Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
piątek, 24 czerwca 2016

    blog_15

    Wiem, że 35 stopni ciepła(bardzo ciepła), to nie najlepsza pozornie pora na wędrówki po górach. Ale jak się zaczyna o 6 rano, kończy o 11, to jest w miarę. Zwłaszcza też, jeśli się oddala od gór na wiele miesięcy. Romanka, to szczyt w Beskidzie Żywieckim, który jakoś szczególnie sobie upodobałem. Dosyć wysoki, ludzi tam mniej niż na Rycerzowej czy Pilsku, stosunkowo bliska aglomeracji śląskiej czy bielskiej, sporo tam ciekawych szlaków. No i ma piękny wierzchołek. Tym razem poszliśmy czarnym szlakiem z Sopotni Wielkiej, potem zrobił się niebieski. Z początku dosyć strome wyjście przez kiepskawy las liściasty. Potem chwilę szlak się robi jak wiele w tej okolicy. Ogołocona pozostałość po lesie i słyszalność pił drwali. Na szczęście dosyć długa ostatnia część już przez piękny las liściasty i borowiny. Trzeba było wracać do auta, więc Zeszliśmy na Rysiankę. Z ładnymi widokami, ale też wyrąbany las. Z Rysianki niebieskim szlakiem do Sopotni Wielkiej. Była chwila grozy, że cały czas będziemy prawie spadać wyrobioną przez zwózkę drewna stromą drogą, ale na szczęście szlak skręcił w las i ładnie się brnęło przez niego. Trochę szkoda, że musieliśmy potem długo dymać asfaltem. Ogólnie co najmniej fajnie. Jeżeli ktoś nie musi kierować się powrotem do samochodu, polecam zejście do Juszczyny albo Bystrej, lub wyjście stamtąd. I mimo wszystko nie polecam wędrówki na takim upale. Nazbierałem sporo grzybów. 

blog_26

blog_36

blog_41

blog_51

blog_7

Aaaa. Zwykle piszę o psie. Tym razem wstyd trochę. Przez brak wody na trasie ciorał się w błocie w te i na zad, a nawet jeszcze raz w lewo i prawo, przez co potem wyglądał jak dziecko na wakacjach, za tzw. "komuny". 

blog_6

czwartek, 23 czerwca 2016

 blog_14

    Nasz spaniel jest bardzo dźenderowy. Wręcz bardzo długo żyliśmy w przeświadczeniu, że siedzi w szafie, jako emocjonalno erotyczny homo canis. Bardzo, w związku z tym, nam ostatnio ulżyło, gdy dał się ponieść zewowi ku płci przeciwnej. Dał się ponieść tak bardzo, że zniknął na trzy dni. Nie gdzie indziej, jak na balkonie. Jak Romeo za Julią., Wołaliśmy go, ale ni du du, że jakaś rodzina, jakieś coś tam. Nie pomogło nawet dzwonienie smyczą, oznaczające spacer. Do momentu, kiedy ubrałem strój biegowy. Panna w odstawkę, nastało szaleństwo i prawie wyważanie furtki. To rozumiem. Prawdziwie polska dusza, polska tradycja. Nie ma, że jakaś panna, tkwienie w domu. Na polowanie, hajza na Soplicę.

