Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
niedziela, 21 stycznia 2018

1114
Płynęliśmy sobie kajakiem po Krutyni, i nagle jakiś dziwny dźwięk. Huk właściwie, ni to motor, ni to samochód, ni pociąg, fabryka też nie. Zza pobliskiego zakrętu wyłonił się łabędź, lecąc na nas, w ramach akcji ochronnej swego potomstwa, które też za chwilę wypłynęło zza winkla. Znaliśmy już to zachowanie i wiedzieli, że nie ma co panikować, ale trzeba przyznać, że przeżycie nie pierwsze lepsze i typowe dla kajaka.

136
Kajak fajna rzecz, ale trzeba go było oddać w końcu. Popłynęliśmy z psem przez jezioro i Krutynią w dół. Zgodnie na początku, dopuszczalnie po środku, w końcówce Piksel już tracił cierpliwość. Tuż przed Krutynią wyskoczył z łodzi i musiałem za nim ganiać po lesie. Oddaliśmy kajak w As-Tourze. Miło, jak zawsze. Nic się nie czepiali i nie wnikali, co się ze sprzeętem działo przez ten czas. Dla ilu ślimaków był domem i ile dziur spenetrował? Wracaliśmy sobie biegiem. Trochę przez rezerwat. Przyjemnie było.

323Jeszcze po tamtej stronie jeziora zszedłem na chwilę z drogi za potrzebą i znalazłem mega grzyba. Według moich doświadczeń i zasłyszanych informacji, najwięcej grzybów znajduje się będąc za potrzebą.

424Z czymś takim, w wielu punktach, wiąże się moja opowieść rodzinna. Jak to ojciec był raz w życiu na Mazurach. Wracali z delegacji. Stanęli przy drodze, żeby wyjść na siku. Okazała się, że 2 metry kd drogi rośnie las grzybów. Podobno wcześniej kupili jakieś duże sprzętu, to wzięli kartony po nich i te kartony w godzinę zapełnili. Tacy goście. A człowiek z czasów, kiedy koszyk jest szokiem. Za to teraz skręciłem na siku i zaczyna się. Taki duży. Wyszło, zmierzam w kierunku rodzinnej legendy. Nazbierałem w końcu w prawdzie woreczek wprawdzie tylko nazbierałem, ale cóż? Legendzie się nie dorówna.

rodziceNie jedyny to przykład zbierania, zwłaszcza wtedy.... Nie pochodzę z rodziny grzybiarzy i pierwszy raz na typowym grzybobraniu byłem końcem podstawówki. Grzybobraniu z nazwy i planów, bo zebrać „gie” zebraliśmy. A byliśmy ze specjalistą, kolegą siostry. Jedyny plonem tamtego dnia były 3 grzybki, które znalazłem ja, szukając miejsca na siku. Mniej więcej w tych samych minutach wydarzyła się inna ciekawa historia. Kolega siostry stracił cierpliwość i wiarę we własną intuicję. Asfaltem, przez Rycerkę Kolonię przejeżdżał właśnie wóz drabiniasty z woźnicą. Przez drogę pośrodku doliny, dookoła której góry, lasy i jeszcze raz góry, lasy. Jechał majestatycznie ten wóz, kolega zdesperowany wyszedł trochę w jego stronę i rzucił głośno pytanie:

- Witajcie gospodarzu.
Podniósł kapelusz.
- Powiedzcie, gdzie grzybów szukacie?
Gospodarz na to podniósł palce lewej dłoni (w prawej trzymał lejcie) skierował palec wskazujący na wysokości głowy w stronę jakiejś góry po lewej, po czym przesunął tym placem tak, że w powietrzu tak, że nakreślił koło, opasując nim całą dolinę. Po czym w milczeniu, prawie majestatycznie, odjechał.

grzybyPrzez media przewija się, widzę, temat tych reparacji wojennych od Niemców. Fajnie. Wiadomo, że kilka bilionów by się przytuliło, ale wydaje się to tematem, po którym nie ma już nic. Milczenie albo wojna. Poza tym co będzie, jak nam to już wypłacą? Jak to podzielić, na co przeznaczyć, jak straty oszacować? A co będzie, jak potem do nas Czesi przyjdą z tekstem, że skoro dostalim kaskę od Niemców, to może by im oddać za straty związane z Zaolziem w 1938?

Ładne warunki astronomiczne, czy astrologiczne się nam zrobiły. Księżyc w jakiejś półpełni.

