Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
niedziela, 25 września 2016

blog16

    Usłyszałem w ostatnich dniach pewne zdanie pani Beaty Mazurek. To rzecznik prasowy PiS(bo ona chyba nie jest rzeczniczką?). Ta ,między innymi od sędziów - zespołu kolesi, czy żeby matki jednodzietne bez 500+ postarały się o więcej potomstwa dla kasy. Charakter tego stanowiska wyżłobiły we mnie lata 90 i późniejsze. Czyli przekonanie, że rzecznik prasowy jakiejś instytucji lub projektu może niekoniecznie mówi prawdę, ale mówi ładnie i przysparza swojej jednostce zwolenników. Tymczasem owa pani Mazurek cofa mnie w podejściu do tego stanowiska do późnopeerelowskiego: "władza się zawsze wyżywi". Ostatnio posłanka odniosła się do marszu KOD, w którym to chyba były jakieś hasła o niedzieleniu Polaków. Pani Mazurek oczywiście stwierdziła, że to bujda, po prostu "pięknie się różnimy". W związku z tym pozwalam sobie poniżej wkleić przykład na piękne różnienie się Polaków, czyli moją próbę polemiki z kimś, gdzieś w internecie. Rzecz się działa na portalu niezdeklarowanym oficjalnie, ale nieoficjalnie znanym z proprawicowości. Zaznaczę jednak, że traktuję to jednak jako cechę "ogólnopolską", przypuszczam że jakiś prawicowiec zacytować mógłby podobną historię ze swojej strony:

Ja: Bardzo mnie bawi jak portal o znamiennej nazwie "niezależna" prezentuje wizerunki osób, których nie lubi i poglądów nie podziela, czyli tych którzy nie są za PiSem. Zawsze tacy powykrzywiani, pryszczaci, przyłapani w jakichś dziwnych ujęciach. Nie ma jak obiektywizm mediów znad Wisły.

Nie ja: Pysk dopasowany do charakteru. Ot i cała "tajemnica". Facio zawsze wpycha się na "krzywy ryj" i widać tak mu zostało.

Ja: Oldynski po to zostało dane takie a nie inne zdjęcie, żeby u czytelników wywołać lub ułatwić takie właśnie reakcje. A my, jak te barany, za tymi mediami....

Nie ja: ja i bez tego zdjęcia kojarzę go jako najgorszego rodzaju POpapraną szuję. Tak więc nawet gdyby był cały w fiolkach to mi byłbym tylko karykaturą człowieka honoru. Ot, zwykły POparaniec.

Ja: ja pisałem o tym portalu, a nie całym świecie do okoła i jego historii. Poza tym, to że ktoś jest jeszcze gorszy, nie jest wytłumaczeniem dla nieladnych zachowań

Noie ja: Michał, masz bardzo wybiórcze "poczucie nieładności". W swoim oku nie widzisz belki a w oku innego człowieka zobaczysz nawet to czego nie ma. Dziwny z Ciebie człowieczek.

Ja: a jaka ja mam niby belkę w oku? Nie jestem ani autorem tego tekstu czy zdjęcia, ani jemu przeciwnych? Jak się nie ma nic do powiedzenia, pogardliwie "człowieczek" lepiej sobie darować.

Nie ja: Michał, nie widzisz "belki" w "oczach" mediów pokroju "wybiórczej" mmmiiicchhhnnika ( opozycja korytowa ) a czepiasz się innych. Popatrz na swoich "prowodyrów" ( twórców " przemysłu pogardy" ) i wtedy komentuj zachowania innych osób. Nie jesteś z kosmosu, twoi współplemieńcy są wzorem i twórcami "przemysłu pogardy". Tak więc daruj sobie człowieczku oceny innych osób. Nie masz do tego moralnego prawa. Trzymaj się swojego mmmiiiicchhhnniikka ( sprzedawczyka i niewolnika sorosa )
A zdjęcie krzywego pyska bardzo pasuje do charakteru "fachowca" od zamachów. Nie ma się czego czepiać. Jaki charakter człowieczka taki "portret".

Ja: przede wszystkim nie widzę związku. gdyby uzasadnienie szło Ci tak samo dobrze, jak wyrażanie pogardy dla respondenta, ta wymiana byłaby w dalszym punkcie. Wnioskuję z tego, że ponieważ istnieje gw i Michnika, nie można nic powiedzieć o jego przeciwnikach. Nie mogę krytykować niezależna.lpl bo jest michnik, do którego pewien Eugeniusz, nie wiedząc o mnie nic, mnie przyczepił, że by jego świat był prostszy i nie trzeba było myśleć nad eariantami pośrednimi Zaawansowane intelektualnie i moralnie . Dobrej nicy

Nie ja: Michał, jeżeli ktoś jest wyznawcą w sekcie wybiórczej, oraz współplemieńcem korytowego opozycjonisty, antypolaka mmmiiicchhhniikka to nie ma moralnego prawa krytykować innych samemu będąc zakłamanym człowiekiem oraz przedstaeicielem twórców przemysłu pogardy.

 

Żeby jakoś jednak wesoło zakończyć, zacytuję wypowiedź też z internetowego forum. Czyjaś reakcja na dymisję Misiewicza:

"Bez niego Rosja ma nas na widelcu"

sobota, 24 września 2016

 0

    (11.07 - poniedziałek) - Miał być pierwszy, i chyba jeden, dzień "bardziejszej" pogody. Świadomi, wiedzący, przygotowani, zrobiliśmy zaraz "rumunię" z wszelkiej pościeli. Wypłukaliśmy też pranie i powiesili. Tyle, że za chwilę przyszła burza i wszystko zmoczyła. Pościel jednak schowana i mokra, pranie jeszcze bardziej mokre i wypłukane inaczej. Do bardziej wysublimowanych obszarów języka sięgając, to powiedzieć trzeba, do dupy obie sprawy. I nagle zrobiło się popołudnie prawie. Przypomniał mi się jakiś post z wiadomego portalu społecznościowego. Autor pisał mniej więcej, że: "podziwia tych wszystkich, którzy o 6 rano wsadzają fotę z biegania, potem z robienia wymyślnych dań na obiad, z placu zabaw dla dzieci, z nasiadówy ze znajomymi, wsadzą dwa zdania relacji z filmu w kinie, a w międzyczasie jeszcze są w pracy. Tymczasem on/ona(autor wpisu) wypije ranną kawę i już jest cholera wieczór. Za ciekawostkę uznaliśmy, jak człowiek jednak szybko wpada w rytm jego otoczenia. Jesteśmy tutaj dwa tygodnie i żyjemy już prawie tylko tym, czym nakaże żyć tutejsza okolica. Czy będzie deszcz, bo wtedy trzeba pewne rzeczy pochować, czy będą grzyby, czy jest opał, czy jest woda pitna..... "Fejsbuk"?

      Pies ma niestety w nosie glamping. Nie śpi tam. Za to wciąż namiętnie wycharatuje podkopy i śpi potem w dziurze, miast pod namiotem. Podkopy?! Może razem ze Spychowem chce się do Mamerek podłączyć?

    Przytachałem dwa drągi brzozy, żeby uzupełnić braki w uzębieniu "organów" i jeszcze jakieś nóżki potrzebowałem. Chyba się postarzałem, bo umordowałem się przy tym jak nie wiem. A co się musiałem nakombinować, żeby mojego szabru nie widzieli ludzie, którzy nagle i nie wiadomo skąd się wzięli,to tylko ja wiem. Prawie jak na amerykańskich głupawych komediach. Jakbym ciągnął za sobą klacz z Janowa Podlaskiego. Dzień dobry panu leśniczemu,drąg w krzaki, dla zmyłki w lewo i powrót.

    Beata dzisiaj stwierdziła, że właściwie to my nie jesteśmy w lesie, tylko nad jeziorem. Tak oto, po latach, nastąpiła redefinicja naszych wakacji.

 

    (12.06 - wtorek) - Jakiś deszcz w ciągu dnia stał się tutaj regułą. Lało całe przedpopołudnie. Potem pojechałem po spożywkę rowerem do Piecek. W drodze powrotnej wdepnąłem w las z konieczności - wyższej choć nie dziejowej - i znalazłem kilka ładnych kozaków. Pod wieczór udaliśmy się jeszcze z Pikselem zobaczyć, czy są jeszcze borówki. Są. Nie wiem, czy mega dużo, ale w sensie dojrzałości, to są właśnie teraz. Obiecałem sobie nazajutrz nazbierać więcej, choć pewnie pogoda temat uwali. Ma być deszcz cięgiem, cały dzień. Dorobiłem ostatnie dwa brakujące szczeble do organów. Przepełzujący ślimak się śmiał, patrząc na kalendarz.  

