Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
sobota, 03 grudnia 2016

 trzcina_lux

    Obejrzałem niedawno swój kultowy film dziecińswta, lub wczesnej młodości. Nawet tak bardzo się nie zestarzał. Dało się oglądać. Muzyka, dosyć sensowne dialogi, w miarę wiarygodna akcja. Poszedłem za ciosem. Jąłem oglądać niejakie "Eldorado". Z J. Waynem i R. Mitchumem. To już nie wytrzymuje próby czasu. Między innymi przez słabiutko wyrażony zestaw przyczynowo skutkowy. Nie mogłem zrozumieć, w imię czego ci goście ganiają przez cały film wystawiając się na strzały i narażając na zabicie? Z dzisiejszego punktu widzenia mało przekonujące. Stwierdziłem, że w "Siedmiu wspaniałych", też właściwie nie było to mocną stroną. Jeden kowboj myślał, że gra idzie o wielką fortunę, jednemu wjechali na ambicje, reszta została na ciężki bój właściwie od tak sobie. Ponadto stwierdziłem, że jeśli tym westernom wierzyć, to ten dziki zachód był jednym z najdzikszych miejsc i okresów w dziejach ziemi. Facet od tak sobie wchodził do saloonu, mówił że musi pomścić przyjaciela, zabija drugiego, nie ściga go żaden wymiar sprawiedliwości, właściwie nie patrzą na niego brzydko nawet współjedzący w knajpie. Jakieś dziwne życie, pomiędzy dzikimi bandami, które kierują się dziwnymi priorytetami. Te priorytety: honor, danie słowa, człowiek prędzej rozumiał będąc młodym, niż mniej młodym.  

niedziela, 27 listopada 2016

 09.08_1

   09.09 (wtorek) - Siedliśmy sobie rano na pomoście, klasycznie rytuału kawowego dopełnić. Przyjechała rowerem jakaś dziewczyna, około 14 letnia. Zerknęła na jezioro, a potem 25 minut pstrykała sobie "selfie" z wysięgnika. Stwierdziliśmy, że to "selfie", to jakiś mega egocentryczny wynalazek. Cykaj siebie, nawet czyjejś ręki nie potrzebujesz, żeby siebie pokazać. Niby czasu promujące pewien altruizm, a tutaj takie "selfie".  

    Beata szybko zabrała wędkę i poszła łowić. Nieźle ją wciągnęło. Ja się trochę pokręciłem. Potem zostawiłem psa, wsiadłem na rower i pojechałem do Krutyni, do muzeum. Taki o to był powód. Rower mi już skrzypi od wilgoci, cały pordzewiał od tego ciągłego deszczu. Właściwie jechałem "na skrzypiąco". Do Cierzpięt, potem szlakiem turystycznym przez las. Droga mi znana. Przez mokradełka i śluzę. Włączyłem sobie odpowiednią muzykę. Tak, "Wędrówka z cieniem" okazała się bardzo odpowiednia. 

Za śluzą sobie jechałem lasem, patrzę, a tu grzyb wielkości rozczapierzonej dłoni. I to raczej prawdziwek. Nie! Chyba jestem skazany na zbieranie grzybów. Nie przewidziałem tego wprawdzie, ale cóż? Nie wziąłem plecaka. Miałem woreczek w kieszeni, to włożyłem doń grzyba i z dziwną przyjemnością pojechałem dalej przez las. W Krutyni było znów masę ludzi. Może pogoda akurat pod takie sprawy jest? Nie zwiedzałem, bo i co? Udałem się prosto do Muzeum Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Najpierw wszedłem do siedziby parku. Między innymi było tam schronisko dla rannych bocianów. Była też pewna mapka. Plan lotów bocianów. Wynikało z niej, że te z Polski, to latają nawet do RPA. 12 tys. kilometrów. Uchodźcy. Samoloty teraz, to z międzylotem muszą.

09.08_2

09.08_3

Muzeum też całkiem ładne o ciekawe. W kilku izbach wyeksponowano leśne ptactwo, zwierzęta, głazy, łby, trochę roślin, zdjęcia. Miło, można polecić. Było tam wypchane ptactwo, więc mogłem trochę porównać. Te gadziny, co nam obsrywają pomost, to nury na pewno nie były. Odmiana kaczek, albo perkozów. 

    Do Krutyni od nas, szlakiem, rzeczywiście było 11 kilometrów. "Ptyś" miał rację. Co do dystansu oczywiście. Tak się zastanawiam, jak to rzeczywiście jest z tą aktywnością? Niby wielu się nią chwali, ale tak czasem coś zrobić, to nie za bardzo. Wszelkie moje starty od ponad roku były w warunkach, które nie pozwalały mi nabrać zdania. Maraton w Krakowie, półmaratony na Słowacji czy w Czechach. Tam ludzie trochę inaczej reagują na modę. W czerwcu wystartowałem w biegu na 10 km. Przy swojej, słynącej z wysokości, samoocenie, myślałem że dostanę baty od aktywnego społeczeństwa, zwłaszcza że dystans nie jest mój, a taki, gdzie właściwie każdy może wystartować. Tymczasem miejsce zająłem całkiem godne i ogólnie robiłem tam za profesora. Jedna ciekawa rzecz była, o której nie miałem okazji do tej pory napisać. Bieg w Pszczynie i meta była w parku pszczyńskim. Gdzieś tam z głębi biegliśmy do mety i widać było, że właśnie bad pakiem na burzę się zbiera. Śmiałem się, bo była taka słynna scena z - rewelacyjnego zresztą - filmu "Magnat". Wesele się odbywało właśnie w parku pszczyńskim, przed pałacem. Przyszła burza, a książę pozamykał wejścia do pałacu. Jak wbiegałem na metę, spadł rzęsisty, burzowy, czerwcowy deszcz. Wszyscy się schowali w takiej salce.

