Wrażenia i analizy, czasem luźne, czasem zwarte
Blog > Komentarze do wpisu

Wyjście na wielką górę

 148

Zdjęcie: Wiercenie w codzienności/ Beskidy.News

Do tej wyprawy przygotowywałem się od dawna. W jakimś sensie przez całe życie. Lata treningu na sucho i swego rodzaju przedbiegi w górach. Potem następne lata chodzenia bez szlaków po górach, wspinanie się na szczyty potokami, albo wbrew największym skarpom.
Przygotowywałem się do tego poniekąd ataku szczytowego, jednak z błahego pozornie powodu był przekładany. Obrałem sobie bowiem za cel górę, na którą nie wiódł żaden oficjalny szlak. A jednak oglądałem ją cały czas. Ten wierzchołek, ten szczyt. Spowity a to promieniami słońca, a to mgłą, a to deszczem.

Szczyt_we_mgle
Przygotowywałem się od dawna i kilka razy musiałem odpuścić atak szczytowy z dwóch powodów. Po pierwsze deszcz. Po drugie i nawet bardziej? Między mną a szczytem rozciągała się żywa struktura rzeki, a nie było kładki, czy nawet kamieni, po których można by przejść. Jak zatem znaleźć się po drugiej stronie?
Po drugiej stronie, na drugim brzegu. Zapamiętałem dobrze, jak przyjaciel (przyjaciel?) zadzwonił do mnie z życzeniami z okazji 40-stych urodzin. Coś marudził, że kiepsko. Ja na to, że aż tak kiepsko nie jest, a poza tym rzecz nie polega na jednym dniu przełomu. On na to, że to jednak już się jest na drugim brzegu.
Wiedziałem, że z przejściem przez rzekę będzie zamieszanie. Jak to zrobić? Zbudować przeprawę? Belka, kamienie? Albo prościej, iść brzegiem, aż się coś znajdzie? W końcu stwierdziłem, że ściągnę obuwie i skarpety, a na drugim brzegu ponownie założę.
Kilka razy zakładałem już obóz pod wierzchołkiem, ale do ataku szczytowego nie doszło. Coś odganiało. Najczęściej złe warunki atmosferyczne. Kilka razy odstępowałem. Ale w końcu nadszedł ten moment.
Wszystko zagrało, aczkolwiek pogoda najmniej, budząc pewną obawę przed burzą. Upalnie, ale nie padało. Ciut się bałem tej ewentualnej burzy. Konkretnie tego, że pioruny psa mi przestraszą i w panice ucieknie w kierunku, którego nie będę znał. Ale nic. Ruszyliśmy.
Najtrudniej rzeczywiście było przejść przez rzekę. Zzułem wszystko ze stóp, pies nie musiał.
Przechodzimy przez rzekę.

Rzeka_1

Rzeka_2
Pies sobie poradził. A ja? Zdjąłem buty i brnę. Nie raz się tak robiło. Woda zimna, trochę mnie skrzywiło. Butów nie zrzucałem. Było kiedyś tak. Inny przyjaciel, przy większej rzece, zawołał: „a, pieprzyć to” i rzucił buty na brzeg. Przechodziliśmy dalej przez tą rzekę, a on nagle woła: „Ty, patrz, buty mi płyną”. Rzeczywiście, buty były na brzegu, a jednak płynęły. Ot, taka względność, jak u Einsteina.
Pies też już nie jest zupełny szczeniak. Ośmiolatek. Trochę się więc wzdragał, ale w końcu jakoś się zamoczył. Przechodzimy przez rzekę.
I na drugim brzegu. Chwilę pociągnęliśmy wzdłuż rzeki. Potem już pionowo w górę. Skarpą. Atak szczytowy co się zowie. Poślizgując się na namokniętej ziemi, pionowo w górę, chwytając za sterczące korzenie. Pięliśmy sięw górę. Ja, bo pies różnie. Nie widząc ścieżki czasem się wracał i wspinał dosłownie za mną. Podejrzanie szybko pokonaliśmy główną ścianę. Za szybko. Za między innymi dlatego, iż na górze okazało się, że ktoś był prowadzi jakaś droga w dół. Gdzieś dużo dalej od mojej przeprawy. Teraz już się nie obcyndalałem.

Pod_szczyt_2

Pod_szczyt

Przypuściłem atak szczytowy, co się zowie. Parę kroków i byliśmy na szczycie. Od dawna narzekałem na brak drzew w górach. Tym razem ucieszyło. Widoki były przednie. Na Ujsoły, na Złatną, na Geopark w Glince. Tak, to było tam. Bryjówka – 743 metry nad poziomem morza.

Bryjwka_widoki
Z oczywistych względów nie ma sensu opisywać drogi powrotnej. Dotarliśmy z powrotem cało i szczęśliwie. Tak to już bywa w Dzień Dziecka.

* Nie ukrywam, że znany mi jest wiersz Krzysztofa Lisowskiego pt. „Przechodzenie przez rzekę”. Nie ukrywam też, że miałem go w pamięci sprzed wielunastu lat i nie poczyniłem kroków, aby go odświeżyć. Zostawiłem w świadomości taki jakim zapamiętałem.

poniedziałek, 11 czerwca 2018, elef7

Polecane wpisy

zBLOGowani.pl