17

Aż żal było przyniesionej, pięknej brzózki. Beata się śmiała, żebym jeszcze uklepał półki na książki. Glamping pełną gębą, ale w namiocie szkoda miejsca, a na zewnątrz trzeba by przykryć. 

    W nocy, przy lampce akompaniamencie deszczy walącego w płachtę, skończyłem czytać "Gniew" Miłoszewskiego. Nadal nie rozumiem popularności tej książki - o ile w ogóle w polskich realiach, w odniesieniu do książek można używać zwrotu "popularność". Popularności "Bezcennego" też nie rozumiałem. Był dla mnie książką, którą da się przeczytać, ale bez euforii. Może ludzi kręci to, że facet opisuje klasę średnią i wielkomiejskie życie? 

 

    (13.07 - środa) - Rzecz jasna zaczęło się od deszczu. Poranek zatem w pieleszach, bo - jak Beata stwierdziła - dzień jest długi, na wędkowanie przyjdzie czas. Z przerażeniem patrzyliśmy na psa. Jak dziecko, które bawiło się w błocie. Degradacja totalna. Porządek generalny po powrocie. Ale to będzie kiedyś, teraz nie minęła jeszcze ćwiartka naszego pobytu. Na razie trzeba żyć chwilą, a więc - "kiedy, kurwa, przestanie padać."

    Dzisiaj jesteśmy sensu stricto bez prądu. Padła akumulator w samochodzie. W związku z tym i telefony. Sorry, są baterie w lampkach nocnych. Musimy jutro do Mrągowa pojechać, kupić nowy sprzęt.

    Przyniosłem dzisiaj kilka grzybów z porannego wyjścia z psem. Po południu jednak zebraliśmy trochę borówek, udało się.

29

35

    Poprzeglądałem sobie dzisiaj dotychczasowe zdjęcia, zanim padł telefon. Zwróciłem uwagę na swoje portrety i trochę się przeraziłem. Nie no, nie chodzi w zasadzie o twarz jako taką. Wiem przecież, że jest jak jest, że zawsze może być lepiej, czterdzieści kilka lat widuję ten widok w lustrach, nie pękają, wiem, że twarzy się nie wybiera. Przeraziło mnie, że kiedyś, patrząc na swoje zdjęcia, widziałem siebie. Teraz patrzę i wiecznie, na każdym prawie, widzę rodziców. Miny, wyrazy twarzy. Trochę nie fajnie, każdy chciałby być sobą. Jako że aspiruję do niebycia świnią lub asparagusem, zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak. Może przez to, że poprzednio w sezonach letnich raczej nosiłem długie włosy, które nadawały pewnego osobistego i indywidualnego charakteru. Może co innego? Może to, że teraz wchodzi się w wiek, w którym byli rodzice, gdy pamiętaliśmy ich miny,wyrazy twarzy? Nie znałem ich jako dwudziestolatków, kiedy może inaczej trochę wyglądali i się zachowywali. Może jeszcze co innego? Jedne pokolenia się starzeją, drugie odchodzą, zostają jakieś powidoki?

">

Przemijanie zatem? By pasowało nawet. Stuhr się wziął, co niedawno słyszałem, za kręcenie pilchowego "Spisu cudzołożnic" w którym to bohatera męczył problem przemijania, gdy sam miał 40 kilka lat. Nie,do cholery, nie! Pryszcze były, w okrutnych warunkach zgrzebnego PRL-u zresztą, zęby mleczne wypadały, czy na prawdę żaden etap nie może człowieka ominąć? Na szczęście oprócz "Gniewu" zabrałem do czytania Hrabala i chyba biografię Tolkiena.

     

   

czwartek, 22 września 2016

                             

 

    Filmu jeszcze nie widziałem, bo jestem niespiesznym kinomanem. Właściwie to w ogóle nie specjalnie namiętnym kinomanem. Słyszałem natomiast jakiś "spicz" reżysera, Antoniego Krauze. Twierdził, że chciał pokazać prawdę, bo prawda łączy, a kłamstwo nas podzieliło. Nie mam do tego reżysera jakiegoś nacechowanego, emocjonalnie czy intelektualnie, stosunku, ale to konkretne zdanie to dla mnie jest totalna bujda i bełkot. Uważam bowiem, że jeszcze nigdy żadna prawda nikogo nie połączyła. Prawda tylko dzieli. Może dlatego, że z prawdą jest jak - za przeproszeniem - z dupą, każdy ma swoją. Eksponując i wynosząc ponad inne naszą, "mojszą" prawdę (dupę), wzbudza się zazdrość u posiadaczy innych zadków i efekt jest zgoła odmienny niż połączenie. Akcentowanie prawdy bardziej "mojszej" niż "twojsza" tylko umacnia i podnosi barykadę. Powszechnie znana jest maksyma Tischnera, jak to jest "tyz prowda, świento prowda i gówno prowda". Ale mnie bardziej w tym kontekście pasuje inne zdanie Tischnera, pojawiło się na końcu filmu "Anioł w Krakowie", dla mnie ważna maksyma:

"Nie szukaj prawdy ino kolegów". 

 

    

środa, 21 września 2016

 

4_1

 

    (08.07 - piątek) Glampingowo się ostatnio nam zrobiło, prawie jak stąd do Szwecji. Primo, to musieliśmy psa z namiotu eksmitować. Dyplomatycznie przyjmijmy, że za głośno chrapał. Zrobiliśmy mu wiatkę na zewnątrz, więc ma psi glamping. Swój kwadrat, swój metr kwadratowy szczęścia. Nie tylko glampingowy, ale i - przez przypadek - dżenderowy. Bez propagacji i idei, akurat taka szmatka była wolna, żeby trochę ubarwić temat. Zadaszonko bardziej mu będzie potrzebne przed deszczem, gdyż co dzień coś pokapuje, a po słońcu czy upale z pierwszych dni pozostało tylko wspomnienie. 

16

28

      Sekundo, to lodówkę zrobiłem. W sensie dołka. Ścianki muszę jeszcze dorobić. Ciekawe jaka jest rzeczywiście temperatura, bo teoretyczną znam, z teorii właśnie. Mam nowego smartfona, może jest jakaś apka by to sprawdzić? Pewnie i tak pokaże temperaturę jakby z netu. Byłby numer przy informacji - taki a taki przysiółek, 50 metrów od jeziora, metr pod powierzchnią. Powinienem sobie zrobić selfie z browarem przy tym. Zwierz tam podejść nie powinien, bo dookoła woda - jezioro i rzeka no i pies. Dobra, może dlatego pies wylądował na polu, żeby bobry browara nie wyssały. Dopieszczałem też "organy".

34

      Po południu dopłynęła na polanę grupa spływowiczów z kajaków i canoe, taka duża, że zapowiadana przez kogoś już kilka dni wcześniej. Faktycznie spora, przynajmniej 20 łodzi. Rozbili się i zrobiło to wrażenie na mnie. Mrowie ich było. Sprzęt tak specjalistyczny, że chyba gdzieś na wyprzedaży US Navy nabywany. Pełen treking. Tak bardzo wszystko mieli, że po godzinie 17 zaczęli krążyć po okolicy z pytaniem, kto by ich odwiózł do sklepu, ponieważ skończyła się im żywność. Ja pomyślałem, że w tak awaryjnej sytuacji nie mam ochoty auta gnać wieczorem po lesie, ale możemy im odsprzedać lub nawet dać ze 3 litry mleka, ze 2 kg mąki, z 10 jajek, w tyle ludzi na pewno coś z tego wyczarują. Czary z mleka niechby to były. Mamy, mamy zapasy, wiadomo, że mamy rozmach. Beata jakoś jednak się zgodziła im zajechać. Może dobrze, skoro narzekamy tak na zamknięcie i egoizm społeczny? Tyle, że jakoś i na szczęście mieliśmy kłopot znaleźć dokumenty od samochodu. Tamci, po kwadransie naszego zwlekania postanowili, że sobie po prostu popłyną do Zgonu. No i dobrze się stało. Nazbyt mi się nie widziało, żeby Beata jechała po nocy z nieznajomymi. Nie jesteśmy zawodowymi kierowcami, nie opłaciliby nam ryzyka, oni z głodu przecież nie padną? Jak się potem, przechadzając, popatrzyłem to widziałem, iż mają tyle różnych sprzętów, że jakieś skitrane mleko w proszku na pewno również. Raczej mi to wyglądało na chimerę. Może im wódki brakło, albo soli do jarmużu? Z papierami do samochodu niezły numer wyszedł, bo znalazłem je po godzinie w miejscu, gdzie się ich kompletnie nie spodziewałem, czy przejechałem już z 700 kilometrów, nie wiedząc, gdzie mam papiery.