    Po zwiedzeniu Muzeum Mazurskiego Parku Narodowego popatrzyłem na różne mapki i foldery. Przypomniałem sobie po9 latach, że przecież za naszym jeziorem jest śluza, a potem bardzo urokliwe Jezioro Krutyńskie. Jak się płynie rzeką, to wygląda prawie jak Gardyńskie. Z trzciną, ptactwem. Prawie rzeka. Skojarzyłem, że jest przy nim parking i dużo kajaków tam wodują. Chciałem wracać przez Zgon, ale najpierw tam zobaczę.Droga przez Zgon jest o wiele dłuższa. I tak, jadąc rowerem, patrzyłem w niebo. A tak, patrząc, zadałem sobie samemu dosyć filozoficzne pytanie, mianowicie: "po ch.. mi jechać dłuższa drogą?". A zadałem sobie to pytanie nie tylko dlatego, że z natury jestem wątpiący i dociekliwy, że wiem że nic nie wiem. Zapytałem się siebie patrząc się w niebo, w jego granat - albo właściwie czerń i ponurość. Po co mi przez tą ponurość jechać drogą, którą już bardzo dobrze znam. Pojadę przez Cierzpięty, tam niechybnie znajdę jakiegoś grzyba, skoro już tacham woreczek. No i szybciej będę na pomoście, skąd się medytacyjnie można patrzeć w spławik, co pewnie Beata teraz czyni. Dotarło do mnie, że pewnie dlatego tak się tutaj dobrze czujemy. W odróżnieniu od reszty społeczeństwa i wbrew indoktrynacji reklam, wolimy refleksyjnie i medytacyjnie, niż aktywnie i dynamicznie. Stąd pytanie i zdziwienie wielu, że tak długo tu potrafimy być? A czemu niby nie? Choć fakt, że w Krużewnikach jeszcze nie byliśmy. Jezioro Krutyńskie okazało się może i ładne, ale z pozycji wody. Z drogi, nie wyglądało specjalnie. Niewiele było widać, poszerzona rzeka.

09.08_4

Pojechałem dalej. Po drodze jeszcze zobaczyłem kilka pomniejszych jeziorek, po prawej stronie głównej drogi. Ale grzybów już nie znalazłem, choć widziałem pana, który miał sporo czegoś w reklamówce. 

    Beata nadal dzielnie łowiła. Miała już tego sporo w siatce, ale wiadomo, że głównie płotki. Zjedliśmy obiad i deser, jeszcze z borówkami.

09.08_6

    W międzyczasie obiadu poszedłem do sąsiada na mecz. Polacy grali z Niemcami - mistrzami Europy z tego roku - w piłkę ręczną na olimpiadzie. Pierwszy mecz przerżnęli z Brazylią. Po stronie Niemieckiej grały klasyczne ichnie nazwiska. Strobl, Wolf. W polskiej drużynie między innymi niejaki Szyba. Komentator wołał, że Wolf wpadł na Szybę. Obie drużyny grały w koszulkach o nazwie Kempa. Sąsiad się śmiał, że Kempa drukuje tylko koszulki. Polacy przegrali ostatecznie dosyć wysoko, mimo że chwilami remisowali. Coś mi się wydaje, że w tym sporcie istnieliśmy kiedyś. Wenta stworzył drużynę z jednego konkretnego pokolenia i stąd były sukcesy, a nie jakiejś systemowości. A my wciąż tkwimy w przekonaniu, że musimy być wielcy w szczypiorniaku. A szkoda, bo od olimpiady w Barcelonie, 24 lata temu, medalu w sportach drużynowych nie zdobyliśmy.

    Trzeba było jeszcze pod wieczór psa wyprowadzić. Przynajmniej według mnie. Wyszliśmy, Na szczęście miałem woreczek, bo na pierwszych metrach zobaczyłem kurki. Zacząłem zbierać. Patrzę, a pies podwinięty ogon i zdyla. Już go nie dogonię, więc spokojnie zbierałem dalej. Usłyszałem jakieś grzmoty. Pewnie o to Pikselowi poszło. Wróciłem po godzinie, z pełnym workiem "żółtków".

09.08_5

    Wieczorem trafiłem w necie na rozmowę z Antonim Dudkiem, z IPN. Komentował biografię Jarosława Kaczyńskiego, który oczywiście 25 lat temu coś tam przewidział, zrobił to a śmo, i dzisiaj jest jak jest. raczej uznaję, że światem rządzi przypadek. Nie wierzę w to, albo wręcz mnie śmieszy, że ktoś coś przewidział wtedy, mimo że potem przez czysty przypadek wrócił do polityki i na szczyty, a co to było PC, to już mało kto kojarzy.

    Wszyscy straszą, załamaniem pogody. Ciekawe z jakiej na jaką?

 

    10.08 (środa) - Załamanie pogody rzeczywiście przyszło. W postaci takiej, że lało od rana, praktycznie przez cały dzień. Tak tu jeszcze nie było. Niby temperaturowo w miarę, ale i tak ubrałem sweter norweski. 

10.08_1

10.08_2

    Beata się bawiła w ulepszanie glampingu. Zdjęliśmy jedną z komnat i zrobili jakby pokój gościnny.

