zapytać, „kto w końcu i ja w takim razie tamten system obalił?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
zBLOGowani.pl