Grzyby już są. Wybraliśmy się na mały spacer. Jakieś są, rzeczywiście, takie z piekła rodem trochę.

 
45

    Kolejny raz mnie zaatakowała z netu informacja, że pisarz Zygmunt Miłoszewski święci jakieś międzynarodowe triumfy, bodaj na amazon.com. To świetnie. Zawsze cieszę się niepomiernie z wszelkich triumfów literatury, literatury polskiej szczególnie. Aczkolwiek osobiście nie przekonuje mnie ani ten "Gniew", ani generalnie Miłoszewski, jako autor kryminałów. Skoro autor bywa regularnie w telewizji - "Drugie śniadanie mistrzów" na TVN - okazuje się bardzo przyziemny, odarty z koniecznego dystansu, wrażenia o wszechwiedzącym cudzie, fruwającym w przestworzach. "Gniew" czytam akurat teraz, w dużej mierze dlatego, że dzieje się niedaleko, w Olsztynie. Za fajne, żeby porzucić, zbyt mało fajne, żeby zarywać noc i czytać z wielkim przejęciem. Ogólnie ów Miłoszewski ma jakąś, dla mnie przynajmniej, denerwującą manierę w stylu, która raz za czas mnie drażni. Też jakąś niekorzystną arytmię. Da się przeczytać, ale Krajewski czy Mankell to nie jest. 

    Pogodowo, to tak duże jest pragnienie upału, że przy małym dosyć natężeniu słońca udało nam się wejść do jeziora, ze sprzętem, i trochę powygłupiać:

">

    (09.07 - sobota) - Dzień zaczął się ponurym deszczem, co do którego to wydawało się, że nie opuści nas ani nawet do 17-stej.

     Psi glamping okazał się na razie kiepski. W nocy padał deszcz i brezent przepuszczał. Rano widziałem, jak krople przelatują przez brezent na legowisko. Albo zbyt dużo już szpiczastych patyków płachta przykrywała, albo w kiepskiej dzielnicy Chin zrobione. 

55

    Patrzyłem sobie rano na stronę internetową Nadleśnictwa Spychowo. Jakąś ścieżkę historyczną otworzyli, jakieś bunkry podobno tutaj są. Zaczyna się od miejsca zwanego Połom.Chyba co powiat, to Połom. Dobry powód i pretekst dla pierwszej wycieczki rowerowej, mimo że takie rzeczy mnie nie fascynują. Nie fascynują mnie bunkru i takie sprawy. W czasie względnie niedawnym byłem w jednym. Węgierska Górska, czy właściwie i konkretnie Żabnica. Obiekt trochę jak obóz koncentracyjny Auschwitz. Zobaczyć raz, ku przestrodze, i więcej nie wracać. Wiało chłodem, dramatem, trupem. Tutejszy bunkier podciągnięty jest pod obszar Mamerki, czyli Wilczy Szaniec. Podobno Mamerki efektowne, ale tego typu turystyka jak dla mnie jest niehumanitarna. Nie rozumiem w ogóle wszelkich fascynacji bronią, mundurami itp. Zwłaszcza w cywilizacji europejskiej, chrześcijańskiej, humanistycznej. Co to kurde, jest, żeby się fascynować narzędziami mordu? Pachnie psychopatią. Maksymalne też dla mnie było, co Beata wyczaiła w internecie, informację o zlocie nożofilów. Nożofile. Będą sprawdzać, czyja sztuka lepiej wchodzi w bebech ludzki, czyja sztuka szybciej podcina świni gardło? 

62

    Prorok ze mnie kiepski, przestało padać już około godziny 11. Poszedłem z psem na spacer. Spuściłem go ze smyczy w lesie. Po chwili oczywiście pies zapolował. Obok mnie przeleciała piękna łania, a długą chwilę za nią, nasz popiskujący rudy kurdupel. Na swój sposób lubię ten widok. Po chwili się jednak zmitygowałem, że szkoda sarny. Wiadomo, że Piksel jej nie dogoni, ale jednak wystraszy, zestresuje i sprowokuje do pędu, z którego wiele może wyniknąć. Klasyczna moralność Kalego być może. Nożofilów czy myśliwych zjechać, a sarnę poszczuć? Jednocześnie od zawsze uważałem, że dedukcyjna metoda niekończących się analogii nie zawsze jest trafna. 

    (10.07 - niedziela) - Achronologicznie zacznę. Mecz dzisiaj był. Finałowy Euro 2016. Oglądałem u sąsiadów. Byłem też u nich wcześniej na kilku meczach. Między innymi pierwszym półfinale. Jako że słaby był on i słaby turniej ogólnie, no to na drugi już nie poszedłem. No to dostałem od sąsiadów ochrzan, że nie wpadłem, że się pewnie obraziłem, oni się poczuli że jakiejś etykiety nie dopełnili. Na finał poszedłem do nich. Z mieszanymi odczuciami, gdyż mecz finałowy mało kiedy jest dobry. Ten przerósł najśmielsze oczekiwania. Gospodarze grali z Portugalią. Jesteśmy tutaj prawie dwa tygodnie i o 23 mogę stwierdzić, że obejrzenie finału do końca było największym moim tutaj wyczynem. Mecz był nieprawdopodobnie beznadziejny. Ale cóż? Jest się maratończykiem, długodystansowcem, widywało się grę BKS Stal Bielsko-Biała początkiem lat 80-tych, nic już nie zaskoczy. Z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że wygrała Portugalia 1:0. Ale przecież tego się, kurwa, oglądać nie dało. Wynik nawet mnie ucieszył. Z Francji lubię Marsyliankę. Z Portugalii nic, ale dobrze, że zatriumfował ktoś spoza układu. Ta właśnie Portugalia przez turniej przeszła grą pasywną. Nawet w meczu z Polską, to "Orły" prowadziły mecz. Według wiadomego komentatora, trener nowych mistrzów powiedział, że ważny jest wynik, stylu po czasie nikt nie będzie pamiętał. Otóż nie, drogi panie. O ile pierwsza część zdania się sprawdza, o tyle druga nie. 24 lata temu niespodziewanym mistrzem starego kontynentu została Dania. Niemniej od tego, do dziś pamiętam porywający styl, z jakim to zrobili. Z kolei 12 lat temu równie zaskakującym mistrzem Europy została Grecja. Nie mniej od tego, zapamiętałem paskudny styl, w jakim to uczynili. Pasywny, faulujący, symulujący. Wiadomo jednak, że tak krawiec kraje.... Gdybym miał materiał jak ów trener portugalski, zrobiłbym to samo. Materiał był faktycznie podły. Jak to fajnie mówił przed którymś meczem Juskowiak, umieją cierpieć, a potem śpiewają fado. W meczu finałowym dogrywka, to było już jakieś zupełne nieporozumienie. Niby akurat w niej padło rozstrzygnięcie, ale goście się słaniali na nogach. Portugalia grała pasywnie, ale przynajmniej był to jakiś konkret. Francja za to grała totalnie bez stylu. Cały turniej był słaby. Nie wiem. Albo ja się stałem jakiś zblazowany, albo futbol doszedł do ściany. Jak filozofia.Chyba muszą wprowadzić znów jakieś zmiany w przepisach, jaj na przykład kiedyś wycofanie podania do bramkarza. Nie trafiają do mnie też argumenty, jak to zbyt dużo meczów w sezonie jest rozgrywanych. Przecież dobrych i wartościowych piłkarzy jest dosyć, nie w każdym meczu czy turnieju musi grać Lewandowski czy Ronaldo? W przerwie kamera przejechała po trybunach. Zobaczyłem i rozpoznałem jakąś medialnie znajomą twarz. Ciepłe skojarzenie. Tak. Christoph Dugarry. Napastnik z czasów Zidane`a, z czasów kiedy w futbolu dało się zobaczyć trochę empatii. Wieli talent, ale kariera średnia, choć rzecz jasna prawie wszyscy Polacy o takiej karierze by marzyli. Napastnik, którego piłkarstwo przeorały trapiące przez cały czas kontuzje. Przez mnie zapamiętany z pewnej romantyki jednego meczu. Był Dugarry przyjacielem, boiskowym i nie tylko, Zizou, najlepszego obok Maradony piłkarza moich czasów. Otóż grali jakieś spotkanie chyba też na mistrzostwach Europy. Dugarry, jako napastnik, wchodził w trakcie meczu z ławki, po jakiejś kontuzji. Było widać, jak Zidane przebiega 3/4 boiska, aby sobie z Christophem przybić piątala. Potem, przy każdej akcji, gdy Zinedine miał przy nodze piłkę, a wiadomo iż w każdej akcji piłka przechodziła przez niego, podnosił głowę i patrzał gdzie jest Dugarry. Nie pomnę, czy Christoph strzelił w tym meczu bramkę. Pamiętam natomiast, że nie dotrwał do końca gry, bo odnowiła się mu kontuzja. Znosili go na noszach, przy których cały czas szedł Zidane. W dzisiejszym finale znoszono z murawy CR7. Paradoksalnie, może to pomogło Portugalczykom. Może pozwoliło innym wziąć ciężar gry na siebie? Doznał kontuzji już w 30 minucie. Oczywiście płakał. Zawsze płacze. Siedział, a na nosie usiadła mu ćma. Ciekawostka jeszcze jedna. Francuzi przegrali finał, jako gospodarze. 12 lat temu Portugalczycy też przegrali finał z Grekami, jako gospodarze.