10.08_3

10.08_4

10.08_6

10.09_3

Późnym popołudniem poszliśmy z psem do lasu. Znów kurki i borowiki. Ech, te nasze wątroby. Beata na rybach. Po kilkadziesiąt ich łowi dziennie. Potem do octu i do słoików. Tak, ech te nasze wątroby. No i nasz pojazd. Pakowny jest ale jednak nie z gumy, a tyle tych ryb, grzybów,borówek przybędzie. Beata się śmieje, że powinienem na dach bagażnik z leski zrobić.

    Mogłoby przestać padać, bo wymyśliłem koncepcję na aktywny ostatni tydzień albo dwa. Skoro okolicę mam już rowerem zjeżdżoną, to włożę go do auta i podjadę bardziej do Piszu, albo Szczytna.

    Psu wprawdzie teraz przypadł cały hol do mieszkania, ale po dżdżystym dniu jest tak wilgotno, że chyba go dam na noc do samochodu. W końcu takie stworzenie jest bliżej ziemi i bardziej mokrości odczuwa. A ja się nastawiam, że może mi się jutro uda wstać o 6, bo ma być ładnie, i może by się w końcu udało obejrzeć wschód słońca, skoro jesteśmy na zachodnim brzegu.

10.08.5

 

sobota, 26 listopada 2016

    smog

    Atmosfera w ostatnich dniach jest, jaka jest. Kilka spraw mnie bardzo ubawiło. Przekazywane sobie dane pomiarowe, co do których zastanawiam się, kto cokolwiek z tych danych wie. W uroczym i urokliwym Żywcu, notabene lider to jest całej sprawy, aparatura pomiarowa umieszczona jest na kominie. Tak, pod latarnią najciemniej, teoretycznie sprawy nie da się obronić. Z kolei w Suchej Beskidzkiej podobno usunięto aparaturę, w ten sposób radząc sobie z tematem. Podobała mi się kwestia językowa. Katowicki WIOŚ odradzał pobyt na powietrzu. Mimo wolne skojarzenie było, że "świeżym". Ale nie. Wybrnęli. Napisali - "wolnym". Do tego sprytnie wzięte w cudzysłów. "Wolne" od czego. Zastanawiam się też, jakie są podstawy, by zakładać, że kiedyś było lepiej? Aut było mniej, ale gorsze, domów mniej ale piece gorsze. Może odwrotność sytuacji w Suchej?

wtorek, 22 listopada 2016

  Bob_Dylan__Azkena_Rock_Festival_2010_1

     Na kilka tygodni przed sławnym i zwycięskim remisem Legii Warszawa z Realem Madryt na własnym boisku i bez własnych kibiców, Bob Dylan znany autor rockowy - otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Jak każdy wybór, tak i ten, spotkał się z krytyką. Że taki rock to zbyt niskich lotów twórczość, jak na ten zaszczyt. Zimmerman nieco potwierdził, że z takich obszarów się wywodzi,po kilku tygodniach stwierdzając, że "Nobla" odbierze, jeśli "da radę". Nie wiem, czy dziś ktoś jeszcze słucha Boba Dylana. Był chyba z tym problem nawet w latach, kiedy istniała nawet jakaś tam moda na legendy rockandrolla. Dziś jej nie ma. Nawet wtedy, smutas z wokalem kozy był ciężkostrawny. Nikt przy zdrowych zmysłach natomiast nie negował jego prześwietnego wpływu na tą muzykę i twórczość innych. Prosiłoby się o polski cytat: "my wszyscy z niego". Nikt przy zdrowych zmysłach nie przeczył, że Dylan był i może jeszcze jest prześwietnym autorem. Tekstów, muzyki. Wielu godnych muzyków, a to solo, a to w zespołach, robiło przysłowiową furorę, odtwarzając jego utwory. Wielu przy zdrowych zmysłach trzeźwo twierdziło, że piosenki Dylana są rewelacyjne, ale w innych wykonaniach. Nieskromnie i z pełnym uznaniem dla swoich zmysłów przyznam, że też tak twierdziłem i twierdzę nadal, "Nobel" niczego tutaj nie zmienia.

    Po kilku tygodniach i w bliskim sąsiedztwie słynnego i zwycięskiego remisu Legii Warszawa z Realem Madryt na własnym boisku przypomniał mi się temat Dylana. Wpadła mianowicie w ucho, po latach płyta z utworami Jacka Kaczmarskiego, w wykonaniu zespołu "Strachy na lachy". Napadło mnie skojarzenie, że Kaczmarski, to taki Bob Dylan znad Wisły. Wiem, pewnie nie ja jeden tak kojarzyłem. O ironio, Kaczmarski śpiewał nawet piosenkę Amerykanina, parodiując jego kozi zaśpiew. Teraz zestawiłem to jednak nie tylko z uwago na wielkość autorów i ich styl. Głównie przez związek, taki, że dla mnie Kaczmarski to również autor nieprzeciętny i niepodrabialny, jednak - właśnie - autor. Jego piosenki znacznie bardziej mi się podobają w wykonaniach innych muzyków, niż samego Jacka K. Jak dla mnie, jego wokal był dosyć nijaki i bez emocji, gra na gitarze podobnie. Oczywistością jest, że w słynnym trio, to wokal Gintrowskiego nadawał piosenką zęba. Ale późniejsze wykonania, czy to właśnie "Strachów....", czy jakiegoś "Habakuka" też mnie bardziej ruszały. Zaiste historia, jak z Dylanem. Nie znam Boba D. zbyt dobrze, tłumaczeń jego tekstów. Ciekawe, czy też takie doły, jak u Jacka K. Teksty Kaczmarskiego, to bez dwóch zdań mistrzostwo kompozycji i erudycji. I to w jakiej masie? Facet, wcale niespecjalnie długo żyjący niestety, napisał tego prawie jak Kraszewski, nieprawdopodobne ilości. Piosenek, a jeszcze wiersze, a powieści, a sztuki. Wszystko to miało jednak wspólną cechę. Strasznie przygnębiające. Na co by nie patrzeć. Śpiewak zawsze jest sam, cień wlecze go. Obojętnie jak się życie toczy i jaka epoka, "Nasza klasa" zawsze do wycia do księżyca nakłania. Teraz ponownie zawiesiłem się na piosence "Kazimierz Wierzyński". Fantastyczny styl. Frazy: "przedświat dziecięcy",  "zaświat to przecież kresy naszych marzeń, rajów utraconych w dzieciństwie rubieże". Ale też przez frazy te, jak i inne, typu: "w ostatnim skoku w nieskończoną dal", doły jak nigdy, albo jak zawsze u Kaczmarskiego. Na listopad jak znalazł.

