Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
niedziela, 30 grudnia 2012

Jako antykwariusz, nie od dziś uważam, że wydania sprzed wielodziesięcioleci mają duży urok. Raczej jednak miałem na myśli zwykle takie, cóż, lata 30-ste i wcześniejsze. Nie byłem nigdy fetyszystą komunistycznych czy socrealistycznych propagandówek wszelkiej maści. Tymczasem wczoraj wpadło mi w ręce coś nader ciekawego. Cienka broszurka z roku 1950: „PRAKTYCZNE WSKAZÓWKI STRZELANIA Z PISTOLETU”, edytowane jako „Dodatek Metodyczno-Wyszkoleniowy do Przeglądu Piechoty”.

Nie będę się rozdrabniał tutaj nad każdą stronicą treści, mimo iż nie jest tych stronic wiele. Treści też nie zanadto. Co ciekawe, nie ma też jakiś socrealistycznych wtrętów agitacyjnych, mimo iż w takim temacie aż by się prosiło. Jest za to fantastyczna puenta do poradnika strzelania z pistoletu. Dwuwers „wielkiego poety Gruzji” – Szoty Rustaweliego:

„Co zachowałeś dla siebie – to zostało stracone

Co oddałeś innym – to twoje”

Tak, treść bardzo głęboka i w tej głębi przewrotna, a najfantastyczniejsze to, że każdy może ją odczytać po swojemu. Ja zastanawiam się, jak ją odczytać, jako zakończenie poradnika strzelania z pistoletu?

Jakiego pocisku w kogoś nie wystrzeliłeś, został w komorze, czyli stracony dla świata.  Co oddałeś innym, posłałeś w nich, to twoje. Zwłaszcza twoje karbiki na rękojeści.



sobota, 15 grudnia 2012

   Kolej to przemijanie. Pierwsze skojarzenie. Archetyp, jak dla mnie, również dalekiego świata. Tego, który jest gdzieś, wymarzony lepszy. Również dalekiego w sensie czasowym, który dawno już odjechał, a więc minął. Szczególnie pobyt na torach zawsze we mnie budził takie wrażenia i skojarzenia. Odmierzanie stopami długości rdzawego toru, rozpościerając ręce, by nie stracić równowagi. By nie przetrzeć cienką podeszwą o równie rdzawe i kanciaste kamienie międzytorza. Gdy już to się zdarzy, należało szybko przywrzeć do podłoża. Ucho przyłożyć do szyny. Wielkość jej rezonowania zaświadczy, czy pociąg jest jeszcze bardzo daleko, czy może należy wiać w obawie o całość i okrągłość tejże głowy? Z reguły był daleko. Wstawało się wówczas i wlepiało nieruchomo wzrok do przodu. Tory w oddali coraz bardziej miały się ku sobie Przybliżały się do siebie, a oddalała i wyrazistość. Leciały do przodu, w świat. W świat, w który niedawno wielu odjechało. Ruszyło szukać lepszego życia, droższego chleba, szczęścia (o ile w ogóle istnieje), miłości (o ile istnieje?). Koła stukają: „kocha – niekocha”; „wyjdzie – niewyjdzie”; „zapłać – niezapłacą”; „wygram – przegram”. Zwężające się tory w szeroki świat. Zwężająca się perspektywa szyn, podkładów, słupów i drutów. Wszędzie z przodu ta rdzawość przecinana czasem lotem muszki. Szyna odrzuciła swoją wąskością. Teraz kroki po kamieniach. Można się przed nimi ustrzec, stawiając stopy tylko na drewnianych podkładach. Można, owszem, gdy jest się dzieckiem. Będąc starszym, a więc większym, rozstaw podkładów jest niekorzystny dla długości kroku. Idzie się niewygodnie. Można więc, gdy jest się dzieckiem. Gdy było się dzieckiem. Kolej, to przemijanie. Koło wagonu wróci do pierwotnej pozycji i wracać będzie co chwilę. Dostarczy przemijania.