blog_25

blog_35

Blog_4

sobota, 18 czerwca 2016

 Gwna

    Nie tylko filmy, które znamy są fajne, ale lata całe też kierowałem się na szlaki górskie, przebyte, o których wiedziałem, że będę się na nich dobrze czuł. Na Mędralową wyszedłem niedawno pierwszy raz. Poczułem satysfakcję z poznawania nowego. Trasa i szczyt, nie były może najbardziej wyjątkowe z tych, które znam, ale warte uwagi i poznania. Na 4/-4 według dawnej szkolnej skali. Chyba szlaki bardziej na jesień, bo wiodą lasami liściastymi. Wychodziliśmy zielonym szlakiem z Przyborowa. Sukcesywnie, prawie cały czas trochę pod górkę. Liczyłem na lepsze widoki, zwłaszcza w stronę Babiej lub Zawoi, jakoś tam widać było kierunek Skrzycznego. Dojście do Mędralowej jest wzdłuż granicy, ładnym lasem iglastym. Sam szczyt ładny, atrakcyjna dla oka polana. Warto przejść kawałek dalej, na Halę Kamieńskiego - sympatycznie tam - a nawet jeszcze ciut dalej, żeby Babią zobaczyć. Korzystaliśmy z dobrodziejstwa własnej komunikacji, więc trzeba było wrócić po czterokółkę. Plan był zejścia do Przyborowa zielonym i czarnym szlakiem. Nie wypalił z uwagi na jakieś złe oznakowania mapy lub szlaku. Zeszliśmy czerwonym, przygranicznym szlakiem do przełęczy Głuchaczki. Oznakowana jest tylko od słowackiej strony. Tam bez szlaku przebiliśmy się w dół, do Przyborowa z powrotem. Całość ok 4 i pół godziny, więc nawet na popołudniową wycieczkę można.  

13

24

 

Z_Babi

 

32

42

wtorek, 14 czerwca 2016


blog_ME5

    O meczu Polska - Irlandia nie ma co za wiele pisać, można oczywiście i należy panów pochwalić. Jest do przodu, czekamy na dalsze kroki. Dzisiaj widziałem felietonik o polskich sędziach piłkarskich na ME. Zdziwiłem się, że Listkiewicz jeszcze sędziuje. Wsłuchałem się i wyszło, że to syn Michała, bodaj Tomasz. Świat jest jednak bardzo prosty i ułożony, pewne prawidła w nim panują niezależnie od systemu politycznego, gospodarczego, ustroju, czy epoki. 

sobota, 11 czerwca 2016

blog_ME3

    Przeczytałem wczoraj wiadomość,  że w mieście w którym mieszkam, Żywcu znaczy się, nie będzie Strefy Kibica. Nie tylko tu, w Krakowie, czy Warszawie też nie. Miecugow się śmiał, że zabawna jest argumentacja Krakowa. Wysoki koszt - 250 tys., czyli tyle, ile jedno auto magistratu. Słabo, Żywiec ich przebija z argumentacją. Tutaj nie będzie, ponieważ lokalni włodarze lojalnie wspierają "lokalną gastronomię". Aha. Skutkiem tego, lokalna ludność, stanowiąca ilość wielokrotnie większą niż ta "lokalna gastronomia", będzie musiała u tej drugiej zostawić krocie złotówek, zamiast byś razem w Strefie Kibica. Rozumiem, że czasem tak trzeba, ale takie literalne przyznanie się do popierania pewnej grupy interesu!?

    Przed chwilą TVN pokazywał przylot samolotu z "Orłami" do Nicei. Piękny był. Samolotowaty, jak żaden innej reprezentacji. Kibice poznawali go z daleka. Poznawali, bo każdy Polak zna się na samolotach, wiadomo czemu. 

    

piątek, 10 czerwca 2016

blog_ME1

    Całe dziesięciolecia byłem kiedyś orędownikiem zwiększonej ilości drużyn grających w finałach ME. Pewnie też dlatego, by "Orły" mogły w końcu awansować, czyli - jak to się ostatnio modnie mówi - cirke 25 lat. Fakt, że przy 8 drużynach finalistów, tych meczów na lekarstwo nie starczało. Ale z kolei 24 drużyny to też przegięcie. Otworzyłem dziś terminarz rozgrywek i zastanowiłem się, po jaką cholerę mi oglądać na przykład, nie napiszę że Węgry bo można podpaść politycznie, ale Albanię? Trochę smutne to, że Albańczyk pewnie sobie teraz zadaje pytanie, po co mu oglądać Polskę? Zmienia się ilośc finalistów, ale jedno nie zmienia się nigdy, mimo "dobrej zmiany". Dariusz Szpakowski w telewizji.