    Do pewnej wcześniejszej kwestii wrócę. Że filozofia doszła do ściany, co podobno nastąpiło "po Heideggerze", to mi powiedział kilka lat temu pewien filozof, jeżdżący jako kierowca na TIRach. Potem przechadzałem się po bielskim dworcu w oczekiwaniu na pociąg. Przyglądałem się kolesiom, śmigającym na smartfonach, laskom wracającym z zakupów w galeriach, kolejarzom wracającym ze zmiany. Miałem ochotę podbiegać, szarpać za łach i pytać, ilu z nich wie, że filozofia doszła do ściany?

    Do południa byłem z psem na rowerze. Daliśmy trochę po garach. Pęd po leśnej drodze. Piksel zasuwał przy mnie jak rasowy sprinter. Dotarło do mnie, że ja chyba po prostu za wolno biegam jak dla niego, gdy joggingujemy? Dyktuję tempo zbyt wolne, przez co on się bardziej męczy, i przez co rower go bardziej podnieca? Może jednak się zestarzejemy razem?

74

    Pogodowo nie ma dramatu, ale znów w nocy coś popadało i wciąż tęsknimy za słońcem.

    Obiad w końcu mieliśmy z grilla. Podwędziłem patent od sąsiadów, którzy byli przez łikend i właśnie wyjechali. Właściwie, to podwędziłem cały mechanizm. Z podnośnikiem i grill-setem. Totalny glamping.

82

 


92

sobota, 17 września 2016

 14

    (04.07 - Poniedziałek) Jakoś nas poranna pomostowa kawa cały czas w śmiechu utrzymywała, na wspomnienie meczu, jaki sąsiedzi znowu wczoraj oglądali z Euro 2016, na tym dużym telebimie. Konkretniej to może nie tyle z meczu się śmialiśmy, co z postanowienia. Uznaliśmy, że skoro tak, to jakimś następnym razem też przywieziemy taki telebim i puścimy relację z jakiegoś finału mistrzostw świata w boules. Tak na przykład jakiś wysoki szczebel mistrzostw świata, finał Francja - Madagaskar. Totalna abstrakcja na obrzeżach powiatu mrągowskiego. Skoro i tak obrywamy za abstrakcję, to przynajmniej będziemy wiedzieć za co dokładniej:

Finał mistrzostw świata petanque Francja - Madagaskar

    Kolejny dzień szabrownika sobie dziś zorganizowaliśmy. Takie czasy, takie wczasy, wszystko sobie trzeba samemu zorganizować. Trudno, żeby inaczej. Przez dwa miesiące, jak miałby ktoś organizować, traciłoby to jakikolwiek sens i powiew wolności. Jak się nie jest kimś z rządu, jakimś Szyszką czy Misiewiczem, to i szaber trzeba sobie samemu zorganizować, partia tego za człowieka nie zrobi.

27

Wracając z Piecek skręciliśmy w inną leśną drogę, gdzie były odłożone żerdki na nogi od stołu, "klawisze na organy", no i piękny glampingowy klocuszek na siedzonko, niekoniecznie przy śniadanku, zwłaszcza że jako sówki, fetyszystami śniadanek nie jesteśmy. Oczywiście i tradycyjnie najbardziej scykany był pies. Do napadu na bank mniej on by się nadawał niż ci z "Gangu Olsena". Od jakiegoś czasu, gdy słyszę ten tytuł, to mi się przypomina, jak kilka lat temu w Żywcu napadli na sklep i okradli go z towaru. Musieli się strasznie obłowić, jako że sklep to był "Wszystko po 2 złote". 

    Po południu podjąłem się roboty ze stołem polowym. No, w sumie i glampingowe, ale takie no. Niestety nie uda się odtworzyć klimatu sprzed dwóch lat. Wówczas udało nam się - trochę "peerelowskiego" języka używając - załatwić konkretne dechy na ten stół. "Radziliśmy sobie", a co!? Teraz już o to było trudno i do dyspozycji, na blat, miałem płyty wiórowe. Wiem, to jak Jysk zamiast Ikei, ale cóż? Jest kilka szkół. Oprócz "wdupiemiejskiej", dwie główne. Że jak się nie ma co się lubi, to się zaiwania, by to mieć. I druga, że jak się nie ma co się lubi, to się zaiwania mózgiem by uzasadnić "niemanie". Otóż jak sobie, leżąc na hamaku, pomyślałem ile to na takie dechy drzew pięknych trzeba ściąć, ilu drwali musi z piłami biegać, ile ciężkich pojazdów paliwo spali w lesie i poniszczy drogi, zaraz postawiłem na Jyska. Wiem, nieglampingowe, ale darujcie twórcy pojęcia indywidualne podejście. Ciekawostki sprawie dodawał pewien fakt. Mianowicie taki, że teren naszego obozowiska ma od groma plusów i jeden minus, przez który ,mało kto się na niego łasi, trochę niutonowski, mianowicie bywa całkiem widocznie z górki. Co z kolei ma przełożenie na sprawę taką, że nogi będą niektóre dłuższe, nie które krótsze. Trzy dłuższe, jedna krótsza, czy jakoś tak? Oczywiście da się to zrobić, tylko w takiej sytuacji kwestia poziomowania jest nieco bardziej żmudna. Glampingowo nie używam poziomicy. Następują: próba wina, próba wody, próba koszonka (małej kulki do gry w bule).

33

Dziwnie sprawnie poszło, właściwie za pierwszym podejściem wszystkie próby były zaliczone. Tak dobrą passę trzeba było wykorzystać. Traf bowiem zesłał nam dwie płyty, zrobiliśmy więc dwa stoły, a co!?

43

Oprócz pochyłości, nasze warunki terenowo sprzętowe miały jeszcze jedną specyfikę, z uwagi na którą jeden stół powstał niższy, drugi wyższy. Miał odzwierciedlać stosunki w mikrospołeczności. Nie dało się okrągłego stołu, powstał jeden wyższy, drugi niższy.