 

sobota, 19 listopada 2016

 07.08_1

    07.08 (niedziela) - Deszcz i jeszcze raz deszcz. Chociaż nie, nie tylko .Była chwila na zjedzenie śniadania na polu. Skutkiem takiego zasiedzenia, zachciało mi się biegać. Wszak w perspektywie zawody, półmaraton w Terchovej, Mała Fatra. Fakntycznie zasiedzenie. Beata się śmieje, że nam się zaczęło nudzić, włożyła czapkę wełnianą, ja jąłem szukać beretu. Galmping artystów. Temat artystów się z potoków, obłoków nie wziął. Wziął się z pewnej rozmowy. Jakiś czas temu mianowicie, jednemu z chłopaczków, z szarańczy sąsiedzkiej, dałem łuk, jaki Marek zostawił. Powiedziałem, że pożyczam, ale ma strzelać. Po jakimś czasie zapytałem, czy strzela? On na to, że nie bo nie ma strzał i żebym mu strzały zrobił.Ja na to, że nie. On, żebym mu zrobił. Ja na to że nie, bo cięty nań byłem. Mówię, że dziadek mu zrobi, albo tata, jak przyjedzie na łikend. Ten zaś, żebym zrobił, bo jego tata nie umie. Ja na to, że tata na pewno umie(uprzedzając napiszę, że wzięty prawnik), bo każdy tata z zasady i definicji swojej umie wszystko. On na to, że jego tata zrobić takiej strzały nie umie, bo jego tata nie jest ARTYSTĄ. Spojrzałem na Beatę, Beata na mnie, spojrzeliśmy oboje na psa, pies ziewnął i się przeciągnął pod stołem. Bezsłownie wyciągnęliśmy oboje wniosek z tych słów małego, że uchodzimy tutaj za artystów. Spojrzałem na Beatę w związku z tym i znów, Beata na mnie, oboje na psa, ten już spał. Momentalnie mi się przypomniał fragment z felietonu J. Pilcha. Gdzie opisywał, jak to będąc młodzianem, spotkał w pociągu Jerzego Turowicza, naczelnego "Tygodnika Powszechnego". I w myślach prawie krzyczał do niego, że chce publikować w jego piśmie, bo: czyta, bo ojciec, bo lubi, bo to, bo tamto. I cytat dosłowny z Pilcha: "Problem był tylko jeden. W tamtych czach nie miałem kompletnie nic do powiedzenia". Poczułem to samo. Nie wiem, może powinienem mówić tylko za siebie, o braku czegoś do powiedzenia, w sensie artystycznym. Nie wiem jak pies? Ale Beata, to jej. Literalnie, każdy kto zna Beatę, wie, że ma do powiedzenia naprawdę niemało. W sensie artystycznym tym bardziej. Całę jej życie i każda kolejna klatka, to artyzm. Artyzm performerski i hepenerski. Beata całą sobą, jak brat Madzi z "Czterdziestolatka" pieniądze, na pniu tworzy sztukę. Jak Piotr Skrzynecki czy Franz Fiszer którzy całym swoim życiem i każdą jego klatką tworzyli hepenerską sztukę. Jej cechą jest niestety to, że bardzo ulotna, jak ulotne były dzieła Skrzyneckiego, czy Fiszera. Chociaż, z drugiej strony, po innych dziedzinach i nas co zostanie? Tony pendrivów, które powódź zaleje i nima, albo gigabity pamięci internetowej, skasowanej przez putinowskich trolli. Marność, i zatracenie, do meritum trzeba wróci.   

    Poranek nie najfajniejszy. Konieczna była kawa pomowstowa, bo tam najcieplej. Trzeba by było pojechać po spożywkę, wszystko się pokończyło. Uznaliśmy jednak, że to za bardzo rozbija dzień. Wieczorem. Ja pójdę sobie na mecz siatkówki mężczyzn na olimpiadzie, Beata pojedzie do marketu. Cóż? Sąsiedztwo zobowiązuje. Teraz mi się przypomniało, odnośnie zakupów. Od początku zostawiamy rachunki z marketu, określając jako "dzieje grzechu".   