wtorek, 31 maja 2016

 blog15

    Przestałem się kilka lat wstecz jakkolwiek dziwić temu, ostatnio, że skandynawskie filmy to z reguły same thrillery i kryminały. Przestałem się dziwić po tym, jak na kilka tygodni, któregoś przedwiośnia, nawiedziła nas istnie skandynawska aura. Było wilgotno, bardzo mgliście, szaro, bez słońca. Faktycznie, dół taki, że nic tylko iść i kogoś zastrzelić w lesie. Niech potem jakiś Wallander szuka, znajdzie albo nie! Od kilku dni mamy aurę bardzo upalną, ze wysokimi temperaturami, upalną. Leje się po człowieku, ubranie od ciała jakimś nitro by trzeba odklejać, full of discomfort, duchota, wszystkie czułe miejsca na ciele dają o sobie znać, wszędzie coś gniecie, uwiera, nic się nie chce. Samego siebie nie poznałem, stwierdzając, że przestaję się dziwić tym dzieciakom, co po Afryce biegają z karabinami. Taki żar, że aż chce się wziąć i strzelać. Tak, aura zawsze była i zawsze jest trudna. Z litości i ucieczki przed byciem nudnym nie wymieniam już jesiennej deprechy, czy też zmęczenia wiosennego. Nie ma beznadziei, można się jednak dopatrzeć jaśniejszej strony, prawie dosłownie jak w znanej piosence poniżej. Patrząc dziś w przedburzowe niebo, komentowaliśmy: tam czarno, nad tamtą miejscowością też czarno, z tamtej strony jaki horror, wszędzie horror, nieeee, na szczęście nad południem - jest iskierka optymizmu - nad południem jest szaro.

    Wczoraj wszechświat znów podzielił się na tych, którzy uważali że strój biegowy Donalda  Tuska przy składaniu kwiatów przed pomnikiem ofiar terroryzmy był niestosowny - ba, oczywiście śmieszny i wart hejtu - i an tych, którzy uważali iż był właściwy i dziwili się tamtym. Rozumiem obie strony. Przypomniałem sobie jednak, że naście lat temu startowałem w maratonie gdańskim. Nazywał się maratonem solidarności i taką też miał oprawę. Był jakiś start ostry gdzieś, ale najpierw honorowy, pod pomnikiem poległych stoczniowców. Zanim nastąpił, składano kwiaty pod pomnikiem. Oczywiście w strojach biegowych. Nikomu to wówczas nie podpadło. Może przez to, że były to czasy Polski w mniejszej "ruinie". Przejmowano się bardzie sprawami socjalno - bytowymi, o pierdołach nikt nie myślał.

    Z innej beczki, to widziałem dzisiaj w tv liczną grupę kibiców, czekających w Rzeszowie na autobus z piłkarską reprezentacją Polski. Ci drudzy niech lepiej w przerwach do kościółka na modły gonią, nie do kibiców, bo znów podbija bębenek i wyjdize jak na 4 poprzednich ich turniejach w tym stuleciu.

sobota, 28 maja 2016

 blog_111

    Wybraliśmy się z psem na ciepłosobotni popołudniowy spacer po lesie. Na Madohorę z Przełęczy Kocierskiej. Ładnie, trzeba przyznać,i w sam raz traska na późne wyjście z domu. Ale trzeba też przyznać, że droga typowa dla Beskidu Małego, czyli kilometr do kilometra podobny. Łagodnie w górę lub łagodnie w dół. Lasem bukowym, po dosyć szerokiej i drodze. Kamienistej, jeszcze doszczętnie nie zdegradowanej przez quady, czy zwózkę drewna. Pies oczywiście biegł nieco przede mną, czasem bardziej nieco puścił się w las.

blog_1x

Od pierwszych kroków, nie wiem w sumie czemu to i czemu akurat teraz, nie mogła mi wypaść z uszu piosenka Turnaua, z frazą Baczyńskiego:

"Znów wędrujemy ciepłym krajem

Malachitową łąką morza..."