54

 

61

    W nagrodę za tak szybkie i sprawne działanie pozwoliłem sobie pójść pod wieczór poharatać w gałę. Z chyba 8 letnim smarkiem z sąsiedztwa. Mieliśmy cyknąć w bule, w które mały gra całkiem dobrze. Nawet starczyło mu cierpliwości na cały mecz. Za to poszedłem z nim potem zagrać w piłkę. Chłopak podobno namiętnym kibicem i graczem. Gdzieś tam trenuje, "u najlepszego trenera w szkole i płaci tysiąc złotych". Oczywiście najważniejszą informacją z tego, było owo tysiąc złotych. Według mnie przepłacone, bo chłopakowi nie za bardzo szło. Za to mnie? Poezja istna. Aż drżałem, czy aby na pewno Beata to widzi. Na bramce się usadowiłem, bo bałem się, że atakując to bym smarka staranował. Broniłem wszystko.Mocne, sprytne, szczury, wysokie. Na kilkadziesiąt karnych puściłem jednego. Myślałem, że gorzej pójdzie z akcjami, ale nie, tez wybroniłem prawie dosłownie wszystko, aż się pokładaliśmy śmiechem z tego, jakby jakieś tajemne moce nade mną czuwały. Zawsze lubiłem stać na bramce. Nie tylko ja. Nawet była książka o Janie Pawle II, pod tytułem: "Najbardziej lubił stać na bramce". Nic dziwnego. Bramkarz to emanacja, symbol, ucieleśnienie, ikona ducha nie tylko chrześcijańskiego, ale i wręcz polskiego. Bramkarz jest figurą dramatyczną, by nie powiedzieć, że wręcz tragiczną. Postawa właściwie bierna, pasywna. Historyczny Polak. Zawsze atakowany. Zawsze miażdżony siłą złego na jednego. Otoczony wrogim żywiołem zewsząd, który chce mu poczynić krzywdę. Bramkarz, jak historyczny Polak, dwoi się i troi, broni swego obszaru przed tym żywiołem. Prawie zawsze jest wielki, prawie zawsze czyni cuda, a i tak prawie zawsze schodzi z boiska w stopniu mniejszym, czy większym pokonany. Ilekroć przypominam sobie temat bramkarza, tylekroć przypomina mi się kolega w jakimś meczy podstawówce. Meczu tyleż samo duperelnym co i niezmiernie ważnym, jak zresztą wszystkie mecze w podstawówce. Stał na bramce, choć chyba niespecjalnie lubił. Wyszedł sobie na przedpole, dosyć daleko, śmiało, można by rzec. Taki ówczesny Rene Iquita, czy inny Campos.  Ktoś to zobaczył i postanowił go przelobować. Posłał górną piłkę. Nasz bramkarz się odwrócił i biegł w stronę swojego szańca, wystawiając już ręce do przodu i patrząc się w górę, jak w niebo czy słońce, za piłką. Tak sobie biegł. Patrząc w górę nie widział przodu. Wyrżnął całym ciałem w słupek, po czym objął go rękami i zsunął się na ziemię. Wyglądało to drastycznie i dramatycznie więc zaraz podbiegliśmy z dziecinnym nieco pytaniem, czy nic mu nie jest? Ten się odwrócił, odpowiadając pytaniem na pytanie:

- Przeszła obok, co?

    "Dzielnieśmy stali, celnie rzucali", ale wiek ma swoje prawa, choć raczej karą i obowiązkami bym to nazwał. Jakoś mnie na późny wieczór i noc gorączka naszła. Z emocji i samozachwytu pewnie? Dzięki temu można było spróbować dotrzymać kroku statystykom dokończyć napoczętą pół roku wcześniej wódkę i nalewkę.

 

    (05.07 - Wtorek) - Pojechałem po południu po borówki, przez kulturalniejszą część narodu zwane chyba jagodami. Zebrałem 2 litry. Trochę na zaprawy. Resztę zjedliśmy z grysikiem, stwierdzając, że po taki grysik tutaj przyjechaliśmy. Poza tym trudny dzień. Tydzień. Kryzys tygodnia i końcówka przygotowań do obozowego życia. 

 73

    (06.07 - Środa) - Niestety następny dzień kryzysowy. Pogoda nie za bardzo. Bardziej nie za, niż bardzo. Deszcz. Może nie ciągły, ale na tyle częsty, że na nic za bardzo nie pozwala, bo wiecznie wszystko mokre. Nie po to tu przyjechaliśmy!

 

    (07.06 - Czwartek) - Wyborcza z rozwiązywaną przeze mnie od 20 lat krzyżówką - Jolką dzisiaj, ale nie chce mi się specjalnie po to do miasta jechać. Absta od takich spraw. Przednia pogoda nam się trafiła. Bardzo przednia. Na przemian deszcz i słońce. Bardzo na przemian. Koniec deszczu, słońce i parująca ziemia. Po czym nagle wiatr, czarne chmury i ulewa. 

    Beata pożyczyła od "smarków" wędkę i łowiła. Wróciła z niczym. Sąsiadom mówiła, że poszła na leszcza. Zaśmiałem się, że na leszcza wyszła. 

    W końcu. Pod wieczór trochę ustała przemienność pogody i wybraliśmy się z psem pobiegać. W stronę Zgonu. Po drodze jakąś panią mijaliśmy, która pytała, czy to droga do Zgonu. Miałem ochotę odpowiedzieć, że tak, że każda droga prowadzi do zgonu. Zbyt tęgo tego biegania nie było, bowiem baczenie też miałem na grzyby. Nawet podmrągowskie lasy zaświadczają o popularności biegania. Mieliśmy do czynienia z konkurencją w postaci dwóch facetów, nie będących parą. Biegową parą. Kiedyś miesiącami nikogo truchtającego nie mijaliśmy. Ciekawe, bo ja tutaj biegać zawsze lubiłem, ale tez przyznam, że zawsze mi tu szło ciężko. Prostki są, dla mnie psychologicznie zawsze rudne. Tym bardziej teraz, jak nie jest się u szczytu formy i raczej na krzywej bezpowrotnie już z tego szczytu opadającej. Ponadto masę czasu przed biegiem zajęło mi konfigurowanie nowego smartfona pod tą czynność. Przyzwyczaiłem się do tych sprzętów, chociaż uklnę się zawsze co nie miara na nie. Ukułem sobie nawet w tym temacie własną maksymę: każdy nowy smartfon przekonuje mnie, że poprzedni był bardzo dobry. Jak chodzi o smartfony, to w swojej postępowości jestem więc tradycjonalistą. 

81

niedziela, 11 września 2016

 1_tytuowa1

    (01.07. piątek) Taka pora roku, że w nocy strasznie głośno i długo rechoczą żaby. Prawie nad naszymi, glampingowymi uszami. Z początku pies na nie strasznie szczekał i wyrywał się. Wytłumaczyłem mu, że ani one konkurencją do jego miski, ani nie dostarczą mu właściwych emocji sportowych podczas pościgu, czy choćby tropienia. Poobserwowaliśmy też okoliczną faunę. Przede wszystkim, to przy "naszym" brzegu pływa i mieszka stado kaczek. Stara i 9 bardzo małych. Ciekawe jak bardzo urosną przez te 2 miesiące. Poczyniliśmy też pierwsze pływania wpław, w jeziorze. Pies popłynął oczywiście z nami, potem zwrócił. Stanął na 4 łapach na jakiejś mieliźnie w szuwarach, żeby nie pływać i mieć nas na oku. Wyglądał, jak gówno w trawie trochę.

    Dzisiaj mieliśmy dzień szabrownika. Z leśnej czereśni zebraliśmy owoce, na moją rękę spokojnie 6 kilogramów. Podobno ma być dżem. Co będzie, to się okaże, ale na pewno za to będzie robota.

9_1_lipca

Potem poszliśmy na spacer w stronę Mojtyn. Zobaczyć za jakimiś fajnymi nogami na stół. Znaleźliśmy kilka ładnych, ciekawych "talarków" z sosny i ładny pieniek, nawet do siedzenia. Załadowany do torby i do obozowiska. Wiem że to - eufemistycznie określając - nie jest na pełnym legalu, ale co? Tylko "wadza" może?

    Glampingowo idzie do przodu, ale ciągle mało. Instalujemy kolejne ustrojstwa konieczne do bytu, na fanaberie i gadżety przyjdzie czas niebawem. Dziś zacząłem poprawiać zeszłoroczne "organy", bo część nie "została zniknięta", można tylko dołożyć kolejną poprzeczkę i szczeble. Szczeble jeszcze nie wszystkie, bo za mało naniosłem. Połączymy je, nie tylko grawitacja. Mamy tylko jeszcze dylemat czy plastikowe "trytytki", czy bardziej glampingowy sznurek? Ponadto planuję takie ulepszenie, że miski i wiadra nie będą stać na szczeblach, tylko zostawimy specjalne luki.