07.08_2

    "Król górki" wyjechał. Rzucił nam jakimś: "do widzenia" na pożegnanie. Wsiadając do auta zrobił jeszcze dwa machy i ot tak sobie majtnął niedopałka w trawę. "Królowi górki" wolno. I ze względów higienicznych, i "pepoż". Został ogienek więc do pilnowania, prawie kurde olimpijski. Można było podbiec i dopalić. "Pojara" po "Królu górki". Fajnie byłoby widzieć, jak na pierzu odjeżdża, pchany przez zazdrosne o niego kobiety. Odjechali jeszcze jedni sąsiedzi i zostaliśmy prawie sami. Cisza, spokój i nadchodzący syndrom ostatniego tygodnia. Nie. W naszym przypadku syndrom ostatnich dwóch tygodni. Pustkę zaraz wypełniła natura. Chyba jakieś zwierzęta podeszły, bo pies warczał. Wieczorem jeszcze przyjechał jakiś pan, co tutaj 30 lat temu bywał na wakacjach, zobaczyć jak zarosło. A potem, na dolnej łące, pojawił się camper.  Dużo ich w tym roku.

 

    08.08 (poniedziałek) - Okazuje się, że campery tutaj trafiają przez jakąś mapę i nawigację, bo łąka została oznaczona przez nich w bazie, jako - jakby to napisać - taką spoko. 

    Syndrom ostatnich tygodni. Od razu dylemat. Po co na wycieczkę rowerową, skoro chce się patrzeć w toń i w niebo? Trwanie ma w sobie coś hipnotycznego. Zieleń i woda też to mają. Wczoraj się zastanawiałem, jaki sens mają wczasy czy wakacje gdzieś, gdzie nie ma kilometrów lasu, jeziora, małej ilości ludzi? Jaki sens ma w ogóle życie w takim miejscu? A galerie? Beata do mias... wsi pojechała. Kupić sobie wędkę. Wróciła stwierdzając, że jest stracona dla aktywnych wczasów i poszła wędkować. Artyści tak mają. Wróciła wieczorem, targając 10 ryb w siatce. To właśnie jest sztuka. 

08.08_2

08.08_3

    Ja poszedłem biegać z psem, po lesie. Z początku szło bardzo opornie. Nie chciało mi się. Potem jednak skręciłem w jakąś boczną, leśną drożynę, gdzie do tej pory nie byliśmy. Psa to ewidentnie podjarało. Zaczął pędzić, skakać nad powalonymi balami. Mnie z kolei podnieciło jego podkręcenie i zaczęło nam iść dużo lepiej. Zrozumiałem, pewnie nie pierwszy raz w życiu, dlaczego kolarz Majka musiał na olimpiadzie przegrać z goniącą go grupą. Właśnie, grupą. Nasz pęd przez las robił się strasznie fajny. Do tego jakaś adekwatna muzyczka. Bardzo, bo akurat włączyły się Pustki:

    Nieznane leśne drogi wyrastały nam jak spod ziemi. Wpadaliśmy w jakąś, potem nagle skręcali, robili jakąś pętelkę. Bardzo jestem ciekawy zapisu gps z tego biegu. Po jakimś czasie doznałem iluminacji, co mi się już chyba lata nie zdarzyło. Spowodowanego dotlenieniem poczucia odrealnienia i wszechmocy. Po 7 kilometrach? Kiedyś było po 20. Nikt nie młodnieje. W którymś momencie pies zapolował i potem gonił ze zwieszonym jęzorem. Ja właściwie też zapolowałem. Zobaczyłem dużego grzyba. Kozaka. Olałem. W przenośni. No to za chwilę zobaczyłem jeszcze większego. Wielkości rozczapierzonej dłoni. Tego już wziąłem. Potem biegłem z dupnym grzybem w ręce. W drodze powrotnej odbiliśmy Beatę z pomostu. W nocy przyszła silna burza. Słyszałem grzmoty o 3 rano.

08.08._4

     (kolejność dziobania)

 

 

czwartek, 17 listopada 2016

arena_szczurw

    Ze względu na treść, ta książka mogłaby równie dobrze mieć tytuł "Masakra". Wówczas znacznie prościej byłoby sparafrazować znany felieton Antoniego Słonimskiego z przedstawienia teatralnego, brzmiący dosłownie:

"Straszna noc"

Rzeczywiście.

 

 

środa, 16 listopada 2016

 fool1476189_960_720

     Pamiętamy różnego rodzaju quizy, czy konkursy audiotele, z pytaniami typu: "czy kot, który siedzi za mną jest kotem?". Polsat, godzina 19, wszystko jasne. Niestety ten typ oceny Polaków i ich tężyzny intelektualnej pnie się coraz wyżej. Pół roku temu, w portalu niezalezna.pl, praktycznie mocno prawicowym - nie wiem jaka jest teoria, wiem że nazwa o której nie można powiedzieć "nomen omen" - napisali: "wielki sukces programu 500+, już XXXXX rodzin złożyło wnioski". Aha! Wnioskiem z tego z kolei, że sukces należy uznać, iż ziomki nasze umieją czytać i pisać, wypełnić ankietę. Myślałem, że gorzej już nie będzie. Tymczasem tvp kultura, którą ogólnie cenię, dziś obchodziła rocznicę urodzin Henryka Sienkiewicza. Sam już, ten fakt, świadczy o zniżaniu lotów i mrugnięciu w stronę władzy. A jakie pytania były ambitne w związanym z tym konkursie!? Trzeba było napisać, jaką powieść lektorka czyta. W pierwszym zdaniu padało: Butrym i Kmicic. No przecież, bez "gugla" ani rusz. Eh, chuligani literaccy i tanie dranie.