Bardzo szybko skojarzyłem dosyć dziwny i znamienny zbieg okoliczności. Otóż oczywiście byłem już kiedyś na Madohorze. Nawet dokładnie mogę powiedzieć kiedy, bo było to tuż po maturze, czyli 24 lata temu. Szliśmy z przyjacielem, innymi szlakami niż z Przełęczy Kocierskiej. Pamiętne, ponieważ czas tuż po maturze jest zawsze pamiętny. Nawet w filmie Kieślowskiego "Biały", w momencie euforii, bohater mówi: "czuję się jak po maturze". Radość i poetyczność, świat przed człowiekiem stoi otworem, pokryty aureolką wrażenia wszechmocy. No i tak się właśnie dziwnie złożyło, że wtedy to ukazała się, albo raczej do mnie dotarła, pierwsza płyta Turnaua, z cytowanym wyżej utworem, którą podczas tamtej wędrówki rozpamiętywaliśmy. Od tamtego pierwszego poznania nie jestem jakimś zagorzałym fanem pana Grzegorza. Trochę nazbyt, nawet jak dla mnie, liryczny i rozpoetyzowany. Ale tej pierwszej płyty posłuchuję czasem do dziś, bo ma kilka kawałków z zębem: Na młodość Nie baw się wiecznie kulą ziemską, czy oczywiście tytułowa Naprawdę nie dzieje się nic. Zresztą został mi w uchu i głowie tamten czas i tamten stosunek do Turnaua. Nadal mam przed oczami młodego kolesia przy pianinie, nie krakowskiego restauratora. 

     Sprawnie dotarliśmy na Madohorę, niemniej sprawnie wróciliśmy. Był to jakiś szczyt, ale tylko jakiś. W takim sensie, że nie zaznaczono gdzie on dokładnie. Trochę przed i trochę za, były skałki, znacznie bardziej przyciągające uwagę. Sam wierzchołek Madohory, to bardzo mała powierzchnia, zarośnięta, także za bardzo nie było ani gdzie przysiąść, ani pocieszyć oko panoramą. Ciekawe o tyle, że właśnie lat temu dzieścia - zapamiętałem - spędzaliśmy na ciekawym szczycie, gdzie dosyć długo siedzieliśmy, wyłazili na jakieś skałki lub drzewa. Może to było tam poniżej? Może przez te lata szczyt zarósł, zwłaszcza że teren nieczęsto deptany? A może było się po prostu po maturze? 

 

blog_34

czwartek, 26 maja 2016

 maraton

    Doszła do mnie niedawno plotka, że według jakiegoś tekstu bieganie sportowe, stało się - może raczej jest bo pewnie było zawsze tylko dopiero teraz zdefiniowano - przejawem satanizmu. Zmroziło mnie. Nie tylko dlatego, że coraz rzadziej ale jednak czasem jeszcze lubię sobie pobiegać. Bardziej zmroziło na przypomnienie odczucia dyskomfortu, gdy dowiedziałem się, iż satanistyczną bardzo przeze mnie lubiana piosenka "Road to nowhere", zespołu Talking Heads. Ten zamęt w głowie, kiedy człowiek się przekonuje o ograniczoności swojego umysłu. Że są pojęcia, pomiędzy którymi związku przyczynowo skutkowego się nie pojmie, a inni pojmują. Na     Dotarłem do oryginalnego tekstu. Trochę ulżyło. Ulżyło, ponieważ nie był to płód umysłów KK, tylko tego Natanka. Jak słyszałem, jest on już wyraźnie poza kościołem. Ulżyło ponadto, bo zawarta tam treść gdzieś, bardzo mniej więcej, w dużej odległości, ale obok sensu leżała. Tylko leżała obok niestety, bo moja ulga nie zmienia faktu takiego, że ów tekst to bełkot i zlepek sformułowań, posiadających braki bardzo wielu ogniw w łańcuchu przyczynowo skutkowym. Zapewne retoryka zna konkretne określenie na coś takiego. Ja go nie znam, za to zawsze mi się z nim kojarzy prostsze określenie. Szliśmy kiedyś do kina na western z lat dwudziestych. Kolega się śmiał, że pewnie to będzie taka jakoś, iż będziemy widzieć jeźdźców na koniach, potem ciach i wszyscy leżą martwi.