810Jako, że wakacje, to nakupiłem trochę browarów. Piw, nie budynków. Po zsumowaniu wielu elementów z kategorii ekonomia i psychologia, pasło na Leżajsk. Takie, pić można, a wiele w tym piciu i czytaniu etykiety, z podróży sentymentalnej. W Bieszczadach się zawsze Leżajski piło. Do tego kawał jeszcze wcześniejszego sentymentu. Zapamiętana piosenka, z jednego ze słynnych Rock Opoli. Z czasów, kiedy nawet gówniany kwałek o niczym, przez pryzmat czasów obecnych uznawany jest za szczyt ideowości (zapiski czynione były w sierpniu, nanoszone na twrady dysk w styczniu. W międzyczasie, w listopadzie 2017, wokalista kapeli Wańka Wstańka i Ludojady - Bufet - głowny głos piosenki - zmarł po długie chorobie).

">

 

sobota, 20 stycznia 2018

miech

Pojawił się mianowicie w jakiejś grupie na facebooku mem, ilustrujący to, jakoby Polska do Unii Europejskiej dopłacała. Na nim jakieś hasła, jakieś liczby, jakieś wypunktowania. Z nich wynikało, że rzeczywiście dopłacamy. W komentarzu pod nim ktoś zapytał wystawcę posta, jakie jest źródło takiej informacji. Ten drugi, zdziwiony, opisał coś w stylu:

- No przecież pisze na dole - "Jeb z dzidy".

Mem posiadał logo strony, czy profilu o takiej nazwie. Rzetelne dziennikarstwo, takie prima sort.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

WOP_WGFoto: Beskidy News WOŚP Węgierska Górka.

Chce się tutaj zacytować tekst z dawnego, wcale nie specjalnie dobrego kabaretu: „Polska to być bardzo dziwny kraj”. Zbiera się tysiące lub miliony ludzi, bo chce. W dobrej atmosferze składa miliony złotych, bo chce. Od lat jest uprzedzana „przez życzliwych” o tym, że może to być przekręt, pomimo że od lat niczego nie udowodniono, nie zaistniały nawet przesłanki. Nawet gdyby był to przekręt, miliony ludzi chce dać – nawet na samego Owsiaka, czemu im tego bronić? I czemu zakładać, że miliony się mylą? Od lat miliony się przy tym cieszą. I od lat życzliwi z wielką konsekwencją krytykują. Fascynujące.
To pisałem ja, „Jarząbek”, który na Owsiaka nie daje, nie przepadam też za nim, jako osobą. Ale skoro coś, robi, niemało ludzi w tym uczestniczy, czemu krytykować, tylko dla tego, że z mojej autopsji i negatywnego podejścia do życia, a zwłaszcza bliźnich wynika, że facet na pewno coś podpierdolił. Nie szaleję za nim osobiście i niespecjalnie uczestniczę, ale uważam, że to jedyna instytucja czy podmiot w III RP, która swoją opinię i sytuację buduje tylko na pozytywnym przekazie. Facet nie mówi: dajcie bo – rząd jest zły , sejm jest zły i nie daje, PiS jest zły, PO jest złe i przez to nie ma, bo kościół jest zły.... Mówi mniej więcej: przyjdź i daj komuś, zrób to dla siebie. I nie poucza wszystkich dookoła, co moralne, a co nie.
Skąd się ta krytyka bierze? Specyficzna odmiana polskiej szkoły zazdrości. Długi czas jedynym jawnie i jaskrawo pozytywnym elementem III RP był właśnie WOŚP. Tak więc przeciwnicy III RP, typu Ziemkiewicz i kilku innych, uderzyli w WOŚP, a więc pośrednio w kraj, którego nie lubili. I tak poleciało.

niedziela, 14 stycznia 2018


Kosa_tyt1
Foto: youtube.com

    Jakoś tak nagle się pojawił. Nikt się go nie spodziewał w siermiężności najpóźniejszego PRL – u. Ciekawego dizajnu, oryginalny, do tego dobry, Roman Kosecki, chyba jeszcze jako nastolatek. Długowłosy, trochę hipisowaty, oryginał. Był jakby z innej bajki. Do tego grał w piłkę jak nie Polak. Ciekawie, widać było że dobry technicznie. Nawet wygadany. Nawet bardzo wygadany, jak na polskiego piłkarza. Do tamtej pory prym wiodły greepsy Jojki czy innego Wijasa ze Śląska:
- Nooo. Żem bale zobaczył, to żem za nią polecioł, ja?