10_1_lipca

    (02.06. Sobota) - Nie wiem czy się z tego cieszyć, czy nie, ale od kiedy przyjechaliśmy, ciągle jest upał. Oczywiście dobrze, choć jak się stawiało instalacje, było to takie "dobrze inaczej". Ubaw miałem wieczorem. Czołówka Beacie coś tam niespecjalnie działała, śmiałem się żeby ja naprawiła "na informatyka", czyli włączyła i wyłączyła.

    Zajumany i przytachany wczoraj pień okazał się całkiem glampingowy i przydatny nie tylko do siedzenia. Od początku bardzo go polubiliśmy. My z Beatą, Piksle pewnie raczej bywające na nim frukta.

11_22_lipca

    Niedorobiona kuchnia, stół polowy czeka na "po łikendzie", skoro upał, to i maniana. Poranna kawa pomostowa. Po niej wziąłem psa na chwilę na spacer, żeby się załatwił. Wracając usłyszałem jakieś: "Mistrzu!!!". Popatrzyłem się na Piksela. No bo w zawodach w bule bywałem nasty, w maratonach chyba najlepiej w pierwszej ćwiartce stawki. "Rudego" by można określić mistrzem w niejednym, z kompulsywną wścieklicą na czele, ale odbiegł. Skubany czuł, że jakaś wysługa albo robota się szykuje. Administrator pola machał. Nie poczuwałem się do bycia mistrzem, ale dupa jestem, to poszedłem. Prosił, żeby mu pomóc zrzucić z przyczepy towarowej nową latrynę, co przywiózł. Jako że wiele empatii we mnie, zwłaszcza jak chodzi o komfort pierwszej potrzeby, pomogłem. Czworo nas było, poszło dobrze. Rzeczywiście nówencja, chyba nie śmigana. Styl trochę "Leroy Merlin". Zwłaszcza przez lakierowane brązowe drewno, co może na sławojkę i dobry kolor, ale nówencja. Bez krzyża nad drzwiami, widocznie jeszcze można, ale za to z napisem "Czytelnia". Któryś z nas się śmiał, że książkę na spokojnie można, na dłużej. Skąd on zna takie dziwne słowa jak książka? Zaśmiałem się, że przy polskim poziomie i stylu czytelnictwa to raczej z czytnikiem e-booka. Tylko tutaj trzeba brać pod uwagę jaką się ma umowę na tego smartfona i czytnik, jakiej klasy ubezpieczenie? No bo jak wpadnie, to czy ubezpieczeniodawca zaliczy czy nie? Co potem przy kłótni powiedzieć: "gówniany macie ten sprzęt!, a pan gównianą umowę?" Wiem, że mało apetyczne, ale bardzo mi się podoba ten wątek z filmu "Przesłuchanie". Jak Janda nawijała, jak to ktoś po pijaku walnął z pocisku w sracz, wszędzie się rozprysnęły odchody i oskarżono ich o zamach na władzę. Śledczy był ponury,ta się dopytywała, czy jego to nie bawi, że wszędzie było gówno. A z czytaniem nie ma się co śmiać. Nie byłem jedynym, który uważał, że "na stronie" bardzo dobrze się czyta. Niejedno tomiszcze tam przyswoiłem. Nawet uczyć się zdarzało. Ktoś to definiował, że tam jest się najłatwiej skupić. Jacyś przedwiekowi współlokatorzy mieli ubaw, bo któryś wszedł po mnie i leżała tam książka. Śmiali się z tytułu: "Czarodziej samotności". Stwierdzili, że dobrze, iż nie była to "Samotność długodystansowca". Temat miał pewna kontynuację po południu. Przywitaliśmy się ze znanymi z lat i bywającymi tam warszawiakami. Okazało się, że to wygódka tylko dla stalaków, wręcz "longstejowców" i obok warszawiaków będzie wisiał kluczyk doń. Do krainy szczęścia i spokoju. Ubaw mieliśmy przez pół nocy, bo oni od zawsze temat tych "sławojek" strasznie przeżywają, komentuję, demonizują. Teraz mają, o czym marzyli cały rok. Drzwi super przyczepy na nowy kibel, okna na kluczyk doń. I koszmary w nocy, że ktoś go kradnie, że jakiś niemiecki kajakarz idzie tam pobrudzić. Fajne wakacje.

    Wieczorem poszedłem do sąsiada, do strefy kibica, na mecz ćwierćfinałowy Niemcy - Włochy, na Euro 2016. Za wczorajszą absencję dostałem burę. Inni sąsiedzi znów włączyli wielki telebim i można było zerkać. Nie zapraszali, bo dziś już nie ma takiego obyczaju. Mecz nudny jak cholera. W typu takich, podczas których człowiek się zastanawia, jak mógł być przez dziesięciolecia fascynatem futbolu?! Wygrali Niemcy, po chyba 8 seriach karnych. Hitem był pewien włoski zawodnik, niejaki Zaza. Wprowadził go "selekcjonere" końcem dogrywki, bo podobno rewelacyjnie strzela karne. Mimo to zagranie dosyć kuriozalne, zawłaszcza że ostatecznie ów Zaza strzelał jako jeden z ostatnich. Strzelał. Dobiegając do piłki zatańczył, poprzekładał siedem razy nogi, postraszył jak tańczący szaman murzyński, mało się nie wywrócił, po czym walną wyżej niż niebo, jakby grał w rugby. Może to wredne, ale przypomniał mi się Robert Mateja. Jak to fajnie napisał Andrzej Saramonowicz: "gdyby Niemcy i Włosi mieli w II w. świat. strzelców jak na Euro 2016 w rzutach karnych, to wojna zakończyłaby się we wrześniu 1939. Jak wiadomo, "gdyby to najczęstsze słowo polskie".

    Z psem mieliśmy jeszcze niezłą obserwację  dziś fajną przygodę i niezłą. na wieczór. Kąpaliśmy się w jeziorze. Beata zabrała denko od wiadra do namoczenia. Trzymała go. Piksel sobie wymyślił, że to twarde łącze i stały ląd. Ulokował się a tym, jak na wyspie prawie że, dumny z siebie i zadowolony, że nie musi machać łapami.  Dojechało też kolejne towarzystwo do sąsiedztwa, znane z poprzednich lat. W tym pewien pan, do którego Piksel podszedł, bardzo ładnie się przywitał, po czym wręcz położył u jego stóp. Nie mogliśmy tego zrozumieć, bo nie przypominaliśmy sobie, żeby poprzednio byli w jakiejś specjalnej sztamie. Po chwili jednak zrozumiałem. Ów pan, rok wcześniej, bardzo szybko otrzymał od nas, bez swojej wiedzy oczywiście, pseudonim "Padrone" Jest postacią bardzo pozytywną, ale też bardzo dominującą, w ich "obozowisku", pisząc językiem piłkarskim, wszystkie piłki przechodzą przez niego. Podobno psy mają poddańczą naturę, szybko wyczuwają kolejność stada. Szybko też wyczuwają przywódcę stada i lubią się mu podporządkować, jeżeli ich przewyższa. Piksle momentalnie go zdiagnozował i co gorsza wpieprzył się przed nas. Cóż? Jakoś to będziemy musieli przeżyć. Mamy całą noc na to. Niestety nie najdłuższą, bo początek lipca i Mazury.

    (03.06 niedziela) - Najbardziej na Mazurach, to chyba lubimy chwile, gdy po deszczu zaświeci słońce. Co tutaj bardzo częste. Jego promienie fantastycznie opierają się wówczas na florze i pajęczynach, łąka z każdą sekundą się coraz bardziej osusza, wszystko wkoło nabiera witalności. Tak było dziisaj, bo lało od rana, chwilami dosyć mocno.

    Glampingowo, to postarałem się o lodówkę, taką "na Słowianina", czyli wykopałem dziurę na nieciepłolubną żywność. Beata natomiast wyfasowała fajnie taki stojak i Ikei na talerze, który nam w domu za bardzo nie pasuje, a tu proszę, proszę. Mamy teraz "Ikea wood style". Zresztą i "listki" z sosny służą za podstawki. 