 Bieganie, jogging ezoteryczny i "biegactwo" - Jacek Skrzypacz

Generalnie chodzi w nim o to, że bieganie w dziurawych butach i starych gaciach jest ok, a takie w ładnym, nowym stroju i z pulsometrem jest nie ok. Prawie dosłownie, bowiem poziom retoryczny i stylistyczny artykułu nie jest najwyższych lotów, jest jak poprzedniego zdania. Na ten moment napiszę, że jest nie ok dlatego, że jest egoistyczne. Nie ukrywam, że od dawna, jako osoba biegająca i startująca wiele dziesięcioleci, sceptycznie trochę patrzyłem na rosnącą prawie że do monstrualnych rozmiarów modę na bieganie, która jednocześnie stawała się jakimś snobizmem. Drażniło i drażni mnie, że najprostszy i wymagający najmniej nakładów finansowych sport znów sprowadzono do roli dojnej krowy dla producentów gadżetów, kosmicznego obuwia bez którego nie zrobi się ani kroku itp. A rzecz godna, naprawdę nie warta takiej kasy. Nie jestem ekspertem i nie potwierdzę zatem teorii że ruch jest bardzo ważny dla fizjonomii i fizjologii człowieka. Z autopsji wiem natomiast, że dobrze to robi dla psychiki. Podczas długiego dotleniania uwalnia się podobno w mózgu jakaś substancja, która działa narkotycznie, prawie halucynogennie. To potwierdzić mogę. Po chwilowym zmęczeniu wpada się w poczucie euforii, wszechmocy. Raczej znam to zjawisko, nazywane przez siebie iluminacją, z dawniejszych lat, bo teraz brak mi kondycji albo cierpliwości. Istotnym aspektem psychicznym biegania jest długi pobyt z samym sobą. Nie chodzi mi tutaj właśnie o egoizm, ale elementy wiwisekcji, analizy otaczającej rzeczywistości i pararzeczywistości. Ale dlaczego bieganie z nowym sprzętem - według autora "biegactwo" - - jest nieok i objawem egoizmu? Nie wiem, gdyż autor wyjaśnił to mało przekonując, albo nie wyjaśnił wcale. Może dlatego, że artykuł skierowany był pewnie do grupy odbiorców, dla których jest to aksjomat, z istoty swojej dowodzenia nie wymagający. Dla mnie nie jest. Może powziął autor tą lotna myśl z pradawnego schematu, że jeśli ktoś ma nowy sprzęt, ergo - ma pieniądze, ergo - zapewne jest cwaniakiem, krwiopijcą, egoistą i złodziejem. Zdziwiło mnie takie skojarzenie tym bardziej, że ogólnie żyjemy w cywilizacji egoizmu - może nawet każda cywilizacja taka była, bo taka natura człowieka, nie wiem więc dlaczego akurat biegacze zostali wzięci pod lupę? Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu bierzemy udział w wyścigu szczurów, w którym należy egoistycznie komuś podciąć nogę. Mieszkamy na ogrodzonych osiedlach, za płotami, zaryglowanymi drzwiami. Jeździmy samochodami, nie stykając się z bliźnimi na ulicach, czy w środkach ogólnej komunikacji. Przy urnach wybieramy władzę dla nas korzystną. Na terapiach psycholodzy radzą odnaleźć siebie. Dlaczego zatem akurat biegaczom nazbierało się za egoizm? Nie tylko za to. "Biegatctwo" odciąga też od mszy niedzielnych. Ponownie nie rozumiem, dlaczego "biegactwo" odciąga, a bieganie w dziurawych ska petach nie odciąga? Poza tym tam samo odciąga, jak ciekawy film w telewizji - zhejtujmy więc kinematografię, jak gry komputerowe - zwalczmy postęp cywilizacyjny. Tak bieganie, jak i "biegactwo" trwa na tyle niedużo czasu, że jak ktoś będzie chciał, da radę i pobiegać i pouczestniczyć we mszy .Chwilę później okazało się, że "biegactwo" ma też związki z ezoteryką i lewactwem. Tego, to już za skarby nie zrozumiałem, chyba znów coś apriori rzucone, potem zapomniane. Autor tak uważa i już. Inną rzeczą jest, że fascynuje mnie kariera, jaką w ostatnim roku zrobił termin "lewactwo". Lat temu naście, albo dwadzieścia musiałem się posiłkować mądrą księgą lub czyjąś mądrą głową, żeby dowiedzieć się, co ono oznacza. Albo kogo. Osobę o skrajnie lewicowych poglądach, wykrzywionych wręcz i jest określeniem tak ironiczny, jak i potocznym. Od roku nie tylko że używają go czynniki bardzo oficjalne wobec bliźnich, ale używane jest wobec każdego właściwie, kto tylko nie jest zdeklarowanym ultraprawicowcem, kto tylko nie skacze. Poniekąd, kto nie z nami, ten przeciwko nam. Wzięte akurat bieganie, na zasadzie "no bo tak" i rzucone na zgrillowanie prawicowej braci. Bez ładu i składu. Byle było na lewaków, to wtedy jakikolwiek bełkot to nie będzie, obleci. Najbardziej mi się podobało zdanie z końcowej części tekstu, takie - co dla artykułu typowe - bez większego związku z tym co przedtem i co potem, brzmiące dosłownie tak:

