Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte

Wyprawy górskie z psem

czwartek, 20 września 2018

97

Pomyłki trasy mogą czasem wyjść na dobre. Może nie pomyłki, tylko niewiadoma. Słowakom chyba grudniowy halny zwalił drzewa z oznakowaniem szlaków i nie było wiadomo gdzie iść.

Poszliśmy, klasycznie z psem, na Rakon w Tatrach Zachodnich, przez Lucnę (Grzesia). Szliśmy z fajnej bazy wypadowej, jaką są Oravice. No i właśnie. Na burzę szło. Gdzieś tam się trafiło rozwidlenie dróg. Nie namalowali Słowacy którędy iść. Spróbowałem raz w tą,raz w drugą i nic. W końcu wybrałem drogę bliżej grzbietu, stromszą. Okazało się, że to nie ta droga, ale skoro już tyle podeszliśmy, uznałem że zwiedzimy, na nielegalu trochę, górki bez szlaku. Obeszliśmy więc ustronie, czyli Hruby Vrch z halami, skałkami i szałasami. Na Rakon i Grzesia zdążyliśmy i tak.

236

330

524

620

717

811

105

1116

Miejsce zguby.

x1

poniedziałek, 11 czerwca 2018

 148

Zdjęcie: Wiercenie w codzienności/ Beskidy.News

Do tej wyprawy przygotowywałem się od dawna. W jakimś sensie przez całe życie. Lata treningu na sucho i swego rodzaju przedbiegi w górach. Potem następne lata chodzenia bez szlaków po górach, wspinanie się na szczyty potokami, albo wbrew największym skarpom.
Przygotowywałem się do tego poniekąd ataku szczytowego, jednak z błahego pozornie powodu był przekładany. Obrałem sobie bowiem za cel górę, na którą nie wiódł żaden oficjalny szlak. A jednak oglądałem ją cały czas. Ten wierzchołek, ten szczyt. Spowity a to promieniami słońca, a to mgłą, a to deszczem.

Szczyt_we_mgle
Przygotowywałem się od dawna i kilka razy musiałem odpuścić atak szczytowy z dwóch powodów. Po pierwsze deszcz. Po drugie i nawet bardziej? Między mną a szczytem rozciągała się żywa struktura rzeki, a nie było kładki, czy nawet kamieni, po których można by przejść. Jak zatem znaleźć się po drugiej stronie?
Po drugiej stronie, na drugim brzegu. Zapamiętałem dobrze, jak przyjaciel (przyjaciel?) zadzwonił do mnie z życzeniami z okazji 40-stych urodzin. Coś marudził, że kiepsko. Ja na to, że aż tak kiepsko nie jest, a poza tym rzecz nie polega na jednym dniu przełomu. On na to, że to jednak już się jest na drugim brzegu.
Wiedziałem, że z przejściem przez rzekę będzie zamieszanie. Jak to zrobić? Zbudować przeprawę? Belka, kamienie? Albo prościej, iść brzegiem, aż się coś znajdzie? W końcu stwierdziłem, że ściągnę obuwie i skarpety, a na drugim brzegu ponownie założę.
Kilka razy zakładałem już obóz pod wierzchołkiem, ale do ataku szczytowego nie doszło. Coś odganiało. Najczęściej złe warunki atmosferyczne. Kilka razy odstępowałem. Ale w końcu nadszedł ten moment.
Wszystko zagrało, aczkolwiek pogoda najmniej, budząc pewną obawę przed burzą. Upalnie, ale nie padało. Ciut się bałem tej ewentualnej burzy. Konkretnie tego, że pioruny psa mi przestraszą i w panice ucieknie w kierunku, którego nie będę znał. Ale nic. Ruszyliśmy.
Najtrudniej rzeczywiście było przejść przez rzekę. Zzułem wszystko ze stóp, pies nie musiał.
Przechodzimy przez rzekę.

Rzeka_1

Rzeka_2
Pies sobie poradził. A ja? Zdjąłem buty i brnę. Nie raz się tak robiło. Woda zimna, trochę mnie skrzywiło. Butów nie zrzucałem. Było kiedyś tak. Inny przyjaciel, przy większej rzece, zawołał: „a, pieprzyć to” i rzucił buty na brzeg. Przechodziliśmy dalej przez tą rzekę, a on nagle woła: „Ty, patrz, buty mi płyną”. Rzeczywiście, buty były na brzegu, a jednak płynęły. Ot, taka względność, jak u Einsteina.
Pies też już nie jest zupełny szczeniak. Ośmiolatek. Trochę się więc wzdragał, ale w końcu jakoś się zamoczył. Przechodzimy przez rzekę.
I na drugim brzegu. Chwilę pociągnęliśmy wzdłuż rzeki. Potem już pionowo w górę. Skarpą. Atak szczytowy co się zowie. Poślizgując się na namokniętej ziemi, pionowo w górę, chwytając za sterczące korzenie. Pięliśmy sięw górę. Ja, bo pies różnie. Nie widząc ścieżki czasem się wracał i wspinał dosłownie za mną. Podejrzanie szybko pokonaliśmy główną ścianę. Za szybko. Za między innymi dlatego, iż na górze okazało się, że ktoś był prowadzi jakaś droga w dół. Gdzieś dużo dalej od mojej przeprawy. Teraz już się nie obcyndalałem.