3_lipca

  

 

 

   

poniedziałek, 05 września 2016

 

 

1_tytuowa 

    Intro

          Prezentowany dwa lata temu "Dziennik namiotowy" ktoś zręcznie zakończył swego rodzaju zawieszeniem.

     Dziennik namiotowy

      Bo i fakt, że nie wiedzieliśmy wówczas, czy będziemy akcję powtarzać. Nie wiedzieliśmy właściwie do czasu, kiedy nie dowiedzieliśmy się, że obecnie coś takiego ma nazwę, to glamping. Ciekawe, ciekawe. Robiliśmy to, nie wiedząc że to to. Postanowiliśmy zatem podjąć się ponownej dwumiesięcznej akcji, żeby zobaczyć jaka to różnica między tym gdy się coś robi i nie wie co z nazwy, a gdy się już wie. Skategoryzowane, znaczy się. Trochę lęku miałem, bo bałem się, że nasz glamping nie raz będzie bardziej naszym glampingiem, niż takim co się zowie, z definicji. Nic w sumie dziwnego, skoro jasnej definicji nie ma w polskiej wikipedii. Trochę lęku też miałem, że nasz glamping czasem stać się może bardziej jakimś weganizmem. Nic to. Nowego smartfona mam, to na pewno idzie ściągnąć jakąś apkę, żeby pisało że się z glampingu przechodzi w weganizm. Na ten przykład nie będę poniższych notatek poczyniał on-line, taki glamping czy weganizm mnie nie kręci, ale na korze z brzozy też nie, bez przesady. Kupiłem sobie ku temu zeszyt z adekwatną okładką.

 Zeszyt

A Beata sobie sprawiła glampingowe obuwie.

72

    28.06 (Wtorek) - Wyruszaliśmy klasycznie, na budowlańca, czyli o godzinie o wiele późniejszej, niż ta planowana. Padało. Znajoma referowała, jak to ma padać do końca tygodnia. Przypomniało mi się własnoustne zdanie sprzed dwu lat, jak to jadąc na 2 miesiące nie ma co patrzeć na prognozy, bo w tak długim czasie kiedyś ładna pogoda w końcu będzie. Znamiennym i kontrowersyjnym, ten pogląd się okazał. Do dzisiaj trwają dyskusje i kontrowersje, czy nonszalancko się spakowaliśmy, czy tak dużo rzeczy zabraliśmy? W każdym razie auto było zapakowane jeszcze bardziej po dach, niż zawsze. Wręcz jest prawdopodobieństwo, że garbatym samochodem podróżowaliśmy. Ford nie z jumy, ale z gumy. Pies się ledwo mieścił pod stropem. Dobrze, że nas animalsy nie widziały. Przypomniała mi się historyjka z czasów liceum. Wracaliśmy z imprezy zapakowanym dżipem i dziewczyny siedziały chłopcom na kolanach. Zawołały, żeby im szyberdach otworzyć. Kolega na to, aby uważały na nisko wiszące mosty. Zachowało się zdjęcie psa. Mówiłem mu, ze jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że znajdzie się w necie, więc niech zrobi modny gest kciukiem na "ok", albo niemniej modny wykrzyw lica. Nie zrobił. Zrozumiał zapewne, bo bystrzak jest, ale też niesforny indywidualista. On nie!

 26

Podróż przebiegła szybko, sprawnie i bezpiecznie. Zapamiętałem tylko dwie przygody z psem. Na stacji zatankowaliśmy i zasiedli obok na krzesłach, Piksela przywiązałem obok. Patrzę nagle, a ten tymi swoimi sprytnymi ruchami wyswobadza się z szelek. Zerkam, co za afera się szykuje? A ten poleciał do jakiegoś zbiornika z wodą, napił się i wrócił. Samowystarczalna bestia. A autka nie opuści, nawet jak garbate. Ponadto nas z pies boi się, bardzo neurotycznie i szczekliwie reaguje na krowy. Nie było by to bardzo dziwnie, gdyby nie to, że reaguje tak też na sztuczne krowy wszelkich gabarytów. Gdzieś na Kurpiach długo snuliśmy się za jakimś orszakiem krów, zajmujących cały pas, bez możliwości wyprzedzenia. Ten się tak darł, że mało nie zrobił zbiórki w szoferce, wojskowym slangiem pisząc.

    Dojechaliśmy przed godziną 20 na miejsce. W odróżnieniu od sytuacji sprzed 2 lat, nie było pusto, byli już wczasowicze na polanie. Wcześniej już założyliśmy, że zaglampingujemy się w innej części łąki, niż za czasów Dziennika namiotowego. Na tzw. "górce". Wiedzieliśmy, że tam będzie więcej ludzi, ale takich, którzy stworzą nam pewien kordon. Poza tym będzie tam ładniej, bliżej jeziora. Mniej będziemy też widywać przyjezdnych, a to akurat dobrze, bo jesteśmy nastawieni na bardziej refleksyjny pobyt. Beata była pierwsza na "górce". Było tam już obozowisko, które skojarzyła sprzed dwóch lat, gdzie to przy gitarze i ognisku jakieś dziecko wykrzykiwało piosenkę. Przywitała ich, ze śmiechem, że to oni śpiewali to "Bolszewicy". Oni też ze śmiechem, że chyba raczej "Sowieci".

Dziennik namiotowy V

Inny znajomy zreferował, jak to jeszcze na wiosnę był nasz zeszłoroczny stół i "organy", teraz już nie ma. "Organy" to glampingowy zmywak, czyli lada ze szczebelków, na przykład z brzózki. Łyknęliśmy coś, zobaczyli jezioro, wyrzucili trochę mandżuru na zewnątrz i kimnęli w samochodzie, bo namiot to się bardzo długo rozkłada.

12_29_czerwca

    29.06 (Środa) - Najważniejszym faktem dnia było zainicjowanie wspaniałego zwyczaju porannej kawy pomostowej. Poza tym środa zeszła na stawianiu namiotu i rozpakowywaniu się.

8_30_czerwca

    30.06 (Czwartek) - Dzisiaj dzień meczu Polska-Portugalia na Euro 2016. Ćwierćfinał. Może ostatnia gra orłów, może nie. Nie po to tu wprawdzie przyjechałem żeby wisieć nad telewizją, wręcz zupełnie na odwrót, ale w tym przypadku to jednak jest ranga, chce się. Tylko nie będę przecież lukał w komórkę na coś takiego. To już by było zupełnie nie glampingowe. Trochę kiepsko też do wsi do knajpy ruszać na ten mecz. Późno jest emitowany, nie chcę tak Beaty zostawiać samej. Ni stąd ni zowąd poszedłem zapytać sąsiada, jak on ten problem rozwiązuje i czy wie coś, czego ja nie wiem? Okazało się, że jest na miejscu kino, nawet nie najdroższe bilety, a więc on ma telewizor i można będzie zlukać. To świetnie, dylematy z głowy.

    Pojechaliśmy na zakupy, do miasta. "Miasto", to ja piszę i będę pisał o Pieckach, które de facto są wsią, ale są tam pomniejsze markety. Produkty spożywcze nam potrzebne. Najpierw gonienie koło własnych, trochę już glampingowych tyłków, potem będzie sport i turystyka. Co Piecek po podstawowe produkty. Cukry - fuj, mąki, jarmuż. Nie wiem co z tym ostatnim? Będę odradzał, gdyż podobno to jakiś wiecheć, któren w byle krzokach rośnie. Jak się 2 miesiące ma być w lecie, warto budżet nadgonić tym, co natura daje. Nawet, jeśli to nie glampingowe, a chyba bardziej wegańskie, czy jakieś tam. Tak, dobre sobie i bardzo naiwne, odradzać kobiecie zakupy!? Nie po to tutaj przyjechałem, żeby walczyć z materią i fundamentami współczesnego świata. W sklepie wszyscy szukali zestawów kibica. W ogóle duże rozemocjonowanie meczem. Wszyscy płoną prawie że optymizmem. Jakiś zziajany facet, cały na biało czerwono, biegał po sklepie z telefonem przy uchu, wybierał chyba numery wszystkich znajomych i dopytywał się, czy są na dość optymistami i niechby spróbowali inaczej. Aż musiałem przystanąć i popatrzeć się w lustro, czy tak bardzo się postarzałem, czy goście tak totalnie i w dużej ilości przez lata przegli? Optymizm mój bardzo jest taki, umowny. Że niby trzeba, bo to Polacy i takie tam. Dla mnie to po prostu drużyna Nawałki, a nie jakiś transparent mnie lub bardziej sportowej ludności znad Wisły. Wnerw mnie brał przy kasie, gdyż oczywiście rachunek wychodził kosmiczny. Wnerw, ponieważ nie ma to, jak być w lesie. Na chwilę się z lasu wyjedzie i zaraz kosmiczne wydatki. Przeszło mi, jak chłopak w kasie powiedział, że za przekroczenie pewnej kwoty rachunku, mężczyzna otrzymuje czteropak browara EB na mecz. Bardzo mi przeszło. Fajne jest miasto, nawet jeśli to wieś. No to miałem bilet na mecz i zaciśnięcie kibicowskiej więzi.