Kiedy pod stopami poczuje się dudnienie, to czas by sięgnąć do kieszeni po monetę i położyć na szynie. Potem w przysłowiowe krzaki i obserwować. Jak wszystko w tym – i tak, niezależnie od systemu gospodarczego –  kapitalistycznym świecie i to podłożenie jest niepewną inwestycją. Czasem pierwsze koła maszyny popchną monetę w czeluście wypełnione przytorową sieczką chaszczy, butelek i folii. Nie przejmować się w zupełności, ponowić próbę, świat wszak w swoich górnych pułapach jest tylko dla wytrwałych. W końcu rdzawa, niosąca tony całe stal, zmiażdży szlachetny kruszec. Widok tego plastra, pewnie dwukrotnie większego od jego naturalnej postaci, a owszem – jest imponujący i zabawny, dla dziecka. Kolej to przemijanie. Dziecko, dzierżąc w dłoni zmiażdżoną monetę, podniesie głowę, patrząc. W przód, dokąd odjechał zrealizowany miażdżyciel. W tył, skąd może nadjedzie przyszły. Wiadomo jaki odjechał. Jak przyjedzie? Może Orient Express, z zamożną pasażerią, teleportowaną jakby ze stronic Agaty Christie. Może wypchany podpitymi górnikami, zdążającymi na szychtę? Kolej to niespodzianka. Niespodzianką była i dla pewnego pana, z początku ubiegłego wieku. Wsiadł do wagonu w Warszawie. Polakiem był starej daty, kulturalnym. Zagadnął więc do siedzącego naprzeciw współpasażera:

- Dokąd pan szanowny jedzie?

- Do Bydgoszczy.

- Niech pan szanowny popatrzy, jakim wspaniałym wynalazkiem jest kolei. Ja jadę do Krakowa, czyli w przeciwnym niby kierunku, a siedzimy w tym samym wagonie.



czwartek, 13 grudnia 2012

Mrozy siekły dosyć wcześnie. Mimo nich podjechaliśmy na chwilę na spacer, jak i psa wypuścić, by sobie pobiegał. Konkretnie do Zimnika, czyli doliny pod Skrzycznem, u końca wsi Lipowej jakby.  Często tam bywamy i spacerujemy. Droga asfaltowa ciągnie się wiele kilometrów, lekko pod górkę. Zima, mimo wzmiankowanego już mrozu, całkiem ładna była. Słońce oczywiście, dla nas nocnych Marków, prawie zachodzące, a dookoła pełno śniegu. Od dawna się zastanawialiśmy, jak pies, było nie było jednak „second hand”, zareaguje na śnieg? Odkąd się biały dywan pojawił, psiak biega w dwójnasób i wącha podobnie.

W Zimniku go oczywiście spuściliśmy ze smyczy. Tak, wiemy że nie wolno. Obiecałem sobie jednak, że będę go  w lesie spuszczał z postronka dotąd, dokąd mijać, mnie będą w lasach motory i ruady. Tak więc na spaniel ledwie się ze smyczy wyrwał, już oczywiście pognał do przodu. Zerkał jak zwykle co chwilę w tył, czy idziemy. My natomiast zagadaliśmy się z jakimiś narciarzami biegowymi. W końcu państwo powiedzieli nam „do widzenia” i pobiegli. A my psa przed oczami ni z prawej ni z lewej. Długo nawoływaliśmy, bez skutku. Po sporych kwadransach i moim powrocie, odnalazłem go biegającego w pobliżu samochodu. Przypuszczamy że wspiął się na skarpę, znalazł ścieżkę i pomyślał, że jest dobra. A ta wyrzuciła go sporo w tył. Bystrzak jest z tego zwierzątka, więc potem już się nie oddalał bardziej niż na 50 metrów. Co nas najbardziej fascynowało? Używając dawnego powiedzenia – nie brał jeńców. Biegając w kółko, pakował się w największe zaspy, czy największe chaszcze.  Żadnej łatwizny widać nie uznaje. Zobaczyliśmy samochody jadące tam, gdzie teoretycznie jest zakaz wjazdu. Miłym nam więc był widok naszego spaniela biegającego samopas tuż pod domem myśliwego, przez jego pole właściwie. W drodze powrotnej powtórnie zdębieliśmy. Pies siedział na środku drogi i cos skubał. Zastanawiałem się, skąd on też wziął taką dużą kość. Strach właściwie człowieka wówczas opętuje, czy to aby nie czyjaś ręka na ten przykład. Okazało się, że aż ręka to nie była, ale łapa. Jego łapa. Przystanął i żebami wyrywał grudki lodu, jakie nagromadziły mu się na „podeszwach”. 



środa, 28 listopada 2012

Tak, nie miałem wątpliwości, jaki szczyt obrać na pierwszą wyprawę z psem. Oczywiście Romankę. Moja, od prawie zawsze, faworytna góra. Uważam ją za wyjątkowo urokliwą. Majestatyczna, wysoka, zalesiona. Sam czubek cechuje się już sporym posmakiem wysokogórskości. Kamienisty, skarłowaciałe choinki. Zawsze piękne widoki, zawsze konkretny wiatr. Nie bez znaczenia był dla mnie też fakt, że to góra blisko traktów komunikacyjnych, z dużą ilością szlaków – całkiem zresztą długich, co pozwalało stosowa różne warianty.