Pod_szczyt_2

Pod_szczyt

Przypuściłem atak szczytowy, co się zowie. Parę kroków i byliśmy na szczycie. Od dawna narzekałem na brak drzew w górach. Tym razem ucieszyło. Widoki były przednie. Na Ujsoły, na Złatną, na Geopark w Glince. Tak, to było tam. Bryjówka – 743 metry nad poziomem morza.

Bryjwka_widoki
Z oczywistych względów nie ma sensu opisywać drogi powrotnej. Dotarliśmy z powrotem cało i szczęśliwie. Tak to już bywa w Dzień Dziecka.

* Nie ukrywam, że znany mi jest wiersz Krzysztofa Lisowskiego pt. „Przechodzenie przez rzekę”. Nie ukrywam też, że miałem go w pamięci sprzed wielunastu lat i nie poczyniłem kroków, aby go odświeżyć. Zostawiłem w świadomości taki jakim zapamiętałem.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Tyt1

Wielu stwierdzi, albo potwierdzi, że na Rysiankę zawsze warto. Wykopsaliśmy się dzisiaj, praktycznie poobiednio, ze Złatnej. Nie tylko, że dawno nie byliśmy i stosunkowo mało uczęszczane szlaki. Troszkę tam jeszcze zostało prawdziwej leśnej drogi i potoku.

IMAG6576

IMAG6577

IMAG6588

IMAG6593

IMAG6594

IMAG6600

IMAG6601

IMAG6602

IMAG6606

IMAG6607

IMAG6609

IMAG6610

IMAG6614

Zeszliśmy okrężnie ciut, przez Lipowską. Na Lipowskiej zawsze mam tylko jedno skojarzenie. Wycieczki i noclegu tam z klasą w podstawówce, która zaowocowała meczem pod schroniskiem. Kij w oko, że piłka ciągle w lesie lądowała, wygraliśmy. Dawno to było. Jak napiszę, że w czasach gdy grał jeszcze Lubański, to przesadzę, ale można przyjąć, że Lewandowski jeszcze nie był w planach. Przynajmniej w perspektywie 9-miesięcznej. Dziś taki mecz nie byłby możliwy. Nie tylko dlatego, że gwiazdy na klepisku już nie grają. Kiepsko by się haratało, mając za narożniki: kamień papieski i krzyż.

Gdzieś tu, ten mecz:

IMAG6622

I jeszcze taka dziwna konkurencyjność schronisk. Pod Rysianką ierunkowskaz na Lipowską:

IMAG66151

niedziela, 15 kwietnia 2018

Tytuowa1

Dolina Prosiecka stosunkowo mało znana dolina krasowa na Słowacji. Lokalizacyjnie – niedaleko Wielkiego Borowego i Kwaczanów, w Górach Choczańskich . Bajeczne formy skalne, potoki, groty, przepaście. Są klamry i łańcuchy miejscami, jak również drabiny mogą się trafić. Czas przejścia niedługi – do 1 godz w jedną stronę, ale też można połączyć z kilkoma innymi fragmentami. Można zrobić pętlą, przez Prosiek i Kwaczańską Dolinę. Samo Wielkie Borowe również jest całkiem malownicze, aczkolwiek przez góry się trzeba do niego pchać. Ja osobiście, właściwie to my z psem, szliśmy tam i z powrotem przez Dol. Prosiecką, a potem w góry. Najlepiej byłoby na reklamowane i uznane za wybitne – Procieczne. Niestety szlak na niego jest zamknięty i z niczego nie wynika, że tylko sezonowo. My poszliśmy na położony niedaleko Lomno (1277 m. n. m. p.). Szlak zaczynał się u początku dierów o Doliny Prosieckiej. Wyjście do 2 godz. Trasa niestety przez powycinany las. Na górze widoki, głównie w stronę Fatry i Tatr. Można, nie trzeba, natomiast bardzo polecam Dolinę Prosiecką i Wielkie Borowe.

147

IMAG6150

IMAG6152

IMAG6161IMAG6162

IMAG6164

IMAG6167

IMAG6172

IMAG6173

IMAG6180

Wielkie Borowe

Wielkie_Borowe 

sobota, 17 lutego 2018


Halo3

   Efekt Halo, widziany gdzieś nad Tatrami Słowackimi, widziany z Doliny Cichej. Na "Żywca", bez wspomagania jakiegoś sztucznego zraszania i bez.... No, bez kłopotów z percepcją wzrokową, wywołanych na przykład hucznym poprzedzającym wieczorem. 

Halo_2

Halo_3Halo_41

Halom_5

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
zBLOGowani.pl