niedziela, 13 listopada 2016

 Tytuowa

    05.08 (piątek) - Wyszedłem dzisiaj z szafy. Nie wiem. Zobaczymy. Może to dobrze? Trochę już bowiem byłem zmęczony życiem w ukryciu, dosyć już miałem udawania, czułem się jak nie ja. Rzecz mianowicie pewnym moim upodobaniu. Nie wiem, czy dewiacja? Mianowicie lubię się przespać. Lubię się przespać w nocy. Lubię się przespać w nocy.... w koszuli nocnej. Męskiej, męskiej, niestety. Ale jakoś tak się krępowałem, bo dookoła wiadomo - dresy decathloony, flanele, te sprawy. Strzykałem się, szczypałem, starałem się nie objawiać społeczeństwu w tym czymś. Nawet miałem przygotowaną na wierzchu zawsze jakąś bluzę, czy spodnie, żeby założyć jak przyjdzie mi wczesnym ranem gdzieś wyjść. Miałem dosyć życia w tej sztuczności i dzisiaj najpierw wyszedłem w niej rano, a potem wypraną powiesiłem na sznurach. No i fajnie, tylko okazało się chwilę później, że sąsiedzi od dawna wiedzieli i się śmiali. Śmiali nie ze szlafgajera, tylko z tego, jak się z tym czaję.

05.08.21

    Dobrze się spało dzięki nowej odsłonie glampingu. Nowe stare łóżka polowe do nowej starej komnaty. Lubię spać na polówce. Bardzo mnie bawił sprzęt nocny. Pomiędzy komnatami zawiesiliśmy "taśmę życia". Więc Beata wkłada łapkę na muchy i komary w tą tuleję rolki srajtaśmowej. 

    Około 6 rano oczywiście zaczął padać deszcz, ale potem już obudziło nas piękne słońce. Polecieliśmy na kawę pomostową. Beata się śmiała, że można wpaść w matnię kawy pomostowej. Oczekiwanie na nią, picie, analiza życia, oczekiwanie na następną.... Wszystko byłoby świetnie, gdyby te jakieś "nury" nie obsrywały pomostu ciągle. 

    Żeby dobrze skorzystać z pięknej pogody, najpierw zrobiliśmy konkretną "rumunię" i powywieszaliśmy na sznury, co się dało, bo od dawna był problem z przesuszeniem. W związku z szalonym upałem - 27 stopni to nie byle co - poszliśmy się taplać w wodzie. Pies nawet się wodował na jednym z łóżek polowych, które wzięliśmy do przeprania. Poza tym Beata poszerzyła zeszłoroczne "źródełko za 4 euro". 

  zrdeko

    Przymierzaliśmy się do budowy tratwy z dwóch suszek i desek ze starej łódki. Taki, katamaran. Okazało się, że to jednak nie jest takie proste, to wszystko za ciężkie, za nie takie. Dla picu się spławiłem po zatoce. Potem zobaczyłem ciekawego ślimaka na jednej z bali. Śmiałem się, że to drugi mój największy wyczyn tego glampingu, obok obejrzenia finału Euro 2016. Zwodowanie ślimaka. 

05.08_1

    Trochę byłem przerażony rano. Wielka połać wody przy naszym, mniejszym pomoście zajęta była jakimiś białymi piórami. Scykałem się, że to "nasza" biała czapla, a właściwie to po "naszej" białej czapli. Na szczęście widywałem ją chwilę później, płynąc przez zatoczkę i leżąc na hamaku "dolnego pokładu". Piękna jest. 

    Niedaleko nas rozbili się małym namiotem dosyć młodzi ludzie, znajomi lub rodzina pana Piotra. Beata umówiła się z nimi na bule, na popołudnie, czy na pod wieczór. Rzecz jednak w czym innym. To ludzie zdeklarowani jako lubiący aktywność fizyczną. Czyli nic dzisiaj oryginalnego. Koleś nawet ma koszulkę i worek z jakiegoś warszawskiego maratonu. Ale jak Beata im powiedziała, że do Krutyni jest 11 kilometrów i całkiem ładny szlak, stwierdzili, że za daleko. A można biegiem, można spacerowo. Taka ciekawostka. Ludzie lubią aktywność, ale ona musi być zapieczętowana, ugadżetowiona, licencjonowana. Ubaw za to miałem, widząc jak ci ludzie wracają z wyprawy łódką. Dziewczyna wiosłowała, a chłopak siedział z tyłu i podpierał się. Śmialiśmy się, że podtrzymuje rodzinne tradycje. Zerknąłem potem na jego koszulkę. To z biegu na 10 km.

    Miałem w planie się ogolić. Co zresztą i zacząłem robić. Glamping nie niweczy regularności tej czynności, ale jednak czasem człowiek się zapuści. Chwilę później przyszedł sąsiad podzielić się wieścią. Radio Olsztyn ogłaszało jakąś nawałnicę w naszym rejonie, po południu i wieczorem, więc sąsiad powiedział, żebyśmy się ogarnęli. No to się ogarniałem, zaczynając się golić. Jak się goliłem, to i trochę przeląkłem. Coś podejrzanie bzyczało. Jak stado szerszeni. Za chwilę znowu. Beata na to, że piła mechaniczna. Gdzie tam piła? Dźwięk wyraźnie się przybliżający i oddalający. Wypatrywałem, bo owadów, według "Pani domu", należy się bać. Palnąłem się w głowę, że brzmi to za bardzo blisko a i dźwięk się czy to za szybko, czy to zbyt nagle przybliża i oddala. W końcu zabrzmiał bardzo blisko. W zatoczce, tuż nad wodą. Jakby jakaś motolotnia, albo coś takiego. Patrzę, kurde, a tam dron lata. Nie może być. Zastanawiałem się, czy z łąki, czy pomostu? Podobno puszczał go tata Antoniego, co byli w zeszły łikend i znów przyjechali. Żadna motolotnia, Antoni wzywa do broni.