Teraz wybierałem się na te trasy z lekką trwogą na karku, jak to będzie. Z tej przyczyny, że z Romanką wiąże mi się wiele wspomnień z czasów dobrych, ale i tych nie najlepszych. Cóż? Typem depresyjnym i melancholijnym się jest. Często tam właziłem by się sprawdzić, by pobyć samemu ze swoim układem nerwowym. Ten szczyt, te zbocza, były dla mnie metaforą dla wielu procesów, kanwą wielu opowieści i opowiadań.

Ze spanielem Pikselem ruszyliśmy niebieskim szlakiem, z Bystrej. Dla mnie od zawsze ulubiony. W nienajwiększej odległości od Bielska, długi 4-5godz., ustronny. Przynajmniej do „Słowianki” nigdy tam nie spotkałem człowieka. Psa chyba też nie. Chociaż? Raz chyba jakiś szkrab zawołał mi „dzień dobry” wierzchołka dzikiej czereśni. Nadal pięknie, nadal ten szlak jest dziki, ale już nie aż tak, jak kiedyś. Piksel chętnie maczał się w potoku. Uregulowanym, z betonowymi brzegami. To już nie te obijane głazy. Dzielnie wspinaliśmy się lesistą drogą. Przy prześwitach między drzewami widać było łysiejące zbocza z lewej strony.

Trochę się bałem o psa i jego wytrzymałość. Jako urodzony „niuchacz” biegał wokoło mnie, lasem, praktycznie pokonując wielokrotnie dłuższy dystans niż ja. Podobno pies upodabnia się do właściciela. Ja też stałem się, przy tym podejściu, „niuchaczem”. Znalazłem w korzeniach borowika. Jestem silnym typem zbieracza, więc zaraz „złapałem trop” i również szedłem suwem żmii,  z oczami przy glebie, szukając następnych grzybów. Coś tam jeszcze znalazłem, ale z nimi jak pieniędzmi, zawsze za mało.

Wspięliśmy się na grzbiet i minęliśmy Słowiankę. Nie sprawdzałem czy to nazwa  hali, w każdym razie  tam i funkcjonuje jakiś punkt gastronomiczny. Brązowy spaniel, w jesieni – przy rudości jej górskich traw – wygląda ładnie, choć czasem jak kameleon. Podniosłem głowę i wzrok na kopułę Romanki, pod którą się znaleźliśmy, jakoś tak nagle zresztą. Kilka lat nie byłem  iw  tym czasie powszechna w Beskidach choroba niszcząca drzewa też się tutaj pojawiła. Może przewrotnie to zabrzmi, ale plusy tego są. Choinki trzeba wycinać, skutkiem czego przybywa hal. Pięknej jesieni można sycić wzrok rudością traw, czy wrzosów. Gdyby pozostał las iglasty, pory roku za bardzo nie zmieniałyby scenerii.

Wspinaliśmy się coraz stromiej po coraz bardziej łysym zboczu. Spaniel wskakiwał na głazy, dawał susy przez karcze. Ja natomiast zobaczyłem kilkadziesiąt metrów od szlaku ambonę i nie zawahałem się jej użyć jako punktu, z którego zrobię świetne panoramiczne zdjęcia. Doszliśmy zatem pod nią i wszedłem na pokład po drabince. Fotografii wykonać nie było mi dane. Piksel zgubił trop i zaczął biegać w kółko jak oszalały i wyć. W końcu mnie dostrzegł. Dla odmiany zaczął wspinać się na drabinkę i napełniać mnie poważną trwogą, że uczyni sobie poważną krzywdę. Musiałem do niego szybko zejść.

Dalsza część wspinaczki przebiegła bez większych przygód i charakterystycznych elementów. Po karczu przyszedł czas na ostatnią polanę z borowinami, potem kamienistą ścieżkę aż na szczyt. Szczyt, który okazał się niezmiennie atrakcyjny, chyba nawet jako jeszcze ciekawsze miejsce widokowe. Nadal określam go, jako swój faworytny.  Nie powiem, że kontentowaniu się nie było końca, bo czas był dosyć krótki do nadejścia ciemności. 

1 ... 66 , 67
 
zBLOGowani.pl