76849923

Foto: legia.com.pl
    Kosecki miał w sobie coś z przestrzeni pomiędzy trenerem, a poetą. Grał na gitarze na pogrzebie Kazimierza Deyny. Pomocni,, czasem napastnik. Szybko wyjechał z kraju. Potem oczywiście długie lata grał w reprezentacji. Podczas tych występów, a owszem, cały czas unosiła się nad nim jakaś magia. Ale żeby pozostał w głowie jakiś mecz, w którym piękny Roman przechyla szalę gry na korzyść Polski, to nie. A było tak z Kowalczykiem, Błaszyczkowskim czy Lewandowskim. Zresztą w ogóle w tych meczach kadry on mi wyglądał na piłkarza grającego zajebiście efektownie, ale kompletnie nie efektywnie. I takie też wrażenie pozostało mi na lata. Kiwał się i zwodził wszystkich, otoczony kordonem rywali. Walczył dzielnie o piłkę. Nawet bardzo dzielnie. W efekcie wywalczał aut na naszej połowie. Kiedyś podzieliłem się tą obserwacją z kolegą. Ten powiedział, że w meczu Polska – Anglia na Stadionie Śląskim w 1993, jednym z niewielu który zremisowaliśmy, „Kosa” jako jedyny nie dał sobie odebrać piłki. Dobrze, a jaki był wynik meczu? No, 0:0. No właśnie.
   "Wesoły Romek" grywał w różnych klubach. Zwiedził szmat Europy. Kluby te słynęły z tego, że wszystkie zdobywały mistrzostwo swojego kraju. Ale wszystkie wtedy, jak Kosecki je właśnie opuścił. Co oczywiście może być typowo polską optyką złośliwości i narzekania, a Roman często i tak figurował w zestawieniu piłkarzy, którzy ten tytuł zdobyli.
Karierę reprezentacyjną zakończył również spektakularnie. Było to w słynnym i jednym z najgorszych meczów naszej kadry w historii, czyli ze Słowacją w Bratysławie w 1995. Przegraliśmy 1:4. Roman Kosecki, zmieniany, schodził z boiska i ściągnął koszulkę. Nie wiem teraz czemu, ale wtedy mówiło się, że to ostentacyjna pogarda dla barw narodowych. Dostał za to czerwoną kartkę, wyleciał z boiska szybciej niż schodził, my już totalna porażka. Teraz popatrzyłem się na filmik z zajścia. Owszem, ściągnął ale nie ciepał. Jak już był za linią, koszulkę pocałował i położył na murawie, a sam opuścił stadion.
Teraz popatrzyłem ponownie na ten temat i lekkie przerażenie mnie ogarnęło. „Kosa” występował w kadrze zaledwie 9 lat (a zaczął jako b. młoda osoba) i skończył jako 29-latek. Wydawało się to wtedy epoką i wiekami. Bo było w czasach, kiedy dla człowieka każdy rok był epoką i wiekami. A dla porównania, Błaszczykowski już teraz ma 12 lat i gdzie tam do końca?
Oczywiście potem „Kosa” zniknął na dziesięciolecia. Wiadomo było, że ma jakąś kasę, jakąś szkółkę piłkarską. Potem bywał we władzach PZPN i we władzach Polski, czyli posłował do sejmu i posłuje do dziś.
W 2013 roku jego syn grał w reprezentacji. Wystąpił, on z kolei, w jednym z najgorszych meczów kadry tej dekady, z Ukrainą 1:3. Jakkolwiek trudno Jakuba Koseckiego za ten wynik winić, w pamięci i internecie pozostało zdjęcie, jak to on niczym Rejtan zatrzymuje przeciwników, spodenki mu zjeżdżają z tyłka i leży z gołą dupą.

Legia_sport_pl

Foto: legia.sport.pl
Końcem ubiegłego roku Roma Kosecki przysłużył się światu, oddając podpisaną przez siebie piłkę na aukcję w portalu www.beskidy.news , poszła za fajną kasę.

„Każda gra była o coś” Roman Kosecki dla www.legia.com.pl

Ostatnio głosował najpierw za przyjęciem tej ustawy liberalizującej prawo łowieckie, a potem, wiadomo co. Ta liberalizująca aborcję.
Każdy kiedyś był młody, oryginalny, z przepaską na głowie. Ale Olo Doba jest tylko jeden.