    Sąsiedzi, co lubią aktywny tryb życia, jednak o 19 przyszli zaprosić i poprosić nas o bule. Podobno dziewczyna widziała to w Hiszpanii i zapaliła się do tematu. Była zafascynowana i godzinami mogła się wgapiać w grę. Napiszę tak. Chciało się grać, w sensie stricte, samej gry. Natomiast towarzystwo do niej nam się trafiło, że zabić to mało. Tutaj, na tej łące, z kimś bardziej niefajnym jeszcze nie graliśmy. Dziewczyna jak dziewczyna, ale koleś niezbyt miły, złośliwy wręcz. Że metroseksualny to pal licho, ale niczym nas nie kupił. Czegoś tam nie rozumiał w przepisach, kłócił się z nami o to, naigrywał się. Przyszedł grać w tej koszulce z półmaratonu. Żeby nie być przelicytowanym, założyłem taką ma ramiączkach, z maratonu w Czadcy. Sprzed 7 lat, ale trwała i firmowa. Wiem, Czadca to nie Warszawa, ale cóż? Przyglądam się, a to kolo ma bluzkę z biegu na 10 km. Nie widzę, żeby chłop maraton przebiegł, skoro tutaj po każdym prawie rzucie kulą biegł do jeziora przemyć dłonie. Przepraszam, szedł. Biegnąc mógł się zapocić. Mógł też przetrzeć dłonie szmatką, zwykle tak się to robi przy grze. Ale nie robił tego, bo pewnie musiałby użyć naszej, trochę śmiganej, szmatki, a to zapewne niehigieniczne. Nie widzę go na maratonie zatem, bo tam -nawet przy najlepszej dyspozycji i "sprzęcie" - jest trochę potu i brudu. W niejedno błoto się wdepnie, niejednym izotonikiem się człowiek poleje. Na pierwszym maratonie, jaki biegłem, to się bardzo uśmiałem z podobnej sceny. Biegło nas wtedy 500 osób, nie 5 tysięcy. Plastikowy szalet był, na końcowym etapie trasy. Dziewczyna mówiła do chłopaka, żeby wszedł się załatwić, a ten że nie, bo tam śmierdzi. W chwili, gdy dookoła właśnie wszyscy już kleili się od potu i błota, ze zmęczenia miało się już bardzo okrojone zmysły. Dzisiejszy gracz przypomniał nam pewną obserwację sprzed trochę mniej, niż roku. Na temat gniazdowników i zniewieściałych, młodych mężczyzn. Graliśmy w kulki w żywieckim parku tuż przed koncertem finałowym Męskiego Grania. Przechadzało się obok nas wiele par, przybyłych na imprezę. Dzień był upalny. Naprawdę częsty był widok snujących się jak przysłowiowy smród po gaciach, dwudziestoklilkullenich chłopaków w japonkach, a za nimi tachające ich bambetle, siłaczki, dziewczyny. Nasz "Ptyś" - jak go Beata nazwała - był podobnym typem. Chyba nie było przypadku w tym, że ona wiosłowała na łodzi. 

05.08.3

    Wpadł w meczu 13 punkt i rzeczywiście przyszło załamanie pogody. Zaczęło mocno wiać i grzmieć. Widać było, że nawałnice są blisko. Wiało, błyskało się , majtało drzewami. Poszliśmy nad jezioro, popatrzeć co się dzieje. Spanikowane ptaki zlatywały z góry, z drzew, jak na Hitchcocku, czy "ET". A może to te kormorany już odstrzeliwują, wtapiając się w huk wybuchu. Długo nie wiało, ani nie błyskało się. Za to jak zaczęło padać, to kurna na długo.

 

    06.08 (sobota) - Sąsiedzi, wraz z "Ptysiem", pojechali dziś do Mrągowa. Nie wszyscy. Pani Jola została, żeby myć gary. Przyjechali po kilku godzinach. Wyszli z auta, z naręczami browarów w woreczkach i poszli je chłodzić. Beata ich przydybała przy "źródełku", jak dziewczyna pomagała "Ptysiowi" wyjść na pomost. Powiedziała im, że tak się nie robi. Koleś na to, że są nowoczesną parą, dziewczyna - że on dobrze gotuje. No i potem patrzyliśmy wiele czasu na tatrum, jak to 3 kobiet - z wiatrakami w tyłkach - myjąc garnki, robiąc koreczki itp. A obok 3 facetów stoi przy grillu i raz na pół godziny doleje trochę ropy. Był taki odcinek serialu Rodzinka.pl, gdzie Braciach nawijał, jak to grillowanie jest ostatnim bastionem męskość. To fakt. 

    Glampingowo Beata zrobiła "półkę" na kieliszki i lampki do wina., natomiast maszt psiego namiotu skończył jako stojak na kapelusz. 