"Dominik Zdort i Rafał Ziemkiewicz nie biegają, z tym, że ten pierwszy regularnie jeździ na rowerze". 

Aha. Aha! Rozumiem w związku, z tym, że mowa o autorytetach. Autorytatywność to mocno a priori. Znów szkoda, że autor poskąpił nam wiedzy, na temat przyczyn ich nie biegania. Może by chcieli, ale na przykład każdy z nich ma nie pozwalające na to schorzenie? Nie kojarzę tekstów Dominika Zdorta, niewątpliwie świadczących o lotności jego intelektu. Może dlatego, że generalnie nie kojarzę tekstów prawicowych publicystów, bo oni [prawie wszyscy piszą zawsze to samo i tak samo. Myślę, że ich zwolennicy uważają to samo o publicystach nieprawicowych. Nie musi to być przywara, bowiem cecha ludzi o spójnych osobowościach będzie jedność poglądów i stosunków do danych spraw. Kojarzę natomiast fizjonomię Dominika Zdorta i widać po niej, że nie biega. Cóż? Sam też nie jestem osobą szczupłą, ale nie ma co się oszukiwać, że na maratonach byłem mniejszością. Śmiałem się nie raz, że gdyby wprowadzono kategorię stosunku czasu do wagi, wygrywałbym. Nie mam kompleksów, ale przez lekarzy to chwalone nie jest, szczycić się z panem Zdortem nie mamy czym. Do tego ciekawostka. "Biegactwo" w nowych butach za np 1 tysiąc i reszcie sprzętu jest egoizmem, a jazda na rowerze - jak pan Zdrot - rowerze za np 10 tysięcy, egoizmem nie jest. Jest egoizmem biegactwo, gdzie od bliźniego dzieli nas pół metra, ale mamy słuchawki na uszach, a jazda na rowerze, gdzie mamy na uszach słuchawki i dzieli nas wiele metrów, egoizmem nie jest. A Rafał Ziemkiewicz? Musze przyznać, że jest to chyba jedyny publicysta prawicy, którego teksty i myśli odróżniam od innych. Mogę odróżnić w dużym stopniu dzięki temu, że ten pan jest zawsze przeciwko wszystkiemu. Klasyczne "precz z preczem". Od wszystkiego co nieskaczące i nieprawicowe, przez śmierdzący dym z wsiurskich kominów, po piłkę nożną, która jest gra plebsu i wywodzi się od kopania w świński pęcherz. Zaprawdę więc godne pogardy. Nie zdziwiło mnie zatem, że Rafał Ziemkiewicz jest przeciwko i nie biega. Tutaj został podany jako niekwestionowany autorytet i lider negacji. Ponadto jego nazwisko pozwoliło w końcu w tym artykule poczynić jakiś łańcuch logiczny, skojarzyć "biegactwo" z ziemkiewiczowskim "polactwem".  A powinien być ten tytuł dłuższy. "Biegactwo", "narzekactwo", "prostactwo".

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
Konkurs BlogRoku