 Alekdander_Doba

poniedziałek, 01 stycznia 2018

youtube1Foto: youtube.com

 Mam wrażenie, że w tym roku było mniej petard. Precyzyjniej, to w samego sylwestra waliło jak zawsze albo i bardziej, natomiast nie było tak strzelanek przed samym tym wieczorem. Nie było natomiast tyle huku co zawsze, w dniach poprzedzających.
Osobiście mam na ten temat konkretną opinię. Myślę, że słuchać, oglądać i puszczać petardy lub sztuczne ognie można raz, można dwa, no ewentualnie trzy. Ale więcej, to już nuda. Ileż można to obserwować, zwłaszcza na prowincji. Powinny więc być puszczane petardy po 5 latach i dwa lata pod rząd. Na przykład. Wiadomo, że tradycja jest, takim hukiem wypędzania starorocznych demonów, ale cóż? Nie tylko. O petardach też mam konkretne zdanie, bo w mieście w którym mieszkam kiedyś przez lata władze oferowały cotygodniowe pokazy niedzielne przy okazji różnych imprez. No i w nocy z niedzieli na poniedziałek niebo rozrywał huk i światło. Nie wiem czy tak jest jeszcze, bo zwykle wyjeżdżam na całe lato.
Wczoraj los sprawił, że niewiele po północy znalazłem się wśród budynków, samochodów i ludzi puszczających petardy. Nie myślałem wcześniej, że o godz. 00.07 w nowy rok można mieć już za sobą niewątpliwie jedno z większych przeżyć poznawczych danego roku. Dodam jeszcze że kiedyś, na łobuzerskich sylwestrach, puszczało się petardy, idąc tam, gdzie nie ma ludzi./ Po jednej stronie grupka około 4 osób stała. Jakaś dziewczyna lub pani mierzyła do kolesia z pistoleciku, w którym
na szczęście lub niestety nie było petardki. Z innej strony znalazł się jakiś pan z około 10 letnim chłopcem. Dzieciak odpalał takie petardki małe, rzucając je byle gdzie i byle jak. Czasem pierdolło 20 metrów dalej, czasem prawie jemu pod nogami. Ubaw po same pachy, tata wtórował. Najlepsze było, że za mną stała grupka około 8 osób. Ktoś z nich puszczał petardy takie co rozbłyskiwały i leciały tak jak balon, którego się nadmucha bez zawiązywania, puszcza i on wtedy leci zupełnie nieprzewidywalnie, czasem w kilka stron naraz. Puścili którąś taką z kolei i zgasła tuż obok jakiejś innej grupki ludzi. Wcześniejsza dosyć długi leciał w moją stronę. Napiszę teraz w stylu rzeczniczki rządu Beaty Mazurek. Rozumiałbym, gdyby.... Uważam, że akurat wtedy Beata Mazurek została niesłusznie zgrillowana przez dziennikarzy sprzyjających opozycji. Powiedziała że rozumie postawę narodowców, czyli skąd się ona bierze i co znaczy, a nie że popiera. Takoż więc i ja rozumiałbym, gdyby te petardy obok mnie, co leciały raz na ludzi raz na okno, puszczały jakieś 17 – letnie ziomy i łobuzy. Bo to taki wiek, taki ich charakter i tyle. A tam raz w, raz w ludzi puszczali dojrzali faceci i jakaś dziewczynka. Najlepsze było to, że kilkanaście metrów dalej był otwarty plac a` la boisko, gdzie mogli wszyscy pójść i spokojnie sobie strzelać. Poszedłem z powrotem. Oczywiście nie zrobiłem awantury tym, którzy pozornie mi zagrozili. Po pierwsze dlatego, że de facto nic się nie stało. Po wtóre dlatego, że posiadam instynkt samozachowawczy, a ich było wielokrotnie więcej i nie wiadomo jakimi środkami zdopingowani. No i wreszcie, po kolejne, jestem tolerancyjny. Uważam, że każdy może żyć tak, jak chce, a nawet i umrzeć jak i kiedy chce. Jeśli ktoś chce mieć oderwaną rękę lub lewitować nad obłożonym smogiem miastem, to niech mu oderwie rękę lub niech lewituje.
Wracałem jednak mocno zmieszany poziomem otaczającego nas świata. Przypomniała mi się pewna historyjka, przekazywana przez kolegę siostry, z czasów podstawówki. Otóż mieliśmy w tej szkole pracownię zajęć praktycznych w takich półpiwnicach, tak że okna klasy były prawie na równi z chodnikiem na zewnątrz. W związku z tym w oknach, po ich zewnętrznej stronie, były kraty. W jakieś dłużej trwającej chwili bez nauczyciela wstał koleś, znany klasowy łobuz i tuman. Odwrócił krzesło, wyrwał nogę z niego, podszedł do okna i jął długo oraz wielokrotnie napierdalać tą nogą od krzesła w kratę. Podsumowanie przypominającego ten epizod siostry kolegi brzmiało: „Wtedy postanowiłem, że pójdę do liceum.”

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50
zBLOGowani.pl