06.08.11

06.08.21

     Trochę się uśmiałem. Czytałem w necie, że w Sopotni mają jakieś planetarium, które oferuje obserwację czystego nieba, bez wielkomiejskich świateł. A przynajmniej ja tak to rozumiem. No i w ten łikend są tam drzwi otwarte. A jeśli będzie deszczowo, to będzie można w pobliskiej szkole zobaczyć to wirtualnie. Fajnie. Jak czpisy o smaku pizzy. Przypomniał mi się własny, przyznam że dosyć złośliwy, dowcip sprzed lat. Ogłosili, że jest gdzieś w Krakowie miejsce, gdzie można oglądać panoramę miasta, a obok tego miejsca jest makieta, na której niewidomi mogą "namacać" sobie tą panoramę. Zastanawiałem się, gdzie jest miejsce, w którym głusi mogą odsłuchać hejnału. 

06.08.41

    Pan Piotr otrzymał od nas "nick" "Król górki". Parafraza "Króla Cyganów". Podobno Beata kiedyś widziała Króla Cyganów, jak jechał na wozie, przykryty pierzyną i wszyscy mu usługiwali. Widziałem już nie raz jak, znacznie więksi niż Król Górki, wędkarze sami wyciągają epoksidową łódkę z jeziora. Zjeżdżają samochodem do pomostu i sami ja sobie wyciągają na dach, czy przyczepę. Za Królem górki podążał orszak co najmniej czterech mężczyzn w sile wieku. Autem nie zjechał. Bo szkoda. Bo pewnie pożyczone. Ludzkich pleców nie szkoda. Ciągnęli na górę tą przyczepę z łódką. 

    Na popołudniowej wycieczce z psem znalazłem kilka kurek i odezwał się znów we mnie instynkt zbieracza. Pod wieczór zrobiłem zatem wielobój. Udaliśmy się "grzybobiegać", ale z mizernym skutkiem. Po powrocie usiadłem, ochłonąć. Widziałem w internecie, że nasz kolarz Majka ucieka samotnie na olimpiadzie. Sąsiedzi się wydzierali, to poszedłem zobaczyć na telewizor. Niby mi to lotto, ale udzieliły się emocje tłumu, zaczęliśmy mocno kibicować. 

     Wieczorem poszliśmy na ognisko do sąsiadów, ale - ku zdziwieniu wszystkich - przegonił nas deszcz.

sobota, 12 listopada 2016

 donaldtrump1547274__180

    Od dawna mniemam, że Polacy to nacja ludzi, wiedząca wszystko i znająca się na wszystkim. Może wszyscy tak mają, nie tylko Polacy. Od niemniej dawna żarliwie związany jestem z sokratejskim "wiem, że nic nie wiem", co lubię przekształcać w sformułowanie - "im ktoś mnie wie, tym ma więcej do powiedzenia". 

    Dzisiaj zasiadłem przed telewizorem, taki przymus meteorologiczny. Trafiłem na wiele programów publicystycznych, czy jakichś "tokszołów", nie wiem jak się obecnie je określa. Większość z nich nawet obejrzałem i wysłuchałem. Oczywiście wiodącym tematem były wybory prezydenckie w USA. Ich wynik, czy przebieg kampanii. Zafascynowała mnie jedna wspólna cecha. To mianowicie, jak dokładnie wszyscy komentujący wszystko wiedzą i o Stanach, i o wyborach. Nie tylko politolodzy, czy dyplomowani amerykaniści, wszyscy kurde. Politycy, pisarze, dziennikarze, księża, kucharze..... Z obu rękawów, w tempie prawie że równym wystrzałom z kuszy wielostrzałowej, sypali z rękawów(dobrze że mieli tylko dwa) ideami, nazwami, nazwiskami, terminami specjalistycznymi po angielsku statystyką demografii amerykańskiej z dokładnością do trzeciego miejsca po przecinku. Mam nadzieję, że byli poinformowani o temacie rozmów i się przygotowali. Bo inaczej można by popaść w niemałe kompleksy. Zastanawiam się tylko, po co te kilobity informacji? Skoro przeciętny Amerykanin nie bardzo wie gdzie leży Europa? Skoro Donald Trump nie ma nijakiego doświadczenia politycznego w curriculum vitae, więc trudno stwierdzić jak zachowa się w zupełnie nowej sytuacji? Skoro przez tychże samych ekspertów uznawany jest za prezydenta, który po elekcji będzie postępował zupełnie inaczej niż mówił?

    Na rodzimym politycznym podwórku dostrzegłem dwa ciekawe paradoksy. Rzecznik Praw Obywatelskich, w pewnym skrócie pisząc, został posądzony o to, że występuje przeciwko władzy. Wydawało mi się, że po to on jest. To jak zarzucanie adwokatowi, że nie jest zgodny z prokuratorem. Albo jak kot Schroedingera, co żyje i nie żyje. Z kolei prezydent Andrzej Duda zachciał, żeby w przyszłym roku Polacy na 11 listopada szli w jednym marszu i żeby nie było podziałów. Zapamiętałem z dawnych lat frazę, że prezydent RP ma być "ponad podziałami". Andrzej Duda, po półtorej roku rządzenia odkrywczo uznał, że może jednak zrobiłby coś, do czego został powołany. 

piątek, 11 listopada 2016

blog19

    Pięknie, zaprawdę piękny wynik. Gra? Że, cholera, tyle meczów trzeba było, żeby  w końcu zagrać drugą połowę na nie mniejszej koncentracji niż pierwszą i żeby w tej drugiej połowie nie stracić zaliczki z pierwszej?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
zBLOGowani.pl