Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
Blog > Komentarze do wpisu

Znów błysk geniuszu superlingwisty

Kaczor_2   O Jarosławie Kaczyńskim, jak o większości ludzi w zasadzie, można powiedzieć bardzo wiele. Tylko po co? Po co, skoro prawie wszystko jest zaraz powiedziane gdzie indziej. Ja lubię skupiać się na tym, co nie było jeszcze nazbyt wiele razy powiedziane.
Mnie mianowicie od dawna fascynuje pewien aspekt językowy wodza partii rządzącej. No tak, rzecz jasna że najczęściej ze słyszalnymi efektami jego języka trudno się zgodzić (przedziwnym trafem większość sondowanego społeczeństwa się zgadza) i ponadto słuchając ich można się zdołować niemniej, nić odświeżając dorobek muzyczny Joy Divison. Jednakże pomiędzy cmoknięciami padają często słowa, które przypominają, jak obszerną leksykalnie jest polszczyzna i jak daleko nam do jej pełnego zgłębienia.
Niejednokrotnie już pisałem, w kontekście J. Kaczyńskiego, że słynny związek frazeologiczny „genialny językoznawca”, został w historii użyty zbyt wcześnie. Prezes PiS przede wszystkim ma nieprawdopodobną zdolność, trochę jakby archeologiczną, przywracania do obiegu, wyrazów z wysokiej półki, zapomnianych lub nieużywanych. Taka… archeolingowistyka.
   Czy był wcześniej szerszej masie znany, zupełnie zresztą naukowy, termin – kondominium? Teraz każdy wie, że de facto przed wstaniem z kolan byliśmy podlegli, umie to nazwać jednym mądrym słowem, które nie musi się kojarzyć z podstawowym środkiem antykoncepcyjnym. Podobnie serwilizm.
Dotarliśmy do czasów, w których znajomość języka angielskiego jest czymś powszechnym. W związku z tym wyraz: „imposybilzim” większość z nas skojarzy, z czym wiązać. Ale imposibilny determinizm? Jarosław K. przybliżył.
Gdzieś tam się słyszało, jakoś znało. Ale słynny „absmak” (niesmak). Kaczyński go kiedyś poczuł i wyartykułował to słowo. Wyraz ten nie jest jego wymysłem, ale przyznajmy się, ilu z nas go wcześniej znało?
A wczoraj? Wczoraj podobno, napisane jest w portalu natemat.pl, Kaczyński powiedział, że środowisko sędziowskie toczy „ojkofobia”. No bez jaj. Z miejsca się przyznaję, że nie znałem wcześniej. Jedyne co mi się skojarzyło, że to niechęć do ludzi, którzy kilkadziesiąt lat temu nosili buty, określane jako „ojki”/”oje”. Ale nie. Według wiki oznacza to odrzucenie rodzimej kultury (o ile to oczywiście kultura). Świetnie. Ciekawe, czy się zakorzeni.
Kołata mi się w głowie jeszcze jedno pytanie. Czy kiedyś superlingwista wypromuje jakiś wyraz oznaczający cokolwiek przyjemnego? Szczęście, słońce…. Bo może lepiej jednak odświeżać Joy Division?

niedziela, 23 września 2018, elef7

Polecane wpisy

zBLOGowani.pl