    Glampingowe, czy raczej wegańskie oko moje wyłowiło, że ta okolica łąki obfituje w dzikie i dojrzałe już czereśnie. Dziś zebrałem po kubku na deser, ale na następny dzień zaplanowałem sobie większe zbieranie, może na dżem będzie.

53

    Poszedłem na ten mecz z Portugalią, wieczorem. Nie jest żadną nowością i sensacją informacja, że Polacy przegrali jednym karnymi i odpadli. Szkoda, choć bardzo nie płakałem. Ewidentny awans, skoro najdalej doszli ze wszystkich euro i od 30 lat pierwszy raz grali w fazie pucharowej. Niemniej jednak uważam, że jakichś niesamowicie natchnionych meczów nie rozegrali. Oglądaliśmy na telewizorku. Obok sąsiedzi, ci od "Sowietów", mieli taki wielki telebim i strefę kibica w lecie. Chyba z internetu zresztą puszczali. My mieliśmy TVP1, oni wykupiony Polsat. Nie, żebyśmy mieli kompleksy, ale wspominam, bo jak wiadomo spóźnienie było, na Polsacie o ileś sekund później wszystko. Do tego jeszcze tamtym się czasem coś wieszało. Siadała ta transmisja, ale i tak chyba się buforowało, czy gdzieś tam zapamiętywało, przez co poślizg był jeszcze większy. Między innymi siadło im tak w końcówce karnych. Smutny, bo świadomy wyczynu Blaszczykowskiego, patrzyłem na tamtych, czekających na ponowne ruszenie transmisji. Czekających z minami pełnymi nadziei i wiary, że jednak Kuba strzeli i będziemy w półfinale. O ile są bogatsi o witalizującą wiarę, od nas? Dotarło do mnie, za co ta stówka abonamentu. Za te 5 minut szczęścia, powodowanego nadzieją. Jednak szczęście da się kupić.

sobota, 27 sierpnia 2016

    W radiowej "trójce" ciekawa wypowiedź była jednego pana, w temacie bocianów:

Bociany. Dr. Kruszewicz o odlotach

Bocian dzieci przynosi, zna się go, czy je właściwie, od dziecka, a i tak się co rusz to coś nowego słyszy lub dowiaduje. Niedawno, w Muzeum Mazurskim, widziałem pewną planszę. Nie zastanawiałem się nigdy, ile tako bociek lata. Tymczasem to dziesiątki tysięcy kilometrów, a nawet więcej. Do RPA wręcz. Homo Sapiens taki dystans, z Polski do na przykład Australii, jak długo leci samolotem, z iloma przesiadkami. 

Muzeum

    Bardzo to polski widok, taki bociek. Pomimo małej dzietności. Niejeden obraz z nim  w tle, niejeden film czy serial się jego lotem zaczynał. Chociaż na północy jest ich o wiele więcej niż u nas, na południu. Zapamiętałem jednego, z drogi Bielsko-Cieszyn. Jedno gniazdo niby, ale podobno te szczwane bociany z RPA wracają do tych samych gniazd. Było na tej trasie, dokąd sięgam pamięcią, a zasięg w tym temacie mam prawie jak t-mobile. Gniazdo bocianie na kominie jakiegoś domu. Jakaś taka piosenka była, harcersko ogniskowa, jak to "w dalekich ziemiach za to umierali.... za gniazdo bocianie". Tamten dom stał, po czym w miarę upływu lat się zwalił. Został komin. Też się walił, ale jakoś go wiecznie reanimowali i bocian przylatywał co roku do niego. Naprawdę wytrzymał dziesięciolecia całe, zmianę systemów politycznych, czy gospodarczych. Zbrakło dla niego miejsca, gdy budowano dwupasmówkę, zwaną obecnie ekspresówką. Trzeba jednak dodać,  że budowlańcy bardzo się starali, aby komin zwalić możliwie jak najpóźniej. Stał komin i gniazdo pośród budowy prawie jak ten dom pomiędzy ślimacznicami arterii w Bielsku koło Makro. No, ale w końcu zwalili. Teraz jest w tamtej okolicy stacja benzynowa i hotelik, czy restauracja o nazwie Bocian, czy Pod Bocianem. Kiedyś pewnie wszystkie obiekty będa się nazywać: Za lasem, Na stawie, Wśród łąk. Ciekawe, czy w RPA też?

piątek, 24 czerwca 2016

    blog_15

    Wiem, że 35 stopni ciepła(bardzo ciepła), to nie najlepsza pozornie pora na wędrówki po górach. Ale jak się zaczyna o 6 rano, kończy o 11, to jest w miarę. Zwłaszcza też, jeśli się oddala od gór na wiele miesięcy. Romanka, to szczyt w Beskidzie Żywieckim, który jakoś szczególnie sobie upodobałem. Dosyć wysoki, ludzi tam mniej niż na Rycerzowej czy Pilsku, stosunkowo bliska aglomeracji śląskiej czy bielskiej, sporo tam ciekawych szlaków. No i ma piękny wierzchołek. Tym razem poszliśmy czarnym szlakiem z Sopotni Wielkiej, potem zrobił się niebieski. Z początku dosyć strome wyjście przez kiepskawy las liściasty. Potem chwilę szlak się robi jak wiele w tej okolicy. Ogołocona pozostałość po lesie i słyszalność pił drwali. Na szczęście dosyć długa ostatnia część już przez piękny las liściasty i borowiny. Trzeba było wracać do auta, więc Zeszliśmy na Rysiankę. Z ładnymi widokami, ale też wyrąbany las. Z Rysianki niebieskim szlakiem do Sopotni Wielkiej. Była chwila grozy, że cały czas będziemy prawie spadać wyrobioną przez zwózkę drewna stromą drogą, ale na szczęście szlak skręcił w las i ładnie się brnęło przez niego. Trochę szkoda, że musieliśmy potem długo dymać asfaltem. Ogólnie co najmniej fajnie. Jeżeli ktoś nie musi kierować się powrotem do samochodu, polecam zejście do Juszczyny albo Bystrej, lub wyjście stamtąd. I mimo wszystko nie polecam wędrówki na takim upale. Nazbierałem sporo grzybów. 

blog_26

blog_36

blog_41

blog_51

blog_7

Aaaa. Zwykle piszę o psie. Tym razem wstyd trochę. Przez brak wody na trasie ciorał się w błocie w te i na zad, a nawet jeszcze raz w lewo i prawo, przez co potem wyglądał jak dziecko na wakacjach, za tzw. "komuny". 

blog_6

czwartek, 23 czerwca 2016

 blog_14

    Nasz spaniel jest bardzo dźenderowy. Wręcz bardzo długo żyliśmy w przeświadczeniu, że siedzi w szafie, jako emocjonalno erotyczny homo canis. Bardzo, w związku z tym, nam ostatnio ulżyło, gdy dał się ponieść zewowi ku płci przeciwnej. Dał się ponieść tak bardzo, że zniknął na trzy dni. Nie gdzie indziej, jak na balkonie. Jak Romeo za Julią., Wołaliśmy go, ale ni du du, że jakaś rodzina, jakieś coś tam. Nie pomogło nawet dzwonienie smyczą, oznaczające spacer. Do momentu, kiedy ubrałem strój biegowy. Panna w odstawkę, nastało szaleństwo i prawie wyważanie furtki. To rozumiem. Prawdziwie polska dusza, polska tradycja. Nie ma, że jakaś panna, tkwienie w domu. Na polowanie, hajza na Soplicę.

blog_25

blog_35

Blog_4

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
zBLOGowani.pl